poniedziałek, 25 listopada 2013

Artur Żmijewski wcale nie jest taki święty. Łatwiej mu zagrać esesmana i gangstera, niż księdza

Artur Żmijewski wcale nie jest taki święty. Łatwiej mu zagrać esesmana i gangstera, niż księdza



Serialowy Ojciec Mateusz pogodził się już z tym, że jest postrzegany przez pryzmat swoich serialowych kreacji. Ma jednak nadzieję, że nie zamkną mu one drogi do dużych ról filmowych. Już za kilka miesięcy zobaczymy Artura Żmijewskiego w ekranizacji Kamieni na szaniec.

MenStream.pl: Od lat zwycięża Pan w rankingach polskiej edycji miesięcznika Playboy na najbardziej pożądanego męskiego partnera na kolacji. Czuje się Pan wzorem do naśladowania?

Artur Żmijewski: Nie, w ogóle. Cóż ja mogę na to poradzić? To miłe, jeżeli ktoś tak myśli, ale ja tego typu rankingi traktuję jako część mojego zawodu. Pewna pula ról powoduje, że jestem kojarzony jako wzór partnera i tak jestem postrzegany jako osoba prywatna. Przez ludzi, którzy przecież zupełnie mnie nie znają. Nie zgłaszam do tych zestawień swojej kandydatury. Nie mam na to wpływu.



A nie męczy to Pana? To już latami te ochy i achy.
Nie bardzo. Wysoka pozycja w takich rankingach żyje własnym życiem, nie uwiera specjalnie.

Tylko nie wiem, czy Pan wie, ale nie tylko o kolacji jest tu mowa. Nazwałbym to kompletnym pakietem, bo wygrywa Pan też w głosowaniu na partnera na jedną noc i na wymarzonego kandydata na męża. No ideał po prostu.

Trudno może w to uwierzyć, ale nie śledzę tego. Moją postawę zawodową i moje myślenie o aktorstwie kształtował kompletnie inny świat i takie plebiscyty nie miały żadnego znaczenia. Nie czekałem na chwilę, kiedy ktoś mnie tam umieści i nie zabiegałem o to.

Ale chyba choć trochę łechce? Z Panem Polki są gotowe na wszystko.

Jasne, że łechce i myślę, że każdego faceta by łechtało. Człowiekowi w ogóle jest miło, jak jest doceniony. Te zestawienia też tak traktuję jako przejaw pewnej sympatii.


Sympatii? Toż to pożądanie i uwielbienie w czystej postaci!
Skoro Pan tak twierdzi. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie mylą mój wizerunek prywatny z wykreowanym nie tylko przecież przeze mnie. Pisarz czy malarz siedzi sobie w zaciszu i tworzy. Potem dopiero konfrontuje dzieło z rzeczywistością. Proces tworzenia jest związany z samotnością i intymnością, której aktor nie ma. Każdy z nas genialnie buduje swojej role w łazience, przy goleniu. Gdy przychodzi jednak do skonfrontowania tego z widzem, albo chociaż z drugim kolegą, to okazuje się, że nasze wyobrażenia być może nie do końca są trafne, że trzeba do tego inaczej podejść. Okazuje się, że trzeba wpleść wizje innych aktorów, reżysera, scenarzystów. Efekt końcowy to wypadkowa pracy pewnej grupy ludzi. Nasza robota odbywa się na widoku publicznym. Nieustannie jesteśmy poddawani tej publicznej ocenie.

Dobrze Pan sobie radzi z tymi życiem na widoku. Nic specjalnie sensacyjnego nie można znaleźć w licznych plotkarskich serwisach. Jak się buduje taki szczelny mur wokół swojego prywatnego życia?

Kiedyś wystarczyło nie dawać powodów, by nie być na celowniku. Teraz rynek jest tak wielki, że zainteresowanie mediów rozkłada się na więcej osób. Ja też rzeczywiście nie uczestniczę w celebryckim życiu, które potem mogłoby być komentowane przez tabloidy. Nie interesuje mnie bywanie na bankietach. Nie wyprowadzam też swojej rodziny pod obiektywy paparazzich. Staram się trzymać od show biznesu z daleka i żyć w miarę normalnie. Nie zawsze mi się to udaje, ponieważ bywają takie sytuacje, że się nie przemknę.

Zawsze można założyć czapkę z daszkiem i ciemne okulary.

Ja się nie ukrywam. Nigdy tego nie robiłem, bo nie mam powodów. Jak jadę na zakupy to nie udaję, że jestem kimś innym. Śmieci też wynoszę jako Artur Żmijewski. Nie dajmy się zwariować. Życie jest realne, a tylko moja praca jest fikcją, na którą się umawiam z widzem.

Ale ostatnio taka grzeczna ta fikcja. Od 20 lat, czyli roli w Psach gra pan tylko pozytywne postaci.

Po Psach pojawiałem się jeszcze jako szwarccharakter. Ze wszystkich kilkudziesięciu ról filmowych dużo było tych złych. Tyle, że siła telewizji sprawia, że głównie kojarzy mnie się jako doktora Burskiego, a teraz jako księdza-detektywa. Na szczęście Burski powoli odchodzi już w niepamięć i ludzie rzadko mnie o tę postać pytają. Widać czas działa na moją korzyść i mam nadziej, że zadziała tak, jak w przypadku Janusza Gajosa, który na początku swojej kariery zagrał rolę o strasznej sile rażenia. Długo nie mógł potem zagrać czegoś tak nośnego. Grywał przecież fantastyczne role, ale one się zupełnie nie przebijały. W teatrze też udowadniał przez lata, że jest wybitnym aktorem i wszyscy, którzy mieli okazję go zobaczyć, wiedzieli o tym. Problemem była jednak skala, ról teatralnych nie widać w telewizji.

Po Katyniu z 2007 roku przez kilka lat nie miał Pan ról kinowych. Przed rokiem wszedł na ekrany Mój Rower w tym Oszukane. W 2014 zobaczymy Pana w Kamieniach na Szaniec.

Kamieniach na Szaniec gram niewielką rolę, ale za to bardzo ją lubię. Jestem ojcem Rudego. To jest taki kontrapunkt i tło dla opowieści o młodych ludziach i ich emocjach. Danusia Stenka jest moją żoną, więc mieliśmy szansę się spotkać i to była dla mnie też duża frajda. Ważne, że do spotkania doszło w zupełnie innym kontekście, niż w Nigdy w Życiu z którym też byliśmy kojarzeni przez lata. Rzadkie pojawianie się w kinie, tłumaczę sobie tak: życie idzie do przodu, kolejne wyzwania przed nami. Nikt nie wie, co będzie za dwa, trzy lata.



Nie słyszę frustracji, że duże role Pana omijają, że się o Pana nie biją.



Może dlatego, że moje marzenie zawodowe spełniło się bardzo wcześnie. Na trzecim roku studiów zagrałem Gustawa Konrada w Lawie w reżyserii Tadeusza Konwickiego. Nie ma frustracji, bo nauczyłem się w życiu z otwartością przyjmować to, co mnie spotyka. Na początku mojej kariery ktoś udzielił mi dobrej rady: zagrałeś Konrada i inne dobre role u fantastycznych reżyserów. Nagle przyjdzie taka, której się nie spodziewasz i powiesz nie, bo czekasz na Hamleta. Potem odmówisz kolejnej i tak przez lata. Potem już będzie za późno, żeby tego Hamleta zagrać. To mi dało dużo do myślenia. Uświadomiłem sobie, że ten zawód nie polega na tym, żeby zagrać Hamleta. Chodzi o to, żeby grać różne role. Im bardziej będą one zróżnicowane, tym ciekawiej.

Dawno nie zagrał Pan żadnej demonicznej postaci. Nie ciągnie Pana?

Wyroku na Franciszka Kłosa u Wajdy zagrałem esesmana i powiem, że bardzo lubię takie rzeczy grywać.

Ale to było 13 lat temu...

Odwrócę trochę tę optykę i zapytam, na ile sposobów można zagrać dobrego? Na ile sposobów można się uśmiechać, robić pogodną minę, a na ile sposobów można być złym? Zło ma znacznie więcej twarzy, jest bardziej atrakcyjne, interesujące. Przyciąga ludzi i ciągnie również aktorów. Jest to na swój sposób łatwe.

Chce Pan powiedzieć, że trudniej być Ojcem Mateuszem niż Wolfem z Psów, czy esesmanem?

Bardziej się trzeba nagimnastykować. By wiarygodnie i atrakcyjnie dla widza zagrać tego dobrego, trzeba mocniej się starać. Za to w teatrze zagrałem dużo takich mówiąc delikatnie - niejednoznacznych postaci, czarne charaktery zdarzały mi się niezwykle często. Szersza publiczność niestety tego nie widzi. Zatem dla mnie te dwa nurty cały czas istnieją. Nie zanudzam się tą jedną rolą i tą dobrą stroną. Ona po prostu jest bardziej widoczna.

Ale może Burski z księdzem swoją świętością przekonali również reżyserów, którzy stawiają na innych?

Wywiad został przeprowadzony podczas II Festiwalu Aktorstwa Filmowego we Wrocławiu

Aktorów w Polsce jest wielu i można wybierać. Nie będę oceniał, czy to dobrze, że ktoś gra w siedmiu, czy pięciu filmach w roku. Lepiej oczywiście, żeby widz mógł oglądać różnych aktorów na ekranie. Tyle, że łatwiej korzystać z wzorców, które się sprawdzają, to nie wymaga odwagi. Wojtek Wójcik, który mnie zobaczył w swojej wizji młodego kasiarza w Trzech dniach bez wyroku i Władysław Pasikowski, który zrobił ze mnie w Psach kompletnie kogoś innego, to ludzie odważni. Dali mi kompletnie nie przystające do mojego wizerunku zadanie. Do tego trzeba mieć dużo wyobraźni.


Poukładany domator - to Pańskie słowa.

Życie aktora jest związane z nieustającym obcowaniem z ludźmi. Ten zawód nie funkcjonuje w próżni tylko w relacji z kilkoma, bądź kilkudziesięcioma osobami, często też z milionami. Dlatego nie chcę odpoczywać w jeszcze większej grupie ludzi. Zdecydowanie nie lubię kurortów z zatłoczonymi deptakami. To nie mój świat, ja chcę mieć po pracy trochę ciszy.


Krzysztof Janoś 
2013-11-25


menstream.pl/

środa, 6 listopada 2013

ARTUR ŻMIJEWSKI: TRZEBA SOBIE POMAGAĆ


Artur Żmijewski kręci kolejne odcinki serialu "Ojciec Mateusz". Nam opowiada nie tylko o swoim życiu zawodowym, ale także o tym jak dobrze i trudno jednocześnie jest być amantem. Jest VIP-em unikatem. Prowadzi udane rodzinne życie, a najważniejszą wartością jest dla niego przyzwoitość. Skąd się biorą tacy wspaniali faceci?

Aleksandra Szarłat
: Zdarzyło się panu brać udział w bójce? 

Artur Żmijewski: Parokrotnie. Jak miałem naście lat.

Z jakim skutkiem?

Nieśmiertelnym, jak widać (śmiech). Zdarzały się wtedy tzw. solówki. To były czasy git-ludzi, którzy chodzili po ulicach i szukali zaczepki. Więc czasami trzeba było stanąć do boju. Nie za często, bo w takim środowisku się nie obracałem, ale kiedy ktoś mnie wyzwał, nie było wyjścia.

Stanął Pan kiedyś w czyjejś obronie?

Tak, to naturalne. Jeśli widziałem, że ktoś był poniżany, uważałem, że to moja powinność. Teraz, z perspektywy lat, jeszcze się co do tego upewniłem. Należy takie rzeczy robić, interesować się ludźmi. Kilka lat temu byliśmy z żoną na nartach w Szklarskiej Porębie. Zjeżdżaliśmy Lolobrygidą i zobaczyliśmy, że z krzaków próbuje się wydostać jakaś pani. Zatrzymaliśmy się, a żona zapytała, czy potrzebna jest pomoc. „Teraz już nie, odpowiedziała kobieta, ale od 15 minut usiłuję się stąd wydłubać i choć przejeżdża tędy mnóstwo osób, jedynie państwo zaproponowali mi pomoc”. Obowiązującą normą powinno być wzajemne pomaganie sobie, uśmiech na co dzień, dobre słowo. A przynajmniej nie wchodzenie sobie w drogę po to tylko, żeby wyrządzić krzywdę. Trzeba przeciwstawiać się chamstwu i bandytyzmowi na ulicach.


Czołowy amant polskiego kina mógłby jednak ucierpieć na urodzie. 

Blizny dodają męskości. Proszę zobaczyć twarz Roberta Więckiewicza. Oczywiście potrzebny jest też wdzięk, którego Robertowi nie brakuje. Poza tym każdy powinien być trochę idealistą. Bo jak się człowiek wyzbędzie ideałów i marzeń, co pozostaje? Życie ma wtedy wyłącznie sens wegetatywny.

Idealizmu Panu nigdy nie brakowało. Wyczuli to reżyserzy i na początku obsadzali Pana głównie w rolach romantycznych bohaterów. 

Po to, żeby je grać poszedłem do szkoły aktorskiej. I rola Konrada-Gustawa w „Lawie” przydarzyła mi się dlatego, że bardzo jej pragnąłem. Tadeusz Konwicki mnie wybrał i to było fantastyczne.

Dwadzieścia kilka lat od skończeniu szkoły i wciąż na topie. Główne role, nagrody publiczności. Przeżył Pan jakieś rozczarowania?

Chyba nie, chociaż… Moje romantyczne marzenia obróciły się przeciw mnie. Po jakimś czasie doszło do tego, że otrzymywałem tylko propozycje z repertuaru wielkich romantyków. Co w telewizji była rocznica śmierci któregoś z klasyków, mnie zapraszano do recytacji. Poczułem się tym znużony i zacząłem odmawiać. Nie chciałem być dyżurnym romantykiem. W aktorstwie szukałem przygody, chciałem się rozwijać, spotykać z różnymi ludźmi i grywać różne role. Tymczasem ta różnorodność nie przychodziła. W rezultacie nic nie robiłem. Ani w teatrze, ani w telewizji, ani w kinie. Myślano, że skoro odmawiam, widocznie nie chcę grać. Bardzo to przeżyłem.

Kilka lat temu powiedział Pan, że ma nadzieję, że życie zatoczy krąg i zamknie się pewien cykl, a Pan znów będzie grywał romantyczne postacie na zmianę z czarnymi charakterami. Jest Pan po czterdziestce, czy ten cykl się zamknął?

Myślę, że tak, bo grywam już role ojców. Pierwszy krąg przeszedł, inaczej dziś myślę. I wiem, że kiedy dostanę kolejną rolę podobną do tej, którą już kiedyś grałem, albo wręcz tę samą, nie powiem: mam na nią receptę. Bo jestem już kim innym. Bogatszy o doświadczenia, w innym 
miejscu życia. Dziś trudno by mi było wrócić do grania typowych amantów. Niosę za duży plecak.




Takich jak landrynkowy Rudolf Valentino. To już na pewno nie.


Adam z filmu „Nigdy w życiu”, zrealizowanego na podstawie powieści Katarzyny Grocholi, nie jest takim rycerzem bez skazy?

Kino to też rozrywka, podobnie jak teatr. Wielka sztuka narodziła się dlatego, że byli faceci, którzy ją sponsorowali. I w kinie powstają nie filmy intelektualne, ale także i te dla niewyrobionej publiczności. Wszyscy mają prawo do rozrywki. A jeśli zaproponowano mi udział w „Nigdy w życiu”, filmie opartym na ciekawym scenariuszu, który miał ludzi ubawić i wzruszyć i dodatkowo niósł ze sobą fajny przekaz, dlaczego miałbym odmówić?


Żeby nie uchodzić za przystojnego blondyna. W pewnym momencie nawet pan przytył i zapuścił zarost, żeby się tylko odciąć od tego wizerunku.

Nigdy nie chciałem się z nim identyfikować. Ale Pan Bóg obdarzył mnie tym, co mam i się z tego cieszę. Powiedzmy szczerze, ludziom przystojnym czy ładnym jest w życiu łatwiej. Jako młody aktor walczyłem z wizerunkiem amanta, dlatego że zazwyczaj kojarzy się on z kimś pustym i gogusiowatym. Nienawidziłem takiego myślenia, że ładny to głupi i jedyne na czym mu zależy, to to, żeby obracać panienki.

Ładna, czyli głupia, tak mężczyźni lubią mówić o kobietach.

Kobietom też tego nie zazdroszczę. To straszne uproszczenie. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, jak sami siebie zubożają, tak myśląc, czy to o kobietach, czy kategorii amanta. Rola zbudowana tylko na urodzie jest pusta. Żeby ją dopełnić, potrzebna jest jakaś motywacja, zadra czy brzydka cecha charakteru. Inaczej wszystko robi się letnie. Jeżeli kobieta znajdzie w sobie jakiś defekt psychiczny czy fizyczny, też jest ciekawsza. Ja też się zmieniłem. Czuję się dojrzalszy i widzę, że otoczenie również inaczej mnie traktuje. Nie bez znaczenia jest też to, że przerzedziły mi się włosy i posiwiała broda. Jestem mężczyzną.

Co to dzisiaj znaczy?

Mężczyzna to ktoś odpowiedzialny, to podstawowe kryterium. Facet musi być odpowiedzialny, reszta to rzeczy poboczne, które zależą wyłącznie od cech charakteru.

Kiedy po raz pierwszy poczuł się Pan mężczyzną?

Nie pamiętam konkretnego momentu. Zawsze czułem się bardziej dorosły, niż wskazywał na to mój wiek.

Dla kobiet przełomem jest często urodzenie pierwszego dziecka. 

Kiedy urodziła się moja córka, miałem 27 lat. Może ma Pani rację, że to był ten moment. Uświadomiłem sobie wtedy, że pojawił się ktoś, kto sobie sam nie poradzi. I nagle musiałem się nauczyć odpowiedzialności za inną osobę. Ale nie przyszło to z dnia na dzień.

Wiem, że jest Pan świetnym ojcem dla trójki dzieci: Ewy, Karola i Wiktora. A kto dla Pana był wzorcem męskości?

Z tym mam kłopot, ponieważ moi rodzice rozeszli się, kiedy miałem 8 lat. Brat jest o sześć lat starszy. Wychowywała nas mama. Z ojcem właściwie się nie spotykałem, więc nie miałem szansy go obserwować. Dziadek nie żył, wujków widywałem raz na jakiś czas. Tak naprawdę trochę sobie ten wzorzec wyobraziłem. Miałem w życiu różne momenty: taki, w którym byłem zachwycony nieuczeniem się i taki, kiedy uczyłem się bardzo dobrze. W pierwszej klasie ogólniaka, okresie najbardziej intensywnego poszukiwania męskich wzorców, grałem w kapeli w ramach tak 
zwanego ruchu amatorskiego. Przewodziło nami dwóch facetów: starszy ode mnie o kilkanaście lat Piotrek Nowotny, który przygotowywał mnie do konkursów recytatorskich, i Darek Zawadzki, starszy o 10. Spędzałem z nimi każdą wolną chwilę. To był ważny okres w moim życiu, myślę, że on mnie ukształtował. Ale nie miałem konkretnego autorytetu, którego bym się trzymał.


Kino również ma swój udział w kreowaniu wzorca męskości. Pana Polki pokochały za rolę doktora Burskiego w „Na dobre i na złe”. Każda chciałaby mieć partnera, który kieruje się szlachetnymi zasadami. Co dzisiaj po latach daje panu ta rola? Nie ma Pan wrażenia, że to jak wkładanie ciepłych kapci?

Nie. Przy tej roli zacząłem dojrzewać. Zmienił się i Jakub Burski, i ja. Bardzo się z tą postacią zżyłem. Jednak co jakiś czas muszę się z nią rozstać i poszukać czegoś innego. Gdybym grał tylko w tym serialu, pewnie byłoby tak jak pani mówi. Szczęśliwie udaje mi się jednocześnie pracować przy innych rzeczach. Podczas kręcenia „Na dobre i na złe”, wziąłem udział w siedmiu teatralnych premierach, kilku teatrach telewizji, paru filmach fabularnych i innych serialach.

Mężczyźni najwyraźniej mają dziś kłopot z tradycyjnie pojmowaną męskością. Unikają stałych związków, uciekają od odpowiedzialności, coraz częściej wpadają w depresje. Z czego to wynika?

Faceci się pogubili i nie bardzo potrafią odróżnić swoją płeć od przeciwnej, bo kobiety stały się tak silne. Nie radzą sobie z tym zwłaszcza słabsze jednostki. Kiedyś, gdy kobiety były uzależnione od mężczyzn - w końcu jeszcze do niedawna nie miały prawa wyborczego - łatwo było grać macho, także w tym najgorszym sensie. Dziś kobiety są świadome swojej siły. Pochłonięty codzienną gonitwą mężczyzna jest zaskoczony, gdy nagle okazuje się, że jego kobieta jest zupełnie samodzielna i w ogóle go nie potrzebuje. Męskie cechy zaczynają wtedy w nim zanikać, bo nie są nikomu potrzebne.

Czy to znaczy, że twardych facetów można jeszcze zobaczyć tylko w kinie? 

Skoro same kobiety nie chcą mieć wsparcia w mężczyźnie…

Ależ chcą, chcą… 

Role się przemieszały. Kiedyś to mężczyźni chcieli, żeby ich kobiety dobrze wyglądały. A dzisiaj jest odwrotnie. Więc mężczyźni zaczynają chodzić do kosmetyczek, przekłuwać sobie uszy… Wszystko robi się uniseksualne.

Pan chodzi do kosmetyczki, używa kremów pod oczy?

U kosmetyczki byłem ze dwa razy. Żona mnie namówiła. I nie wstydzę się, to normalne. Natomiast za zabójcze i dla kobiet, i dla mężczyzn, uważam zwariowany rytm życia. Na nic nie ma czasu, a już na pewno nie na to, żeby porozmawiać. I zaczynamy się mijać.


A ile pan spędza czasu w domu?

Każdą wolną chwilę. I zawsze nocuję (śmiech). Jadę do domu, kiedy tylko mogę. Nawet na pół godziny, między zdjęciami a przedstawieniem, żeby spotkać się z żoną czy dzieciakami. To mnie regeneruje. Lubię być w domu, choć czasami bywam nieznośny. Przychodzę rozdrażniony i chciałbym, żeby mi nie przeszkadzano. Zamykam się. Potrzebne mi są takie momenty, kiedy mogę się zatrzymać i pomyśleć. Mam w sobie coś z samotnika.

Dlatego jeździ pan na ryby?

Wstyd przyznać, od trzech lat nie byłem. Nie mam kiedy. Ale za to dużo czasu spędzam samotnie w samochodzie. Szybka jazda przy dobrej muzyce to mój sposób na nadmiar adrenaliny. Chętnie chodziłbym na siłownię, bo facetowi w stresie dobrze robi, kiedy może się upodlić fizycznie.



A wódeczka z kolegami?

Oczywiście, jestem przecież normalny.

A jak Pan wychowuje synów?

Niestety, rzadko się z nimi widuję, ale staram się z nimi pogadać i pobawić. Musiałem się nauczyć być ojcem dla chłopaków. Relacja między mną a córką jest zupełnie inna. Z Ewą mam świetny kontakt, ona jest już ukształtowana. To mała kobietka. W stosunku do chłopców wyznaję zasadę: od kochania i rozpieszczania jest mama, a tata od uspołeczniania.


Co to znaczy „uspołecznianie”?

Żona czasami usiłuje synów do czegoś przekonać i nic z tego nie wychodzi. Wtedy wkraczam ja. Przy chłopcach musi być w domu ktoś, kto zaprowadzi dyscyplinę. Inaczej można by zwariować. Łatwiej jest żyć człowiekowi, który ma poczucie odpowiedzialności, wie, że nie można się spóźniać, a do innych powinien odnosić się z szacunkiem. Że życie to nie same wygrane. Uważam, że to czego synów teraz nauczę, kiedyś może im się przydać.

W filmie „Doborowe towarzystwo” Dennis Quaid przestrzega chłopaka swojej nastoletniej córki i zapowiada, że jeśli nie będzie wobec niej w porządku, już on, ojciec, się z nim rozprawi. Dał się Pan już poznać od tej strony? 

Mimo że już przychodzi do nas wielu kolegów córki, nic takiego dotąd się nie zdarzyło. Może jest jeszcze na to za wcześnie? Ale znajduję w sobie pierwiastki wskazujące, że mógłbym się zachować podobnie. Czasem żartuję, że będę spuszczać kolejnych adoratorów po schodach. Mówię to niby żartem, ale jednak coś w tym jest. Jestem za to pewien, że gdyby moje dzieci zostały przez kogoś skrzywdzone, obudziłby się we mnie wampir.

Strasznie pan niemedialny: pracowity, dba o dom, kocha rodzinę, żona od lat ta sama… 

I na dodatek żony nie biję (śmiech). Może ja trochę staromodny jestem? Bo w moim środowisku powinienem skakać z kwiatka na kwiatek, nieustannie romansować, co chwila rozwodzić się, żenić i płodzić kolejne dzieci, każde z inną kobietą. Rzeczywiście, to mało medialne. Dobrze się sprzedaje sensacja, a nie coś tak pozornie nudnego jak moje życie. Ale osobiście bardzo się z niego cieszę.

I jest z czego. Dla mnie na tym właśnie polega prawdziwa męskość. A kto jest pana bohaterem?

Mam parę autorytetów, których się trzymam. Smutne jest tylko, że należą oni do dinozaurów na wymarciu albo wręcz odeszli. To prof. Władysław Bartoszewski i Jan Nowak-Jeziorański. Całym swoim życiem zaświadczyli, że warto być przyzwoitym. I czasami iść pod prąd, żyć po swojemu. Każdy powołuje się teraz na papieża, ale Wojtyła zmienił bieg wydarzeń, idąc konsekwentnie w tę samą stronę. Na tym polega mój idealizm, że chciałbym, żeby świat się nie popsuł do końca. I żebyśmy mogli propagować przyzwoite postawy tu, gdzie przyzwoitość nie jest w cenie.

Co by pan chciał, żeby pana synowie powiedzieli o panu za 20 lat?

Że ich ojciec był przyzwoitym facetem.

Rozmawiała: Aleksandra Szarłat

http://www.cialo-umysl-dusza.pl/

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Artur Żmijewski: Film to praca zbiorowa

Swoją skromnością, otwartością i cierpliwością ujął widzów 6.Festiwalu Reżyserii Filmowej w Świdnicy. Nie ma w sobie nic z gwiazdy ani celebryty, choć dzięki popularnej roli Ojca Mateusza powodów ku temu ma wiele. Artur Żmijewski, odtwórca jednej z głównych ról w znakomitym filmie „Mój rower” (obraz nominowany do nagrody Złotego Dzika), o swojej pracy, metamorfozach i świdnickim festiwalu w rozmowie z Adrianną Woźniak.


Czym jest dla Pana film „Mój rower”? Pojawiły się głosy, że jest to swoiste studium męskiej natury, męskiej duszy, czy męskich relacji – nie tylko w rodzinie.

Przystępując do kręcenia filmu nie rozumieliśmy tego w taki sposób, w tak – powiedzmy – dosłowny sposób, ale coś w tym na pewno jest. Jest to film o relacji trzech pokoleń facetów, każdy z nich ma trochę inne myślenie na temat życia i świata. Tutaj jak w soczewce odbija się odwieczny problem konfliktu pokoleń, który jest nieunikniony i tego mostu, który powoduje, że porozumienie następuje dopiero pomiędzy co drugim pokoleniem. Jest taka archetypiczna sytuacja w tym filmie, że ojciec z synem dogadać się nie może, ale dziadkowi z wnukiem udaje się to bardzo dobrze. Jak się nad tym zastanowić, być może ojcowie stawiają dzieciom zbyt duże wymagania, być może mają w stosunku do nich zbyt duże oczekiwania. A dziadkowie ze swoim doświadczeniem życiowym, ze swoją mądrością – mają świadomość, że istnieją pewne rzeczy, których nie da się przewalczyć. Być może jest to jeden z głównych wniosków, który płynie z tej opowieści: że świat jest tak skonstruowany, że najlepiej jest być blisko z drugim  człowiekiem niezależnie od tego, jakie on ma wady czy zalety. Być blisko i dawać mu szansę na to, żeby był taki, jaki jest, nie oczekiwać od niego tego, czego sami od siebie oczekujemy.

Więc jaką funkcję pełni  „Mój rower”? Dydaktyczną?

Dla mnie ze swojej istoty jest to niemal sytuacja archetypiczna, bo to jest film, który powstał po to, żeby opowiedzieć pewną historię – kino jest w głównej mierze właśnie po to i od nas zależy, czy te historie będą głupie, mądre, płytkie czy głębokie. Można by było używać różnych innych określeń próbując przyłożyć miarę do tego typu rzeczy, ale niewątpliwie kwestią najważniejszą jest ciekawe opowiedzenie historii, która obchodzi najpierw scenarzystę, potem – reżysera, a następnie grupę ludzi, która się zbiera, aby ten film zrobić – bo to, co widzimy na ekranie jest efektem pracy zbiorowej. Film nie jest nigdy efektem pracy tylko reżysera, tylko scenarzysty, tylko aktorów, ale także wszystkich innych obecnych na planie i od tego, w jakiej atmosferze to przebiegało, zależy efekt końcowy.

Zauważyłam, być może niesłusznie, że z biegiem lat pana role łagodnieją – od „Psów” po „Ojca Mateusza”. Cy są to świadome wybory?

Myślę, że rolę w „Moim rowerze” można by było adresować w kierunku „Psów”, mój bohater bywa bardzo nieprzyjemnym typem. Ale ja zawsze usiłowałem sobie świadomie układać w życiu tak, aby praca w tym zawodzie była najbardziej różnorodna – fajnie jest zagrać bandytę, ale równie fajnie jest zagrać policjanta. Fajnie jest zagrać kogoś odpychającego i opryskliwego, ale równie dobrze jest zagrać kogoś, kto jest miły i sympatyczny. Właśnie w tym sensie zawsze starałem się wybierać rzeczy bardzo różne, chociaż mój wybór zawsze był nieco ograniczony, dlatego, że rynek filmowy w Polsce nie jest tak wielki, jakby mogło się wydawać. Są też pewne rzeczy, których nie zagrałem i pewnie nigdy bym nie zagrał, bo są one poza moja wrażliwością, poglądem, światem. Jest też wiele ról, których nie zagram, bo mój czas na nie minął. To nie jest już wiek, w którym mógłbym zagrać np. Hamleta. Ale właśnie z tego powodu trzeba podchodzić do życia z pełną otwartością i cierpliwie czekać na to, co życie może przynieść fajnego. Nie odmawiać po drodze rzeczy, które pozornie wydają nam się niezbyt ciekawe, bo często są bardzo interesujące w istocie, ale musimy się do nich przygotować: przygotować swoje myślenie do rzeczy, które są dla nas nieoczekiwane, aby móc się z nimi zmierzyć – to jest właśnie wyzwanie. A nie rzecz, którą my sobie założymy, że zrobimy – to jest wymyślone, wyreżyserowane. Życia nie da się wyreżyserować, a bycie aktorem jest też życiem w pewnym sensie – jest to zawód, który się z nim miesza cały czas.

Czy seriale to sztuka?

Serial również może być sztuką,  przypomnę chociaż takie  jak „Dom” czy „Królowa Bona”, do których często i chętnie wracają ludzie z mojego pokolenia. Ale biorąc pod uwagę serial, który łączy wszystkie pokolenia, dajmy na to „Alternatywy 4″, trzeba jasne stwierdzić: tak, serial może być sztuką. Jest to tylko kwestia tego, jak my się do niego zabieramy i czy chcemy robić to uczciwie i na najwyższym poziomie profesjonalizmu czy prześlizgnąć się przez niego i pochałturzyć – potraktować jak protezę. Wydaje mi się, że u nas, jeśli chodzi o poziom seriali to wbrew wszystkim utyskiwaniom i narzekaniom, nie jest tak źle. Niektórzy bardzo błędnie oceniają pewne sytuacje – serial to jest coś innego niż sitcom czy telenowela. Wszystko usiłuje się wkładać do jednego wora, a prawda jest taka, że serial to jest taka figura, w której mamy do czynienia z cotygodniową emisją premierowego odcinka w cyklu trzynastu części kręconych seriami. Sitcom – wiadomo: śmiechy widowni, realizowany w studio. I telenowela, gdzie widzimy aktorów tego samego przedsięwzięcia przez cztery czy pięć dni w tygodniu. A my usiłujemy zrównać to wszystko z produktami wenezuelskimi czy brazylijskimi, które też muszą się pojawiać w telewizji, bo ludzie tego chcą i się przy tym bawią. A taka jest rola telewizji – musi dawać pożywkę i zadowalać wszystkie grupy odbiorców.

Jak traktowany jest dubbing? Jako poważne przedsięwzięcie czy rodzaj zabawy?

Przy dubbingu – o ile podejdzie się do niego zawodowo – można mieć naprawdę fantastyczną zabawę. Bo jeśli tylko chcemy się bawić, to późniejszy efekt nikogo nie zadowoli. Jednak w przeciwieństwie do filmu i teatru możemy sobie pozwolić na więcej swobody. W studio możemy sobie robić mnóstwo głupich min, zachowywać się jak dzieci – tego nikt poza realizatorem i reżyserem nie widzi. Możemy sobie pozwolić na najbardziej dziwne rzeczy, które chcemy zagrać, ale nie wolno traktować ich z przymrużeniem oka – w przeciwnym razie będą niewiarygodne. Jeśli zrobimy je bardzo poważnie, to wywołają one takie wrażenie, z którego wszyscy będą zadowoleni.

A propos FRF – czy reżyseria filmowa to taka dziedzina, która powinna mieć swój festiwal i odrębne nagrody?

Biorąc pod uwagę, że taką imprezę mają operatorzy na Camerimage, aktorzy na festiwalu im. Tadzia Szymkowa, nie widzę powodu, dla którego reżyserzy takiej imprezy mieć by nie mieli – w końcu są oni zawsze szefami w tych grupach. To reżyser stwarza ten świat, kreuje go, zaprasza do współpracy kolejnych ludzi – całą ekipę dobiera on sam. I ostatecznie to właśnie on odpowiada za efekt końcowy. Reżyseria filmowa jest rzemiosłem, ale też sztuką – i powinna być w jak największej ilości wypadków, bo wtedy będziemy mogli mówić o najwyższej jakości kinie, a do tego w końcu mierzymy. Po to się urodziliśmy, aby robić filmy fabularne i dlatego też z taką przyjemnością na takie imprezy przyjeżdżamy. A Świdnica jest fantastycznym miejscem i, jak już zdążyłem się zorientować, a to mój pierwszy pobyt tutaj – mieszkańcy naprawdę lubią ten festiwal!



swidnica24.pl

czwartek, 25 kwietnia 2013

Artur Żmijewski: czego warto spróbować w życiu

Artur Żmijewski: czego warto spróbować w życiu



Artur Żmijewski. Aktor. Wydaje się niedostępny, ale ma serce na dłoni.


WARTO PAMIĘTAĆ O LUDZIACH
Złapałem się na tym, że właśnie na planie serialu „Ojciec Mateusz” uświadomiłem sobie, jak niezwykle łatwo jest popaść w tarapaty. Żyjemy w biegu i czasem jakiś przypadek, zdarzenie losowe sprawia, że życie zaczyna się walić. Im dłużej żyję i doświadczam pewnych sytuacji, tym mocniej czuję, że ważne jest, żeby zatrzymać się na moment, zwrócić na drugiego uwagę. Warto to robić, nawet jeśli nie można dać niczego więcej poza uściśnięciem dłoni. To potem często procentuje obu stronom. Na planie „Mojego roweru” podszedł do mnie Piotrek Trzaskalski i powiedział: „Ten Krzysiek (Chodorowski) strasznie się denerwuje, pogadajcie”. Usiedliśmy naprzeciwko siebie i wtedy zdałem sobie sprawę, że jestem dwa razy starszy, przypomniałem sobie sprzed 20 lat takiego samego dzieciaka. I tak mi się zrobiło śmiesznie i dziwnie na sercu. Jako młody aktor przy „Lawie” Tadeusza Konwickiego zmagałem się z pierwszymi wersami wielkiej improwizacji: „Samotność, cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi...”. Stałem przy oknie. Pierwsza próba, druga, trzecia, a ja cały czas jestem niepewny. I wtedy jak ten cień przeszedł koło mnie Holoubek i wysączył mi do ucha: „To konstatacja”. Pomogło. Kiedy widzę kogoś, kto ma ten problem, podchodzę i mówię dwa słowa, jak starszy kolega. Pracujemy razem i jeśli on nie zbuduje postaci, to ja nie będę miał od kogo odebrać emocji i komu ich oddać.
Zbierałem kiedyś na pamiątkę scenariusze, spaliłem wszystko. Pamiątki trzeba zbierać w swojej głowie. Na kilku zdjęciach, żeby przypomnieć sobie ludzi, których już nie ma, a byli jeszcze przed chwilą, jak Krzysio Kolberger, Maciek Kozłowski czy Dusia Trafankowska. Spotkania z ludźmi są ważne. A czego nie warto? Piekielnie trudne pytanie. Dać wciągać się narkotykom, bo potem ludzie kończą na Dworcu Centralnym złotym strzałem, jak jeden z kolegów aktorów, mój równolatek. Nie warto marnować życia używkami. Przekreślać rodziny. Warto czasami wyjść na spacer, porozmawiać, żeby znaleźć odpowiedź, choćby jakąś cząstkę odpowiedzi na pytania, które nas nurtują. I pamiętać, że nic się nie dzieje od razu.

http://www.kobieta.pl/

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

HERMAN I ŻMIJEWSKI W FILMIE OPARTYM NA DRAMATYCZNYCH WYDARZENIACH

HERMAN I ŻMIJEWSKI W FILMIE OPARTYM NA DRAMATYCZNYCH WYDARZENIACH

Historia podmienionych w szpitalu sióstr nie tylko diametralnie zmieniła życie dwóch rodzin, ale też poruszyła całą Polskę.  Inspirowany prawdziwymi wydarzeniami film "Oszukane", z doskonałą Katarzyną Herman i Arturem Żmijewskim zobaczymy w kinach już 10 maja.



"Oszukane to historia o dojrzewaniu. Każda z kobiet w tej historii musi przejść przez próbę, która pokaże, czy potrafi kochać, wybaczać. I matki, i córki buntują się wobec tego, co je spotkało, każda z nich została jakoś oszukana" – tłumaczy producentka filmu, Krystyna Lasoń.



"Oszukane" to kino, w którym odnajdzie się każdy. Bo pokazuje jak nieprawdopodobną siłę potrafi znaleźć w sobie człowiek, gdy los wystawia go na wielką próbę. W emocjach bohaterów odnajdzie się wielu z nas. "Film stawia takie pytania, które ważne są zarówno dla bardzo młodych widzów, jak i dla całkiem dojrzałych: kim jestem, kogo kocham, kto jest dla mnie najważniejszy, co zrobię, gdy stracę tę najważniejszą na świecie osobę" – dodaje producentka.
W roli bliźniaczek zobaczymy autentyczne siostry – Karolinę Chapko ("Yuma") oraz Paulinę Chapko ("Sala samobójców").  Rodziców, którzy ponoszą największy koszt pomyłki sprzed lat zagrają: Katarzyna Herman, Artur Żmijewski oraz Ewa Skibińska.
"Oszukane" w kinach od 10 maja.


plejada.pl