Czym
jest dla Pana film „Mój rower”? Pojawiły się głosy, że jest
to swoiste studium męskiej natury, męskiej duszy, czy męskich
relacji – nie tylko w rodzinie.
Przystępując
do kręcenia filmu nie rozumieliśmy tego w taki sposób, w tak –
powiedzmy – dosłowny sposób, ale coś w tym na pewno jest. Jest
to film o relacji trzech pokoleń facetów, każdy z nich ma trochę
inne myślenie na temat życia i świata. Tutaj jak w soczewce odbija
się odwieczny problem konfliktu pokoleń, który jest nieunikniony i
tego mostu, który powoduje, że porozumienie następuje dopiero
pomiędzy co drugim pokoleniem. Jest taka archetypiczna sytuacja w
tym filmie, że ojciec z synem dogadać się nie może, ale dziadkowi
z wnukiem udaje się to bardzo dobrze. Jak się nad tym zastanowić,
być może ojcowie stawiają dzieciom zbyt duże wymagania, być może
mają w stosunku do nich zbyt duże oczekiwania. A dziadkowie ze
swoim doświadczeniem życiowym, ze swoją mądrością – mają
świadomość, że istnieją pewne rzeczy, których nie da się
przewalczyć. Być może jest to jeden z głównych wniosków, który
płynie z tej opowieści: że świat jest tak skonstruowany, że
najlepiej jest być blisko z drugim człowiekiem niezależnie
od tego, jakie on ma wady czy zalety. Być blisko i dawać mu szansę
na to, żeby był taki, jaki jest, nie oczekiwać od niego tego,
czego sami od siebie oczekujemy.
Więc
jaką funkcję pełni „Mój rower”? Dydaktyczną?
Dla
mnie ze swojej istoty jest to niemal sytuacja archetypiczna, bo to
jest film, który powstał po to, żeby opowiedzieć pewną historię
– kino jest w głównej mierze właśnie po to i od nas zależy,
czy te historie będą głupie, mądre, płytkie czy głębokie.
Można by było używać różnych innych określeń próbując
przyłożyć miarę do tego typu rzeczy, ale niewątpliwie kwestią
najważniejszą jest ciekawe opowiedzenie historii, która obchodzi
najpierw scenarzystę, potem – reżysera, a następnie grupę
ludzi, która się zbiera, aby ten film zrobić – bo to, co widzimy
na ekranie jest efektem pracy zbiorowej. Film nie jest nigdy efektem
pracy tylko reżysera, tylko scenarzysty, tylko aktorów, ale także
wszystkich innych obecnych na planie i od tego, w jakiej atmosferze
to przebiegało, zależy efekt końcowy.
Zauważyłam,
być może niesłusznie, że z biegiem lat pana role łagodnieją –
od „Psów” po „Ojca Mateusza”. Cy są to świadome wybory?
Myślę,
że rolę w „Moim rowerze” można by było adresować w kierunku
„Psów”, mój bohater bywa bardzo nieprzyjemnym typem. Ale ja
zawsze usiłowałem sobie świadomie układać w życiu tak, aby
praca w tym zawodzie była najbardziej różnorodna – fajnie jest
zagrać bandytę, ale równie fajnie jest zagrać policjanta. Fajnie
jest zagrać kogoś odpychającego i opryskliwego, ale równie dobrze
jest zagrać kogoś, kto jest miły i sympatyczny. Właśnie w tym
sensie zawsze starałem się wybierać rzeczy bardzo różne, chociaż
mój wybór zawsze był nieco ograniczony, dlatego, że rynek filmowy
w Polsce nie jest tak wielki, jakby mogło się wydawać. Są też
pewne rzeczy, których nie zagrałem i pewnie nigdy bym nie zagrał,
bo są one poza moja wrażliwością, poglądem, światem. Jest też
wiele ról, których nie zagram, bo mój czas na nie minął. To nie
jest już wiek, w którym mógłbym zagrać np. Hamleta. Ale właśnie
z tego powodu trzeba podchodzić do życia z pełną otwartością i
cierpliwie czekać na to, co życie może przynieść fajnego. Nie
odmawiać po drodze rzeczy, które pozornie wydają nam się niezbyt
ciekawe, bo często są bardzo interesujące w istocie, ale musimy
się do nich przygotować: przygotować swoje myślenie do rzeczy,
które są dla nas nieoczekiwane, aby móc się z nimi zmierzyć –
to jest właśnie wyzwanie. A nie rzecz, którą my sobie założymy,
że zrobimy – to jest wymyślone, wyreżyserowane. Życia nie da
się wyreżyserować, a bycie aktorem jest też życiem w pewnym
sensie – jest to zawód, który się z nim miesza cały czas.
Czy
seriale to sztuka?
Serial
również może być sztuką, przypomnę chociaż takie
jak „Dom” czy „Królowa Bona”, do których często i chętnie
wracają ludzie z mojego pokolenia. Ale biorąc pod uwagę serial,
który łączy wszystkie pokolenia, dajmy na to „Alternatywy 4″,
trzeba jasne stwierdzić: tak, serial może być sztuką. Jest to
tylko kwestia tego, jak my się do niego zabieramy i czy chcemy robić
to uczciwie i na najwyższym poziomie profesjonalizmu czy
prześlizgnąć się przez niego i pochałturzyć – potraktować
jak protezę. Wydaje mi się, że u nas, jeśli chodzi o poziom
seriali to wbrew wszystkim utyskiwaniom i narzekaniom, nie jest tak
źle. Niektórzy bardzo błędnie oceniają pewne sytuacje – serial
to jest coś innego niż sitcom czy telenowela. Wszystko usiłuje się
wkładać do jednego wora, a prawda jest taka, że serial to jest
taka figura, w której mamy do czynienia z cotygodniową emisją
premierowego odcinka w cyklu trzynastu części kręconych seriami.
Sitcom – wiadomo: śmiechy widowni, realizowany w studio. I
telenowela, gdzie widzimy aktorów tego samego przedsięwzięcia
przez cztery czy pięć dni w tygodniu. A my usiłujemy zrównać to
wszystko z produktami wenezuelskimi czy brazylijskimi, które też
muszą się pojawiać w telewizji, bo ludzie tego chcą i się przy
tym bawią. A taka jest rola telewizji – musi dawać pożywkę i
zadowalać wszystkie grupy odbiorców.
Jak
traktowany jest dubbing? Jako poważne przedsięwzięcie czy rodzaj
zabawy?
Przy
dubbingu – o ile podejdzie się do niego zawodowo – można mieć
naprawdę fantastyczną zabawę. Bo jeśli tylko chcemy się bawić,
to późniejszy efekt nikogo nie zadowoli. Jednak w przeciwieństwie
do filmu i teatru możemy sobie pozwolić na więcej swobody. W
studio możemy sobie robić mnóstwo głupich min, zachowywać się
jak dzieci – tego nikt poza realizatorem i reżyserem nie widzi.
Możemy sobie pozwolić na najbardziej dziwne rzeczy, które chcemy
zagrać, ale nie wolno traktować ich z przymrużeniem oka – w
przeciwnym razie będą niewiarygodne. Jeśli zrobimy je bardzo
poważnie, to wywołają one takie wrażenie, z którego wszyscy będą
zadowoleni.
A
propos FRF – czy reżyseria filmowa to taka dziedzina, która
powinna mieć swój festiwal i odrębne nagrody?
Biorąc
pod uwagę, że taką imprezę mają operatorzy na Camerimage,
aktorzy na festiwalu im. Tadzia Szymkowa, nie widzę powodu, dla
którego reżyserzy takiej imprezy mieć by nie mieli – w końcu są
oni zawsze szefami w tych grupach. To reżyser stwarza ten świat,
kreuje go, zaprasza do współpracy kolejnych ludzi – całą ekipę
dobiera on sam. I ostatecznie to właśnie on odpowiada za efekt
końcowy. Reżyseria filmowa jest rzemiosłem, ale też sztuką – i
powinna być w jak największej ilości wypadków, bo wtedy będziemy
mogli mówić o najwyższej jakości kinie, a do tego w końcu
mierzymy. Po to się urodziliśmy, aby robić filmy fabularne i
dlatego też z taką przyjemnością na takie imprezy przyjeżdżamy.
A Świdnica jest fantastycznym miejscem i, jak już zdążyłem się
zorientować, a to mój pierwszy pobyt tutaj – mieszkańcy naprawdę
lubią ten festiwal!
swidnica24.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz