Artur Żmijewski wcale nie jest taki święty. Łatwiej mu zagrać esesmana i gangstera, niż księdza
Serialowy Ojciec
Mateusz pogodził
się już z tym, że jest postrzegany przez pryzmat swoich
serialowych kreacji. Ma jednak nadzieję, że nie zamkną mu one
drogi do dużych ról filmowych. Już za kilka miesięcy zobaczymy
Artura Żmijewskiego w ekranizacji Kamieni
na szaniec.
MenStream.pl: Od lat zwycięża Pan w rankingach polskiej edycji miesięcznika Playboy na najbardziej pożądanego męskiego partnera na kolacji. Czuje się Pan wzorem do naśladowania?
A nie męczy to Pana? To już latami te ochy i achy.
Sympatii? Toż to pożądanie i uwielbienie w czystej postaci!
Nie słyszę frustracji, że duże role Pana omijają, że się o Pana nie biją.
Wywiad
został przeprowadzony podczas II Festiwalu Aktorstwa Filmowego we
Wrocławiu
Aktorów w Polsce jest wielu i można wybierać. Nie będę oceniał, czy to dobrze, że ktoś gra w siedmiu, czy pięciu filmach w roku. Lepiej oczywiście, żeby widz mógł oglądać różnych aktorów na ekranie. Tyle, że łatwiej korzystać z wzorców, które się sprawdzają, to nie wymaga odwagi. Wojtek Wójcik, który mnie zobaczył w swojej wizji młodego kasiarza w Trzech dniach bez wyroku i Władysław Pasikowski, który zrobił ze mnie w Psach kompletnie kogoś innego, to ludzie odważni. Dali mi kompletnie nie przystające do mojego wizerunku zadanie. Do tego trzeba mieć dużo wyobraźni.
Krzysztof Janoś
2013-11-25
menstream.pl/
MenStream.pl: Od lat zwycięża Pan w rankingach polskiej edycji miesięcznika Playboy na najbardziej pożądanego męskiego partnera na kolacji. Czuje się Pan wzorem do naśladowania?
Artur
Żmijewski: Nie, w ogóle. Cóż ja mogę na to poradzić?
To miłe, jeżeli ktoś tak myśli, ale ja tego typu rankingi
traktuję jako część mojego zawodu. Pewna pula ról powoduje, że
jestem kojarzony jako wzór partnera i tak jestem postrzegany jako
osoba prywatna. Przez ludzi, którzy przecież zupełnie mnie nie
znają. Nie zgłaszam do tych zestawień swojej kandydatury. Nie mam
na to wpływu.
A nie męczy to Pana? To już latami te ochy i achy.
Nie
bardzo. Wysoka pozycja w takich rankingach żyje własnym życiem,
nie uwiera specjalnie.
Tylko
nie wiem, czy Pan wie, ale nie tylko o kolacji jest tu mowa.
Nazwałbym to kompletnym pakietem,
bo wygrywa Pan też w głosowaniu na partnera na jedną noc i na
wymarzonego kandydata na męża. No ideał po prostu.
Trudno
może w to uwierzyć, ale nie śledzę tego. Moją postawę zawodową
i moje myślenie o aktorstwie kształtował kompletnie inny świat i
takie plebiscyty nie miały żadnego znaczenia. Nie czekałem na
chwilę, kiedy ktoś mnie tam umieści i nie zabiegałem o to.
Ale
chyba choć trochę łechce? Z Panem Polki są gotowe na wszystko.
Jasne,
że łechce i myślę, że każdego faceta by łechtało. Człowiekowi
w ogóle jest miło, jak jest doceniony. Te zestawienia też tak
traktuję jako przejaw pewnej sympatii.
Sympatii? Toż to pożądanie i uwielbienie w czystej postaci!
Skoro
Pan tak twierdzi. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie mylą mój
wizerunek prywatny z wykreowanym nie tylko przecież przeze mnie.
Pisarz czy malarz siedzi sobie w zaciszu i tworzy. Potem dopiero
konfrontuje dzieło z rzeczywistością. Proces tworzenia
jest związany z samotnością i intymnością, której aktor nie ma.
Każdy z nas genialnie buduje swojej role w łazience, przy goleniu.
Gdy przychodzi jednak do skonfrontowania tego z widzem, albo chociaż
z drugim kolegą, to okazuje się, że nasze wyobrażenia być może
nie do końca są trafne, że trzeba do tego inaczej podejść.
Okazuje się, że trzeba wpleść wizje innych aktorów, reżysera,
scenarzystów. Efekt końcowy to wypadkowa pracy pewnej grupy ludzi.
Nasza robota odbywa się na widoku publicznym. Nieustannie jesteśmy
poddawani tej publicznej ocenie.
Dobrze
Pan sobie radzi z tymi życiem na widoku. Nic specjalnie sensacyjnego
nie można znaleźć w licznych plotkarskich serwisach. Jak się
buduje taki szczelny mur wokół swojego prywatnego życia?
Kiedyś
wystarczyło nie dawać powodów, by nie być na celowniku. Teraz
rynek jest tak wielki, że zainteresowanie mediów rozkłada się na
więcej osób. Ja też rzeczywiście nie uczestniczę w celebryckim
życiu, które potem mogłoby być komentowane przez tabloidy. Nie
interesuje mnie bywanie na bankietach. Nie wyprowadzam też
swojej rodziny pod
obiektywy paparazzich. Staram się trzymać od show biznesu z daleka
i żyć w miarę normalnie. Nie zawsze mi się to udaje, ponieważ
bywają takie sytuacje, że się nie przemknę.
Zawsze
można założyć czapkę z daszkiem i ciemne okulary.
Ja
się nie ukrywam. Nigdy tego nie robiłem, bo nie mam powodów. Jak
jadę na zakupy to nie udaję, że jestem kimś innym. Śmieci też
wynoszę jako Artur Żmijewski. Nie dajmy się zwariować. Życie
jest realne, a tylko moja praca jest fikcją, na którą się umawiam
z widzem.
Ale
ostatnio taka grzeczna ta fikcja. Od 20 lat, czyli roli w Psach gra
pan tylko pozytywne postaci.
Po Psach pojawiałem
się jeszcze jako szwarccharakter. Ze wszystkich kilkudziesięciu ról
filmowych dużo było tych złych. Tyle, że siła telewizji sprawia,
że głównie kojarzy mnie się jako doktora Burskiego, a teraz jako
księdza-detektywa. Na szczęście Burski powoli odchodzi już w
niepamięć i ludzie rzadko mnie o tę postać pytają. Widać czas
działa na moją korzyść i mam nadziej, że zadziała tak, jak w
przypadku Janusza Gajosa, który na początku swojej kariery zagrał
rolę o strasznej sile rażenia. Długo nie mógł potem zagrać
czegoś tak nośnego. Grywał przecież fantastyczne role, ale one
się zupełnie nie przebijały. W teatrze też udowadniał przez
lata, że jest wybitnym aktorem i wszyscy, którzy mieli okazję go
zobaczyć, wiedzieli o tym. Problemem była jednak skala, ról
teatralnych nie widać w telewizji.
Po
Katyniu z 2007 roku przez kilka lat nie miał Pan ról kinowych.
Przed rokiem wszedł na ekrany Mój
Rower w tym Oszukane.
W 2014 zobaczymy Pana w Kamieniach na
Szaniec.
W Kamieniach
na Szaniec gram niewielką rolę, ale za to bardzo ją
lubię. Jestem ojcem Rudego. To jest taki kontrapunkt i tło dla
opowieści o młodych ludziach i ich emocjach. Danusia Stenka jest
moją żoną, więc mieliśmy szansę się spotkać i to była dla
mnie też duża frajda. Ważne, że do spotkania doszło w zupełnie
innym kontekście, niż w Nigdy w
Życiu z którym też byliśmy kojarzeni przez lata.
Rzadkie pojawianie się w kinie, tłumaczę sobie tak: życie idzie
do przodu, kolejne wyzwania przed nami. Nikt nie wie, co będzie za
dwa, trzy lata.
Nie słyszę frustracji, że duże role Pana omijają, że się o Pana nie biją.
Może
dlatego, że moje marzenie zawodowe spełniło się bardzo wcześnie.
Na trzecim roku studiów zagrałem Gustawa Konrada w Lawie w
reżyserii Tadeusza Konwickiego. Nie ma frustracji, bo nauczyłem się
w życiu z otwartością przyjmować to, co mnie spotyka. Na początku
mojej kariery ktoś udzielił mi dobrej rady: zagrałeś Konrada i
inne dobre role u fantastycznych reżyserów. Nagle przyjdzie taka,
której się nie spodziewasz i powiesz nie,
bo czekasz na Hamleta. Potem odmówisz kolejnej i tak przez lata.
Potem już będzie za późno, żeby tego Hamleta zagrać. To mi dało
dużo do myślenia. Uświadomiłem sobie, że ten zawód nie polega
na tym, żeby zagrać Hamleta. Chodzi o to, żeby grać różne role.
Im bardziej będą one zróżnicowane, tym ciekawiej.
Dawno
nie zagrał Pan żadnej demonicznej postaci. Nie ciągnie Pana?
W Wyroku
na Franciszka Kłosa u Wajdy zagrałem esesmana i
powiem, że bardzo lubię takie rzeczy grywać.
Ale
to było 13 lat temu...
Odwrócę
trochę tę optykę i zapytam, na ile sposobów można zagrać
dobrego? Na ile sposobów można się uśmiechać, robić pogodną
minę, a na ile sposobów można być złym? Zło ma znacznie więcej
twarzy, jest bardziej atrakcyjne, interesujące. Przyciąga ludzi i
ciągnie również aktorów. Jest to na swój sposób łatwe.
Chce
Pan powiedzieć, że trudniej być Ojcem Mateuszem niż Wolfem
z Psów, czy esesmanem?
Bardziej
się trzeba nagimnastykować. By wiarygodnie i atrakcyjnie dla widza
zagrać tego dobrego, trzeba mocniej się starać. Za to w teatrze
zagrałem dużo takich mówiąc delikatnie - niejednoznacznych
postaci, czarne charaktery zdarzały mi się niezwykle często.
Szersza publiczność niestety tego nie widzi. Zatem dla mnie te dwa
nurty cały czas istnieją. Nie zanudzam się tą jedną rolą i tą
dobrą stroną. Ona po prostu jest bardziej widoczna.
Ale
może Burski z księdzem swoją świętością przekonali
również reżyserów, którzy stawiają na innych?
Aktorów w Polsce jest wielu i można wybierać. Nie będę oceniał, czy to dobrze, że ktoś gra w siedmiu, czy pięciu filmach w roku. Lepiej oczywiście, żeby widz mógł oglądać różnych aktorów na ekranie. Tyle, że łatwiej korzystać z wzorców, które się sprawdzają, to nie wymaga odwagi. Wojtek Wójcik, który mnie zobaczył w swojej wizji młodego kasiarza w Trzech dniach bez wyroku i Władysław Pasikowski, który zrobił ze mnie w Psach kompletnie kogoś innego, to ludzie odważni. Dali mi kompletnie nie przystające do mojego wizerunku zadanie. Do tego trzeba mieć dużo wyobraźni.
Poukładany
domator - to Pańskie słowa.
Życie
aktora jest związane z nieustającym obcowaniem z ludźmi. Ten zawód
nie funkcjonuje w próżni tylko w relacji z kilkoma, bądź
kilkudziesięcioma osobami, często też z milionami. Dlatego nie
chcę odpoczywać w jeszcze większej grupie ludzi. Zdecydowanie nie
lubię kurortów z zatłoczonymi deptakami. To nie mój świat, ja
chcę mieć po pracy trochę ciszy.
Krzysztof Janoś
2013-11-25
menstream.pl/

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz