poniedziałek, 25 listopada 2013

Artur Żmijewski wcale nie jest taki święty. Łatwiej mu zagrać esesmana i gangstera, niż księdza

Artur Żmijewski wcale nie jest taki święty. Łatwiej mu zagrać esesmana i gangstera, niż księdza



Serialowy Ojciec Mateusz pogodził się już z tym, że jest postrzegany przez pryzmat swoich serialowych kreacji. Ma jednak nadzieję, że nie zamkną mu one drogi do dużych ról filmowych. Już za kilka miesięcy zobaczymy Artura Żmijewskiego w ekranizacji Kamieni na szaniec.

MenStream.pl: Od lat zwycięża Pan w rankingach polskiej edycji miesięcznika Playboy na najbardziej pożądanego męskiego partnera na kolacji. Czuje się Pan wzorem do naśladowania?

Artur Żmijewski: Nie, w ogóle. Cóż ja mogę na to poradzić? To miłe, jeżeli ktoś tak myśli, ale ja tego typu rankingi traktuję jako część mojego zawodu. Pewna pula ról powoduje, że jestem kojarzony jako wzór partnera i tak jestem postrzegany jako osoba prywatna. Przez ludzi, którzy przecież zupełnie mnie nie znają. Nie zgłaszam do tych zestawień swojej kandydatury. Nie mam na to wpływu.



A nie męczy to Pana? To już latami te ochy i achy.
Nie bardzo. Wysoka pozycja w takich rankingach żyje własnym życiem, nie uwiera specjalnie.

Tylko nie wiem, czy Pan wie, ale nie tylko o kolacji jest tu mowa. Nazwałbym to kompletnym pakietem, bo wygrywa Pan też w głosowaniu na partnera na jedną noc i na wymarzonego kandydata na męża. No ideał po prostu.

Trudno może w to uwierzyć, ale nie śledzę tego. Moją postawę zawodową i moje myślenie o aktorstwie kształtował kompletnie inny świat i takie plebiscyty nie miały żadnego znaczenia. Nie czekałem na chwilę, kiedy ktoś mnie tam umieści i nie zabiegałem o to.

Ale chyba choć trochę łechce? Z Panem Polki są gotowe na wszystko.

Jasne, że łechce i myślę, że każdego faceta by łechtało. Człowiekowi w ogóle jest miło, jak jest doceniony. Te zestawienia też tak traktuję jako przejaw pewnej sympatii.


Sympatii? Toż to pożądanie i uwielbienie w czystej postaci!
Skoro Pan tak twierdzi. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie mylą mój wizerunek prywatny z wykreowanym nie tylko przecież przeze mnie. Pisarz czy malarz siedzi sobie w zaciszu i tworzy. Potem dopiero konfrontuje dzieło z rzeczywistością. Proces tworzenia jest związany z samotnością i intymnością, której aktor nie ma. Każdy z nas genialnie buduje swojej role w łazience, przy goleniu. Gdy przychodzi jednak do skonfrontowania tego z widzem, albo chociaż z drugim kolegą, to okazuje się, że nasze wyobrażenia być może nie do końca są trafne, że trzeba do tego inaczej podejść. Okazuje się, że trzeba wpleść wizje innych aktorów, reżysera, scenarzystów. Efekt końcowy to wypadkowa pracy pewnej grupy ludzi. Nasza robota odbywa się na widoku publicznym. Nieustannie jesteśmy poddawani tej publicznej ocenie.

Dobrze Pan sobie radzi z tymi życiem na widoku. Nic specjalnie sensacyjnego nie można znaleźć w licznych plotkarskich serwisach. Jak się buduje taki szczelny mur wokół swojego prywatnego życia?

Kiedyś wystarczyło nie dawać powodów, by nie być na celowniku. Teraz rynek jest tak wielki, że zainteresowanie mediów rozkłada się na więcej osób. Ja też rzeczywiście nie uczestniczę w celebryckim życiu, które potem mogłoby być komentowane przez tabloidy. Nie interesuje mnie bywanie na bankietach. Nie wyprowadzam też swojej rodziny pod obiektywy paparazzich. Staram się trzymać od show biznesu z daleka i żyć w miarę normalnie. Nie zawsze mi się to udaje, ponieważ bywają takie sytuacje, że się nie przemknę.

Zawsze można założyć czapkę z daszkiem i ciemne okulary.

Ja się nie ukrywam. Nigdy tego nie robiłem, bo nie mam powodów. Jak jadę na zakupy to nie udaję, że jestem kimś innym. Śmieci też wynoszę jako Artur Żmijewski. Nie dajmy się zwariować. Życie jest realne, a tylko moja praca jest fikcją, na którą się umawiam z widzem.

Ale ostatnio taka grzeczna ta fikcja. Od 20 lat, czyli roli w Psach gra pan tylko pozytywne postaci.

Po Psach pojawiałem się jeszcze jako szwarccharakter. Ze wszystkich kilkudziesięciu ról filmowych dużo było tych złych. Tyle, że siła telewizji sprawia, że głównie kojarzy mnie się jako doktora Burskiego, a teraz jako księdza-detektywa. Na szczęście Burski powoli odchodzi już w niepamięć i ludzie rzadko mnie o tę postać pytają. Widać czas działa na moją korzyść i mam nadziej, że zadziała tak, jak w przypadku Janusza Gajosa, który na początku swojej kariery zagrał rolę o strasznej sile rażenia. Długo nie mógł potem zagrać czegoś tak nośnego. Grywał przecież fantastyczne role, ale one się zupełnie nie przebijały. W teatrze też udowadniał przez lata, że jest wybitnym aktorem i wszyscy, którzy mieli okazję go zobaczyć, wiedzieli o tym. Problemem była jednak skala, ról teatralnych nie widać w telewizji.

Po Katyniu z 2007 roku przez kilka lat nie miał Pan ról kinowych. Przed rokiem wszedł na ekrany Mój Rower w tym Oszukane. W 2014 zobaczymy Pana w Kamieniach na Szaniec.

Kamieniach na Szaniec gram niewielką rolę, ale za to bardzo ją lubię. Jestem ojcem Rudego. To jest taki kontrapunkt i tło dla opowieści o młodych ludziach i ich emocjach. Danusia Stenka jest moją żoną, więc mieliśmy szansę się spotkać i to była dla mnie też duża frajda. Ważne, że do spotkania doszło w zupełnie innym kontekście, niż w Nigdy w Życiu z którym też byliśmy kojarzeni przez lata. Rzadkie pojawianie się w kinie, tłumaczę sobie tak: życie idzie do przodu, kolejne wyzwania przed nami. Nikt nie wie, co będzie za dwa, trzy lata.



Nie słyszę frustracji, że duże role Pana omijają, że się o Pana nie biją.



Może dlatego, że moje marzenie zawodowe spełniło się bardzo wcześnie. Na trzecim roku studiów zagrałem Gustawa Konrada w Lawie w reżyserii Tadeusza Konwickiego. Nie ma frustracji, bo nauczyłem się w życiu z otwartością przyjmować to, co mnie spotyka. Na początku mojej kariery ktoś udzielił mi dobrej rady: zagrałeś Konrada i inne dobre role u fantastycznych reżyserów. Nagle przyjdzie taka, której się nie spodziewasz i powiesz nie, bo czekasz na Hamleta. Potem odmówisz kolejnej i tak przez lata. Potem już będzie za późno, żeby tego Hamleta zagrać. To mi dało dużo do myślenia. Uświadomiłem sobie, że ten zawód nie polega na tym, żeby zagrać Hamleta. Chodzi o to, żeby grać różne role. Im bardziej będą one zróżnicowane, tym ciekawiej.

Dawno nie zagrał Pan żadnej demonicznej postaci. Nie ciągnie Pana?

Wyroku na Franciszka Kłosa u Wajdy zagrałem esesmana i powiem, że bardzo lubię takie rzeczy grywać.

Ale to było 13 lat temu...

Odwrócę trochę tę optykę i zapytam, na ile sposobów można zagrać dobrego? Na ile sposobów można się uśmiechać, robić pogodną minę, a na ile sposobów można być złym? Zło ma znacznie więcej twarzy, jest bardziej atrakcyjne, interesujące. Przyciąga ludzi i ciągnie również aktorów. Jest to na swój sposób łatwe.

Chce Pan powiedzieć, że trudniej być Ojcem Mateuszem niż Wolfem z Psów, czy esesmanem?

Bardziej się trzeba nagimnastykować. By wiarygodnie i atrakcyjnie dla widza zagrać tego dobrego, trzeba mocniej się starać. Za to w teatrze zagrałem dużo takich mówiąc delikatnie - niejednoznacznych postaci, czarne charaktery zdarzały mi się niezwykle często. Szersza publiczność niestety tego nie widzi. Zatem dla mnie te dwa nurty cały czas istnieją. Nie zanudzam się tą jedną rolą i tą dobrą stroną. Ona po prostu jest bardziej widoczna.

Ale może Burski z księdzem swoją świętością przekonali również reżyserów, którzy stawiają na innych?

Wywiad został przeprowadzony podczas II Festiwalu Aktorstwa Filmowego we Wrocławiu

Aktorów w Polsce jest wielu i można wybierać. Nie będę oceniał, czy to dobrze, że ktoś gra w siedmiu, czy pięciu filmach w roku. Lepiej oczywiście, żeby widz mógł oglądać różnych aktorów na ekranie. Tyle, że łatwiej korzystać z wzorców, które się sprawdzają, to nie wymaga odwagi. Wojtek Wójcik, który mnie zobaczył w swojej wizji młodego kasiarza w Trzech dniach bez wyroku i Władysław Pasikowski, który zrobił ze mnie w Psach kompletnie kogoś innego, to ludzie odważni. Dali mi kompletnie nie przystające do mojego wizerunku zadanie. Do tego trzeba mieć dużo wyobraźni.


Poukładany domator - to Pańskie słowa.

Życie aktora jest związane z nieustającym obcowaniem z ludźmi. Ten zawód nie funkcjonuje w próżni tylko w relacji z kilkoma, bądź kilkudziesięcioma osobami, często też z milionami. Dlatego nie chcę odpoczywać w jeszcze większej grupie ludzi. Zdecydowanie nie lubię kurortów z zatłoczonymi deptakami. To nie mój świat, ja chcę mieć po pracy trochę ciszy.


Krzysztof Janoś 
2013-11-25


menstream.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz