czwartek, 7 czerwca 2012

Męskie granie

ARTUR ŻMIJEWSKI Męskie granie


Na festiwalu filmowym w Gdyni o „Moim rowerze”, w którym Artur Żmijewski zagrał jedną z głównych ról, mówiło się, że jest to „Almodóvar dla mężczyzn” – wyciska z widza śmiech i łzy. Jak życie. Ten film jest pretekstem do rozmowy o tym, co w życiu ważne – o relacjach z dziećmi, pracy i upływającym czasie. „Staram się patrzeć przed siebie i nieść plecak ze wszystkimi rzeczami, które mi się już przydarzyły, żeby o nich pamiętać i nie powtarzać tych samych błędów” – mówi „Gali” aktor. Przepaści się nie boi, bo przecież to, co najważniejsze, zapisane jest w Dekalogu.

Mój rower” Piotra Trzaskalskiego to historia trzech mężczyzn: ojca, syna i wnuka. Jazzman Michał Urbaniak gra 70-letniego ojca, klarnecistę, Pan – syna, światowej sławy pianistę, wnuka Krzysztof Chodorowski.

To była wielka przygoda. W biegu dzisiejszego świata, w morzu dziwnych historii filmowych, które często są miałkie, o niczym, albo smutne i nieniosące żadnej nadziei, nagle pojawił się film Piotra, taki trochę film drogi, trochę psychologiczny, trochę rozliczeniowy pomiędzy trzema facetami, którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać, być, żyć, nie raniąc się przy tym. W tym filmie nie ma sentymentalnych puent, ale pozostaje nadzieja. Są trzej faceci i muzyka, która jest wszechobecna.

Były nocne, mocne męskie rozmowy?

Były nocne sceny męskie, bardzo poważne, w których musieliśmy brać udział (śmiech). Piotrowi bardzo zależało na tym, żeby nasza trójka dobrze się dopasowała. W związku z tym cały scenariusz mieliśmy nie tylko przegadany, ale też wypróbowany, przez kilka tygodni spotykaliśmy się niemal codziennie. Chodziło głównie o Michała, który po raz pierwszy występował w takiej roli, ale szybko okazało się, że wszelkie obawy były niepotrzebne. Michał fantastycznie sprawdził się w roli aktora, choć pochodzi z kompletnie innego świata. On sam mówił nam, że czuje się tak, jakby wchodził na scenę i musiał grać, nie znając nut, więc robił wszystko intuicyjnie. Ale ta intuicja nigdy go nie zawiodła. Miał tak niesamowitą łatwość wchodzenia w dialogi i stany emocjonalne, że mnie to wręcz fascynowało.

Opowiadał na planie anegdoty ze swojego życia?

Mnóstwo, wiele z nich opowiedział zresztą w swojej autobiograficznej książce („Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego” Andrzeja Makowieckiego – przyp. red. ). Ja wyniosłem z tego spotkania budującą lekcję. Poznałem w swoim życiu mnóstwo nieprzeciętnych ludzi, widziałem, jak każdy z nich inaczej reaguje na sukces, na porażki. Michał, który jest z pokolenia moich rodziców i – jak sam mówi – „żył, jak chciał”, przeżył niesamowite historie,zagrał z najlepszymi muzykami i jeszcze będzie grał z największymi, który sam jest światowej sławy muzykiem, pozostał przy tym człowiekiem niezwykle skromnym, wrażliwym, uczciwym i otwartym. On niczego nie udaje. Jest sobą, nie ma w nim nawet cienia gwiazdorstwa. W dużej części dzięki niemu czas spędzony przy tym filmie to nie była tylko praca, ale też początek przyjaźni. Miesiąc po zakończeniu zdjęć stawiliśmy się z rodzinami na fantastycznym koncercie, jaki Michał zagrał w Sali Kongresowej. To nas wszystkich jakoś emocjonalnie scaliło.

Pan sam jest ojcem dwóch synów. Jaką ważną lekcję wyniósł Pan z tej filmowej historii?

Żeby żadnej sytuacji w życiu nie zostawić niedopowiedzianej, zwłaszcza w relacjach z najbliższymi. Nawet jeśli prawda jest bolesna, a zazwyczaj bywa, lepiej wypowiedzieć ją na głos, prosto w oczy, żeby emocje mogły się oczyścić, żeby dać sobie szansę na życie jeśli nie w miłości, to przynajmniej w przyjaźni, w zgodzie. W filmie wiele rzeczy, które wydarzyły się pomiędzy ojcem, synem i wnukiem wynika z niedopowiedzeń właśnie i niezrozumienia intencji ojca w stosunku do syna. To się potem przekazuje z pokole-nia na pokolenie. Trudno od tego uciec. Jeśli człowiek nie zbierze się na odwagę, żeby się z tym zmierzyć, będzie powielał te same błędy w stosunku do swoich dzieci. Drugi morał jest taki, że zawsze przychodzi taki moment, kiedy nasze życie zmienia się nieodwracalnie i nie mamy szansy, żeby zatrzymać to, co było. Pewne rzeczy mijają bezpowrotnie. Trzeba umieć się z tym pogodzić.

Zapamiętał Pan sobie jedno szczególne zdanie?

Nie zapamiętuję i nie chcę pamiętać takich rzeczy. Kiedyś z pietyzmem składałem w pokoju wszystkie scenariusze,jakie dostawałem, i po latach zrobił się z tego ogromny stos. Pewnego dnia zebrałem wszystko i wyrzuciłem. Uznałem, że to dla mnie za duże obciążenie psychiczne, że nie powinienem przekładać życia moich bohaterów na moje życie prywatne, a wreszcie – że w domu zrobił się potworny bałagan. Do pewnego momentu byłem w stanie wyrecytować wszystkie swoje role, po kolei, według dat. W końcu powiedziałem stop, to nie ma sensu, nie ma powodu np. żeby znowu pochylać się nad losem Gustawa-Konrada, Edwarda II czy Eleganta z „Psów” Władka Pasikowskiego. Trzeba zamknąć się na tamten świat i iść do przodu w życiu realnym. Więc teraz wszystko idzie do niszczarki albo dzieci biorą do szkoły na makulaturę.

Zagrał Pan ponad sto ról: w filmach, teatrach, Teatrze Telewizji, serialach. Niedawno miał Pan urodziny. Pomyślałam sobie, że jako mężczyzna aktor jest Pan szczęściarzem, bo nie musi się Pan stresować upływem czasu...

Hm, dziś od rana boli mnie kolano...(uśmiech) Mam poczucie, że dopóki odnajduję siłę, żeby wstać rano z łóżka, to wszystko jest w porządku, nie zwracam uwagi na upływający czas. I nie ma w tym żadnej kokieterii, naprawdę. Kiedy obudziłem się w dniu swoich urodzin i pomyślałem: „Ile to ja już mam lat?”, to musiałem się chwilę zastanowić. Nie liczę lat, bo uważam, że to absolutnie nie ma sensu. Wszyscy przemijamy, więc nie będę się zastanawiał, czy zostało mi dziesięć lat czy pięć miesięcy życia. Staram się patrzeć przed siebie i nieść ten plecak ze wszystkimi rzeczami, które mi się już przydarzyły, żeby o nich pamiętać i nie powtarzać tych samych błędów.

A to się da?

W wielu wypadkach tak, ale nie zawsze. Tylko wtedy, gdy człowiek jest wystarczająco czujny, ma oczy szeroko otwarte. Najważniejsze to umieć się do błędu przyznać, nie musimy od razu rozgłaszać tego całemu światu, ale przed samym sobą. W życiu trzeba chcieć.

A jak czasami zwyczajnie się Panu nie chce, biczuje się Pan?

Nie jestem masochistą, nie lubię dokonywać na sobie gwałtów, choć często muszę robić pewne rzeczy bez względu na to, czy mi się chce, czy nie. Tak jest życie skonstruowane i ja się z tym pogodziłem. Uważam, że nie ma co się kopać z koniem. Większość tzw. dorosłego życia składa się z obowiązków. Tylko dzieciom wydaje się, że mają dwa obowiązki: chodzić do szkoły i trzymać porządek w pokoju, a potem, jak staną się już dorosłe, czeka je wolność. To jest, niestety, kompletne nieporozumienie. Prawda jest taka, że im człowiek bardziej dorosły, tym więcej obowiązków na niego czeka, a on tym częściej myśli o swobodzie i wolności, bo ma jej coraz mniej.

Czuje Pan jeszcze smak tamtej studenckiej wolności, kiedy zaczął Pan dorosłe życie w akademiku?

Mieszkałem w domu, z mamą. Całe studia dojeżdżałem z Legionowa do Warszawy, dzień w dzień, wyruszałem rano, wracałem wieczorami...

To musiało Pana zahartować.

To nie był dla mnie czas stracony, bo w kolejce mogłem czytać, słuchać muzyki, przemyśleć jakieś rzeczy. Oczywiście zdarzało się, że musiałem czekać godzinę, półtorej na transport i spóźniałem się na zajęcia, ale rzadko. Nie widziałem powodu, żeby siedzieć w akademiku. Widocznie tak jestem skonstruowany, że lubię mieć kawałek własnego terytorium, żeby po kilkunastu godzinach spędzonych z kolegami móc uciec w swój świat. Pamiętam, że moi koledzy dziwili się trochę, że z takim uporem dojeżdżam, ale może dzięki temu wyszedłem ze studiów odrobinę zdrowszy psychicznie? Poza tym zahartowało mnie to w tym sensie, że dziś nie widzę problemu w tym, żeby usiąść za kierownicą i jechać codziennie półtorej godziny do pracy. Wiem, że moje życie polega na tym, że gdy pracuję, to wstaję o piątej rano i wracam do domu po 21. Ale wiem też, że potem mam przez jakiś czas wolne i mogę być z rodziną.

Jest Pan niebywale poukładany wewnętrznie, zdyscyplinowany. Zawsze Pan taki był?

Mam poczucie, że od młodości jestem człowiekiem, który ma dystans do siebie i do świata. I ten dystans z każdym rokiem, z każdym dniem się zwiększa. Do pewnych rzeczy mam coraz większą cierpliwość, inne z kolei bardziej mnie denerwują, bo im jestem starszy, tym mam większą świadomość, że czas się kurczy. Myślę sobie, że jeśli wstaję rano i poświęcam swój czas na różne zajęcia, co zajmuje mi kilkanaście godzin na dobę, a ktoś mi mówi, że czegoś nie zrobił z jakiegoś błahego powodu, choć obiecał i się zobowiązał – to trafia mnie szlag. W tym sensie stałem się bardziej choleryczny: mam większe zrozumienie dla słabości jako takiej, bo wiem, że ludzie są ułomni, ale nie mam wyrozumiałości dla lenistwa, braku szacunku dla innych osób czy lekceważenia czasu, który ktoś nam poświęca. Zdarza mi się nawet wybuchnąć z tego powodu, ale chyba dobrze, bo to stwarza dla mnie taki wentyl bezpieczeństwa.

Czego przede wszystkim chciałby nauczyć Pan swoje dzieci?

Chciałbym moim dzieciom pokazać jak najwięcej możliwości, żeby potem miały najszerszy wybór, jaki się da. Nie mam złudzeń, wiem, że gdy dorosną, ich życie i tak potoczy się swoim torem, a one podejmą własne decyzje. Myślę, że jako rodzice nic bardziej sensownego nie jesteśmy w stanie zrobić. Jak patrzę na moje dzieci, widzę, że każde z tej trójki jest zupełnie inne. Nie można do nich przyłożyć gotowego szablonu, każde wymaga innego podejścia i myślenia na swój temat. Każde z nich ma lepsze i gorsze dni, podobnie jak my: czasami jesteśmy rodzicami wyrozumiałymi i cierpliwymi, czasami bywamy niesprawiedliwi. Dlatego zawsze im powtarzam: chcecie grać w tenisa, proszę bardzo; chcecie grać na instrumencie, proszę bardzo; chcecie rysować, róbcie to. Róbcie cokolwiek, próbujcie, szukajcie.

A zasady moralne – co jest ważne?

Wszystko zostało jasno określone w Dekalogu, niczego więcej nie trzeba tu kombinować. Jeśli dziecko tego się nauczy, cała reszta idzie jak z płatka. Tylko trzeba nauczyć się podstawowych przykazań na tyle dobrze, żeby się nie zastanawiać, co jest dobre, a co jest złe. Chodzi o to, żeby potem człowiekowi automatycznie włączała się czerwona lampka – to mogę, a tego mi nie wolno. To nam pozwala nie brnąć w rzeczy, które mogą nas strącić w przepaść.

Pomyślał Pan kiedykolwiek, że to nie jest zawód dla Pana, że popełnił Pan błąd?


Nie, nigdy i niczego nie żałuję. A wie pani dlaczego? Bo zawsze staram się szukać w tej pracy czegoś, co mnie osobiście dotyka, co mnie obchodzi, a nie tylko odtwarzać to, co napisane na papierze. To mi daje tak wielką frajdę, że nie nudzę się po tylu latach pracy. Ja już to mówiłem, ale powtórzę, że nie mam marzeń zawodowych, ponieważ one bardzo szybko się spełniły. Zagrałem Gustawa-Konrada w „Lawie” Tadeusza Konwickiego na trzecim roku studiów. Potem spotykałem niezwykłych ludzi, którzy wiele mnie nauczyli. Jeden z reżyserów kiedyś mi powiedział: „Nie czekaj na Hamleta, bo pewnego dnia może się okazać, że jesteś już do tej roli za stary. Bądź otwarty na wszystkie propozycje – możesz polec albo zwyciężysz, ale zawsze próbuj”. Dziś uważam, że to jest najbardziej przystający do mojego zawodu sposób myślenia: nie marzyć. Marzenia są dobre w życiu prywatnym, ale nie zawodowym. Czasami myślę, że dostałem wielki dar od losu. Na emeryturze będę mógł opowiadać wnukom mnóstwo ciekawych rzeczy. Oczywiście lekko podkoloryzowanych (śmiech). Ale to nie będą bajdurzenia starszego pana, tylko historie, które naprawdę mnie w życiu spotkały. I mam poczucie, że to będzie ciekawe słuchowisko.

http://www.gala.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz