ARTUR ŻMIJEWSKI Męskie granie
Na
festiwalu filmowym w Gdyni o „Moim rowerze”, w którym Artur
Żmijewski zagrał jedną z głównych ról, mówiło się, że jest
to „Almodóvar dla mężczyzn” – wyciska z widza śmiech i łzy.
Jak życie. Ten film jest pretekstem do rozmowy o tym, co w życiu
ważne – o relacjach z dziećmi, pracy i upływającym czasie.
„Staram się patrzeć przed siebie i nieść plecak ze wszystkimi
rzeczami, które mi się już przydarzyły, żeby o nich pamiętać i
nie powtarzać tych samych błędów” – mówi „Gali” aktor.
Przepaści się nie boi, bo przecież to, co najważniejsze, zapisane
jest w Dekalogu.
„Mój
rower” Piotra Trzaskalskiego to historia trzech mężczyzn: ojca,
syna i wnuka. Jazzman Michał Urbaniak gra 70-letniego ojca,
klarnecistę, Pan – syna, światowej sławy pianistę, wnuka
Krzysztof Chodorowski.
To
była wielka przygoda. W biegu dzisiejszego świata, w morzu dziwnych
historii filmowych, które często są miałkie, o niczym, albo
smutne i nieniosące żadnej nadziei, nagle pojawił się film
Piotra, taki trochę film drogi, trochę psychologiczny, trochę
rozliczeniowy pomiędzy trzema facetami, którzy nie potrafią ze
sobą rozmawiać, być, żyć, nie raniąc się przy tym. W tym
filmie nie ma sentymentalnych puent, ale pozostaje nadzieja. Są
trzej faceci i muzyka, która jest wszechobecna.
Były
nocne, mocne męskie rozmowy?
Były
nocne sceny męskie, bardzo poważne, w których musieliśmy brać
udział (śmiech). Piotrowi bardzo zależało na tym, żeby nasza
trójka dobrze się dopasowała. W związku z tym cały scenariusz
mieliśmy nie tylko przegadany, ale też wypróbowany, przez kilka
tygodni spotykaliśmy się niemal codziennie. Chodziło głównie o
Michała, który po raz pierwszy występował w takiej roli, ale
szybko okazało się, że wszelkie obawy były niepotrzebne. Michał
fantastycznie sprawdził się w roli aktora, choć pochodzi z
kompletnie innego świata. On sam mówił nam, że czuje się tak,
jakby wchodził na scenę i musiał grać, nie znając nut, więc
robił wszystko intuicyjnie. Ale ta intuicja nigdy go nie zawiodła.
Miał tak niesamowitą łatwość wchodzenia w dialogi i stany
emocjonalne, że mnie to wręcz fascynowało.
Opowiadał
na planie anegdoty ze swojego życia?
Mnóstwo,
wiele z nich opowiedział zresztą w swojej autobiograficznej książce
(„Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego” Andrzeja
Makowieckiego – przyp. red. ). Ja wyniosłem z tego spotkania
budującą lekcję. Poznałem w swoim życiu mnóstwo nieprzeciętnych
ludzi, widziałem, jak każdy z nich inaczej reaguje na sukces, na
porażki. Michał, który jest z pokolenia moich rodziców i – jak
sam mówi – „żył, jak chciał”, przeżył niesamowite
historie,zagrał z najlepszymi muzykami i jeszcze będzie grał z
największymi, który sam jest światowej sławy muzykiem, pozostał
przy tym człowiekiem niezwykle skromnym, wrażliwym, uczciwym i
otwartym. On niczego nie udaje. Jest sobą, nie ma w nim nawet cienia
gwiazdorstwa. W dużej części dzięki niemu czas spędzony przy tym
filmie to nie była tylko praca, ale też początek przyjaźni.
Miesiąc po zakończeniu zdjęć stawiliśmy się z rodzinami na
fantastycznym koncercie, jaki Michał zagrał w Sali Kongresowej. To
nas wszystkich jakoś emocjonalnie scaliło.
Pan
sam jest ojcem dwóch synów. Jaką ważną lekcję wyniósł Pan z
tej filmowej historii?
Żeby
żadnej sytuacji w życiu nie zostawić niedopowiedzianej, zwłaszcza
w relacjach z najbliższymi. Nawet jeśli prawda jest bolesna, a
zazwyczaj bywa, lepiej wypowiedzieć ją na głos, prosto w oczy,
żeby emocje mogły się oczyścić, żeby dać sobie szansę na
życie jeśli nie w miłości, to przynajmniej w przyjaźni, w
zgodzie. W filmie wiele rzeczy, które wydarzyły się pomiędzy
ojcem, synem i wnukiem wynika z niedopowiedzeń właśnie i
niezrozumienia intencji ojca w stosunku do syna. To się potem
przekazuje z pokole-nia na pokolenie. Trudno od tego uciec. Jeśli
człowiek nie zbierze się na odwagę, żeby się z tym zmierzyć,
będzie powielał te same błędy w stosunku do swoich dzieci. Drugi
morał jest taki, że zawsze przychodzi taki moment, kiedy nasze
życie zmienia się nieodwracalnie i nie mamy szansy, żeby zatrzymać
to, co było. Pewne rzeczy mijają bezpowrotnie. Trzeba umieć się z
tym pogodzić.
Zapamiętał
Pan sobie jedno szczególne zdanie?
Nie
zapamiętuję i nie chcę pamiętać takich rzeczy. Kiedyś z
pietyzmem składałem w pokoju wszystkie scenariusze,jakie
dostawałem, i po latach zrobił się z tego ogromny stos. Pewnego
dnia zebrałem wszystko i wyrzuciłem. Uznałem, że to dla mnie za
duże obciążenie psychiczne, że nie powinienem przekładać życia
moich bohaterów na moje życie prywatne, a wreszcie – że w domu
zrobił się potworny bałagan. Do pewnego momentu byłem w stanie
wyrecytować wszystkie swoje role, po kolei, według dat. W końcu
powiedziałem stop, to nie ma sensu, nie ma powodu np. żeby znowu
pochylać się nad losem Gustawa-Konrada, Edwarda II czy Eleganta z
„Psów” Władka Pasikowskiego. Trzeba zamknąć się na tamten
świat i iść do przodu w życiu realnym. Więc teraz wszystko idzie
do niszczarki albo dzieci biorą do szkoły na makulaturę.
Zagrał
Pan ponad sto ról: w filmach, teatrach, Teatrze Telewizji,
serialach. Niedawno miał Pan urodziny. Pomyślałam sobie, że jako
mężczyzna aktor jest Pan szczęściarzem, bo nie musi się Pan
stresować upływem czasu...
Hm,
dziś od rana boli mnie kolano...(uśmiech) Mam poczucie, że dopóki
odnajduję siłę, żeby wstać rano z łóżka, to wszystko jest w
porządku, nie zwracam uwagi na upływający czas. I nie ma w tym
żadnej kokieterii, naprawdę. Kiedy obudziłem się w dniu swoich
urodzin i pomyślałem: „Ile to ja już mam lat?”, to musiałem
się chwilę zastanowić. Nie liczę lat, bo uważam, że to
absolutnie nie ma sensu. Wszyscy przemijamy, więc nie będę się
zastanawiał, czy zostało mi dziesięć lat czy pięć miesięcy
życia. Staram się patrzeć przed siebie i nieść ten plecak ze
wszystkimi rzeczami, które mi się już przydarzyły, żeby o nich
pamiętać i nie powtarzać tych samych błędów.
A
to się da?
W
wielu wypadkach tak, ale nie zawsze. Tylko wtedy, gdy człowiek jest
wystarczająco czujny, ma oczy szeroko otwarte. Najważniejsze to
umieć się do błędu przyznać, nie musimy od razu rozgłaszać
tego całemu światu, ale przed samym sobą. W życiu trzeba chcieć.
A
jak czasami zwyczajnie się Panu nie chce, biczuje się Pan?
Nie
jestem masochistą, nie lubię dokonywać na sobie gwałtów, choć
często muszę robić pewne rzeczy bez względu na to, czy mi się
chce, czy nie. Tak jest życie skonstruowane i ja się z tym
pogodziłem. Uważam, że nie ma co się kopać z koniem. Większość
tzw. dorosłego życia składa się z obowiązków. Tylko dzieciom
wydaje się, że mają dwa obowiązki: chodzić do szkoły i trzymać
porządek w pokoju, a potem, jak staną się już dorosłe, czeka je
wolność. To jest, niestety, kompletne nieporozumienie. Prawda jest
taka, że im człowiek bardziej dorosły, tym więcej obowiązków na
niego czeka, a on tym częściej myśli o swobodzie i wolności, bo
ma jej coraz mniej.
Czuje
Pan jeszcze smak tamtej studenckiej wolności, kiedy zaczął Pan
dorosłe życie w akademiku?
Mieszkałem
w domu, z mamą. Całe studia dojeżdżałem z Legionowa do Warszawy,
dzień w dzień, wyruszałem rano, wracałem wieczorami...
To
musiało Pana zahartować.
To
nie był dla mnie czas stracony, bo w kolejce mogłem czytać,
słuchać muzyki, przemyśleć jakieś rzeczy. Oczywiście zdarzało
się, że musiałem czekać godzinę, półtorej na transport i
spóźniałem się na zajęcia, ale rzadko. Nie widziałem powodu,
żeby siedzieć w akademiku. Widocznie tak jestem skonstruowany, że
lubię mieć kawałek własnego terytorium, żeby po kilkunastu
godzinach spędzonych z kolegami móc uciec w swój świat. Pamiętam,
że moi koledzy dziwili się trochę, że z takim uporem dojeżdżam,
ale może dzięki temu wyszedłem ze studiów odrobinę zdrowszy
psychicznie? Poza tym zahartowało mnie to w tym sensie, że dziś
nie widzę problemu w tym, żeby usiąść za kierownicą i jechać
codziennie półtorej godziny do pracy. Wiem, że moje życie polega
na tym, że gdy pracuję, to wstaję o piątej rano i wracam do domu
po 21. Ale wiem też, że potem mam przez jakiś czas wolne i mogę
być z rodziną.
Jest
Pan niebywale poukładany wewnętrznie, zdyscyplinowany. Zawsze Pan
taki był?
Mam
poczucie, że od młodości jestem człowiekiem, który ma dystans do
siebie i do świata. I ten dystans z każdym rokiem, z każdym dniem
się zwiększa. Do pewnych rzeczy mam coraz większą cierpliwość,
inne z kolei bardziej mnie denerwują, bo im jestem starszy, tym mam
większą świadomość, że czas się kurczy. Myślę sobie, że
jeśli wstaję rano i poświęcam swój czas na różne zajęcia, co
zajmuje mi kilkanaście godzin na dobę, a ktoś mi mówi, że czegoś
nie zrobił z jakiegoś błahego powodu, choć obiecał i się
zobowiązał – to trafia mnie szlag. W tym sensie stałem się
bardziej choleryczny: mam większe zrozumienie dla słabości jako
takiej, bo wiem, że ludzie są ułomni, ale nie mam wyrozumiałości
dla lenistwa, braku szacunku dla innych osób czy lekceważenia
czasu, który ktoś nam poświęca. Zdarza mi się nawet wybuchnąć
z tego powodu, ale chyba dobrze, bo to stwarza dla mnie taki
wentyl bezpieczeństwa.
Czego
przede wszystkim chciałby nauczyć Pan swoje dzieci?
Chciałbym
moim dzieciom pokazać jak najwięcej możliwości, żeby potem miały
najszerszy wybór, jaki się da. Nie mam złudzeń, wiem, że gdy
dorosną, ich życie i tak potoczy się swoim torem, a one podejmą
własne decyzje. Myślę, że jako rodzice nic bardziej sensownego
nie jesteśmy w stanie zrobić. Jak patrzę na moje dzieci, widzę,
że każde z tej trójki jest zupełnie inne. Nie można do nich
przyłożyć gotowego szablonu, każde wymaga innego podejścia i
myślenia na swój temat. Każde z nich ma lepsze i gorsze dni,
podobnie jak my: czasami jesteśmy rodzicami wyrozumiałymi i
cierpliwymi, czasami bywamy niesprawiedliwi. Dlatego zawsze im
powtarzam: chcecie grać w tenisa, proszę bardzo; chcecie grać na
instrumencie, proszę bardzo; chcecie rysować, róbcie to. Róbcie
cokolwiek, próbujcie, szukajcie.
A
zasady moralne – co jest ważne?
Wszystko
zostało jasno określone w Dekalogu, niczego więcej nie trzeba tu
kombinować. Jeśli dziecko tego się nauczy, cała reszta idzie jak
z płatka. Tylko trzeba nauczyć się podstawowych przykazań na tyle
dobrze, żeby się nie zastanawiać, co jest dobre, a co jest złe.
Chodzi o to, żeby potem człowiekowi automatycznie włączała się
czerwona lampka – to mogę, a tego mi nie wolno. To nam pozwala nie
brnąć w rzeczy, które mogą nas strącić w przepaść.
Pomyślał
Pan kiedykolwiek, że to nie jest zawód dla Pana, że popełnił Pan
błąd?
Nie,
nigdy i niczego nie żałuję. A wie pani dlaczego? Bo zawsze staram
się szukać w tej pracy czegoś, co mnie osobiście dotyka, co mnie
obchodzi, a nie tylko odtwarzać to, co napisane na papierze. To mi
daje tak wielką frajdę, że nie nudzę się po tylu latach pracy.
Ja już to mówiłem, ale powtórzę, że nie mam marzeń zawodowych,
ponieważ one bardzo szybko się spełniły. Zagrałem
Gustawa-Konrada w „Lawie” Tadeusza Konwickiego na trzecim roku
studiów. Potem spotykałem niezwykłych ludzi, którzy wiele mnie
nauczyli. Jeden z reżyserów kiedyś mi powiedział: „Nie czekaj
na Hamleta, bo pewnego dnia może się okazać, że jesteś już do
tej roli za stary. Bądź otwarty na wszystkie propozycje – możesz
polec albo zwyciężysz, ale zawsze próbuj”. Dziś uważam, że to
jest najbardziej przystający do mojego zawodu sposób myślenia: nie
marzyć. Marzenia są dobre w życiu prywatnym, ale nie zawodowym.
Czasami myślę, że dostałem wielki dar od losu. Na emeryturze będę
mógł opowiadać wnukom mnóstwo ciekawych rzeczy. Oczywiście lekko
podkoloryzowanych (śmiech). Ale to nie będą bajdurzenia starszego
pana, tylko historie, które naprawdę mnie w życiu spotkały. I mam
poczucie, że to będzie ciekawe słuchowisko.
http://www.gala.pl/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz