Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gala. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gala. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 kwietnia 2016

Artur Żmijewski kończy 50 lat: „Nie myślimy o tym, że z naszym odejściem nic się nie kończy”

Artur Żmijewski kończy 50 lat: „Nie myślimy o tym, że z naszym odejściem nic się nie kończy”


Artur Żmijewski, jeden z najlepszych polskich aktorów, kończy dzisiaj równo 50 lat. Jest wiarygodny i fascynujący zarówno jako amant, jak jako lekarz lub ksiądz. Karierę rozpoczął ponad 30 lat temu, grał w teatrze, filmach oraz serialach. Z powodzeniem użycza także głosu postaciom w filmach animowanych. Prywatnie unika zgiełku mediów – skupia się na rodzinie, grze aktorskiej i działalności humanitarnej. Nie był nigdy bohaterem skandalu. Jak o siebie dba, co planuje w przyszłości i dlaczego zdecydował się pomagać?
 
Z okazji okrągłej rocznicy urodzin życzymy wytrwałości oraz wszystkiego najlepszego. Przypominamy w całości sesję ze stycznia tego roku. Na końcu galerii bonus – Artur Żmijewski z 2001 roku jako zwycięzca Viva Najpiękniejsi!

Jaka jest recepta Artura Żmijewskiego na zdrowie, dobry wygląd i samopoczucie?
Artur Żmijewski: Staram się, jak mogę. Staram się oszczędzać. Żeby zdrowia nie stracić. Kiedy muszę wstać o piątej rano, kładę się wcześniej spać. Nie mogę wtedy siedzieć – co uwielbiam – do dwunastej wieczorem, tylko staram się, żeby o wpół do dziesiątej, za kwadrans dziesiąta być w łóżku. Chodzi o to, żeby siedem godzin spędzić w pościeli.
 
Co na to jego rodzina?
Artur Żmijewski: Są przyzwyczajeni. Ja nie terroryzuję swojej rodziny. Jedyne, o co proszę, to żeby nie włazić już do mnie do sypialni, żebym w spokoju się wyciszał.
 
W 2001 roku powiedział z kolei co sądzi na temat gwiazdorstwa. Czy jest gwiazdą?
 
Artur Żmijewski: Myślę, że moja podstawowa zaleta to zachowywanie – w tym całym kołowrocie, jakim jest mój świat zawodowy – normalności. Jestem całkowicie normalny. Nie ma we mnie cienia gwiazdorstwa, jakichś "artystowskich odpałów". Sukces lub jego brak w życiu zawodowym nie przekładają się u mnie na życie prywatne. W dodatku jestem lojalny: jeśli z kimś złapię sztamę, to już – trawestując pewien tytuł – na dobre i na złe.





Czy zawsze jest tak zdyscyplinowany i łagodny?Artur Żmijewski: Łagodność to ja, owszem, miewam, natomiast czasem wychodzę z siebie. I dzięki Bogu, że to się zdarza, bo inaczej już dawno siedziałbym w wariatkowie. To mój wentyl bezpieczeństwa, wyładować stres. Ale wolę nakrzyczeć na kwiatki w ogródku niż na ludzi obok mnie.
 
Co najbardziej wyprowadza go z równowagi u bliźnich?
Artur Żmijewski: Bezmyślność. Wydaje mi się, że głupim, samolubnym działaniem albo słowem można zrobić bardzo dużo złego. Czasami wystarczy tylko na chwilę przystanąć i zastanowić się nad tym, co się robi. Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonany, że w związkach międzyludzkich należy wykazywać się delikatnością. Tak zostałem wychowany. Uważam, że nie mogę spóźnić się do pracy – mimo korków, indywidualnych katastrof – bo wiem, że czeka tam na mnie 40 osób. Proste. Jako człowiek, który jest ojcem rodziny, mam znacznie więcej zobowiązań, niż kiedy byłem sam. Wtedy moje życie było tylko moim życiem. 





 Jest ojcem trójki dzieci. Dwóch synów i dorosłej już córki. Synowie mają…
Artur Żmijewski …13 i 15 lat. Jeden jest w pierwszej, drugi w ostatniej klasie gimnazjum. To już młodzież. Dla starszego za chwilę będę musiał kupować bilet lotniczy dla dorosłych (śmiech). Moja córka Ewa skończyła 23 lata. Zrobiła licencjat w tłumaczeniach specjalistycznych z angielskiego i włoskiego, teraz studiuje historię muzyki jazzowej.
 
Córka zaczęła swoje dorosłe życie. Czuje ojciec czuje satysfakcję?
Artur Żmijewski: Czuję, bo widzę szczęśliwego człowieka. Dzieci mają teraz niesamowite możliwości. Mogą studiować wszystko i wszędzie. Mają inną perspektywę, inny ogląd rzeczywistości. Pod tym względem to jest naprawdę świetnie urządzony świat. (…) Rodzice często myślą o swoich dzieciach jak o istotach delikatnych i nieporadnych. Kiedy mój młodszy syn po raz pierwszy pojechał na obóz, byliśmy z żoną przekonani, że za dzień, dwa trzeba będzie po niego pojechać i zabrać do domu. Okazało się, że był zaradny, zorganizowany, zadowolony, a jak dzwoniliśmy do niego, to wręcz nie za bardzo miał czas, żeby z nami rozmawiać. On się w tym nowym świecie fantastycznie odnalazł. A my pielęgnowaliśmy w sobie typowy niepokój rodzica. Wierzę, że jak mu kiedyś będzie naprawdę źle, to powie, że potrzebuje pomocy.
 

 Artur Żmijewski narzeka na bezmyślność i brak empatii w ludziach. Szczególnie, kiedy sam wie jak wygląda rzeczywistość w Afryce. Aktor twierdzi, że zmiana na gorsze rozwinęła się w ostatnich latach i przywołał pewien przykład:
 
– Ale czy to nas może wiecznie usprawiedliwiać?
Artur Żmijewski Ponad 20 lat temu jechałem do Warszawy małym fiatem. W pewnym momencie zatrzymałem się, bo na poboczu stał jakiś pan obok malucha i widać było, że potrzebuje pomocy. Okazało się, że ta pomoc miałaby polegać na tym, że mu pożyczę koło zapasowe, ponieważ on w ciągu godziny pechowo dwa razy złapał gumę i swoje też przebił. Zapytał, czy pożyczę mu mój zapas, a on mi da swój numer domowy i adres, pod którym wieczorem mogę koło odebrać. Ja się nie zastanawiałem, tylko mu to koło dałem. To był impuls. Niedawno przypomniała mi się ta historia… Mam głębokie przekonanie, że 25 lat temu tak jak ja postąpiłoby wielu ludzi. Byliśmy wtedy na siebie wyczuleni. Pomagaliśmy sobie. Teraz to coś, co nazywa się dobrobytem, karierą i postępem, sprawia, że gromadzimy swoje dobra i odgradzamy się od innych. Ludzie czasami mnie pytają: Jak się widzi taki ogrom nieszczęścia, jak w Sikasso, to czy ma sens pomaganie, skoro nie jesteś w stanie pomóc wszystkim? A mnie się wydaje, że to ma głęboki sens, bo skoro nie wszystkim, to choć jednemu.




 Czy Artur Żmijewski robi plany na przyszłość?
Artur Żmijewski: Nie. Po co? (milczenie). Wie pani dlaczego? Bo któregoś dnia uświadomiłem sobie, że jeszcze kilka lat temu z całą pewnością powiedziałbym: „Za moich czasów, za mojego życia na pewno żadnego konfliktu zbrojnego w Europie nie będzie. Myślę, że moje dzieci również przeżyją swoje życie w spokoju”. Po tym, co wydarzyło się na Ukrainie, już w to nie wierzę.
 
Bierze życie jak leci, tu, w tej chwili?Artur Żmijewski: Wczoraj miałem wolny dzień, to była niedziela, do piętnastej nie zdjąłem szlafroka. Spokojnie, bez pośpiechu mogłem wypić kawę, pochodzić po domu, ogarnąć rzeczy, którymi nie mam czasu zająć się na co dzień, na przykład papierami, jakie gromadzą mi się na biurku. Takie najprostsze, banalne czynności, które oczyszczają głowę. Mam poczucie, że za rzadko to robimy. Za rzadko opróżniamy szafy i szuflady z tego, co przez lata tam chowamy: drobiazgi, bibeloty, kartki pocztowe… Dużo rzeczy, do których – jak mi się wydawało – byłem sentymentalnie przywiązany, wylądowało w koszu na śmieci. Im dłużej żyję, tym bardziej mi się wydaje, że to, co w naszych głowach, jest ważne. Żyjąc na co dzień, nie myślimy o tym, że z naszym odejściem nic się nie kończy. Tylko nam się wydaje, że jesteśmy całym światem, mamy superważne rzeczy do zrobienia. Moja babcia pytana: „A co tam będziesz wiosną robiła?” odpowiadała: „Co ja będę wiosną robiła? Może nie dożyję?”. Obiecywać całemu światu: zrobię jeszcze to, to, to i tamto…? Nie. Nikomu nie obiecywać, tylko robić. I tyle.




Na zdjęciu: Grażyna Torbicka i Artur Żmijewski jako zwycięzcy plebiscytu Viva Najpiękniejsi, "Viva!" luty 2004.
 
Od 10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Zdecydował się pomagać, docenia też ludzi, którzy jemu bezinteresownie pomogli.
Artur Żmijewski: Uważam, że w życiu piekielnie dużo ludzi mi pomogło. Wykazali się wobec mnie wyrozumiałością, jak Wojtek Wójcik, który nauczył mnie podstaw rzemiosła filmowego, pokazywał mi, co i jak robi się przed kamerą, zabrał mnie do montażowni, opowiadał o różnych rzeczach, o których nie miałem bladego pojęcia. Miałem ogromnie dużo szczęścia do opiekuna roku, profesora Andrzeja Łapickiego, dzięki niemu tak naprawdę znalazłem się na zdjęciach próbnych u Tadeusza Konwickiego. To on przekonał profesorów w szkole, żeby mnie zwolnili z zajęć i pozwolili zagrać w „Lawie”. Zdarzyło się mnóstwo takich sytuacji, w których miałem poczucie, że ludzie pochylili się nade mną i pomogli mi zrealizować rzeczy, które bez ich wsparcia byłyby dla mnie nieosiągalne.


party.pl

piątek, 15 stycznia 2016

Artur Żmijewski: "Jestem oczami moich rodaków, żeby nieść pomoc tym ludziom"

Artur Żmijewski: "Jestem oczami moich rodaków, żeby nieść pomoc tym ludziom"


Artur Żmijewski nie obnosi się z tym, że jest wrażliwy na ludzką niedolę. Kilka dni temu przekazał na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy rekwizyt z popularnego serialu "Ojciec Mateusz", w którym gra główną rolę – czarny rower tytułowego księdza. Mało kto wie, że od 10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. „To, co zobaczyłem, czego doświadczyłem, zostanie we mnie na zawsze”, mówi. O tym, jak zmieniła go Afryka opowiedział Beacie Nowickiej w najnowszej "Vivie!".
 
Pomoc drugiej osobie często oznacza duży wysiłek, poświęcony czas, oddaną energię. Nie każdy jest na takie poświęcenie gotowy. Od prawie 10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. I to nie malowanym, tylko naprawdę zaangażowanym.
Ktoś w UNICEF pomyślał, że ja mógłbym w tej sprawie pomóc, a ja się zastanowiłem i stwierdziłem: dlaczego nie? Robię coś pożytecznego. Rzeczywistość mnie przerosła. W Sudanie Południowym, Etiopii, Mali widziałem dzieci, które naprawdę umierają z głodu, z braku lekarstw i robi to wstrząsające wrażenie. Pojechałem, żeby zobaczyć i opowiedzieć ludziom, jak tam jest. Chciałem prosić ich o pomoc, więc musiałem być wiarygodny, żeby ludzie mogli mi uwierzyć, bo tego nie da się sobie wyobrazić. Gdy patrzysz na dwuletniego człowieczka, szkielecik obciągnięty skórą, który leży na łóżku, a obok siedzi ojciec, który trzyma to dziecko za rękę i nie wie, czy ono będzie jeszcze na tym świecie przez pięć godzin czy przez trzy dni – ale na pewno nie dłużej – to w innej skali człowiek uświadamia sobie stratę, jakiej doznaje ten ojciec.
Które z tych dzieci zapamiętał najbardziej?
W Mali, w Sikasso, poznałem Abimatę, dwutygodniową dziewczynkę, która urodziła się jako wcześniak. Jej mama przy porodzie zmarła i mała jest karmiona kubeczkiem z dzióbkiem, bo nie ma smoczków. Dostaje mleko w proszku rozpuszczone w zanieczyszczonej wodzie. Ale to, czy Abimata przeżyje, zależy przede wszystkim od tego, czy będzie miał się nią kto zaopiekować. W tej chwili opiekuje się nią pani, która stoi nad grobem, ponieważ ma 50 lat, a średnia wieku w Mali dla kobiet wynosi 53 lata. Dla mężczyzn dwa lata mniej. Tam ogromna część ludzi za dach nad głową ma mały kawałek domku ulepionego z kamieni i gliny, pokrytego wielkim osiągnięciem zachodniej cywilizacji, czyli blachą falistą. Dzięki niej w czasie ulew nie leje im się na głowę, za to słychać niemiłosierne dudnienie deszczu, ale kiedy jest gorąco, wnętrze nagrzewa się niemal do temperatury wrzenia. W naszych warunkach klimatycznych zwierzęta żyją lepiej niż tam ludzie. To pokazuje ogrom nieszczęścia.





Czy załamał się, kiedy zobaczył to po raz pierwszy?
Ludzie świata zachodniego jeżdżą za granicę po to, żeby zwiedzać najwspanialsze zabytki. A my jeździmy po to, żeby oglądać najprawdziwsze życie. Niewyretuszowane. Pomaga się tym, którzy sobie nie radzą, w związku z tym oglądam miejsca najgorsze, najbrzydsze, najsmutniejsze i to jest rzecz, której nie brałem pod uwagę, kiedy dawno temu zaangażowałem się w pomoc. To, co zobaczyłem, czego doświadczyłem, zostanie we mnie na zawsze. Mam już inną perspektywę. Wie pani, że w regionie Sikasso ponad 84 procent mieszkańców żyje poniżej granicy ubóstwa?
W tym kontekście nasz świat jawi się jako syty, bogaty i bezpieczny. Czy Artur Żmijewski wraca stamtąd z poczuciem bezsilności?
Nie. Na tym polega moje zadanie. Jestem oczami moich rodaków, żeby nieść pomoc tym ludziom. Muszę poczuć te zapachy, nie odwracam wzroku od ludzi umierających na ulicy. Muszę to zobaczyć. Na przykład szpital, gdzie się dowiedziałem, że największy problem, z jakim się borykają, to brak środków, którymi mogą leczyć dzieci. Malarię leczy się antybiotykami, ale ich nie ma. W jednej sali, w której są cztery łóżka, na każdym leży po dwoje dzieci. Obok kucają dwie matki. Połowa dzieci w każdej takiej sali jest w stanie terminalnym i umiera na malarię. Półtora metra dalej, na materacyku leży dziecko z wbitym wenflonem, które urodziło się jako wcześniak. Za inkubator służą mu trzy żarówki i w zależności od tego, czy ma być mu cieplej czy chłodniej, pielęgniarka te żarówki wkręca lub wykręca. Za drzwiami, na korytarzu stoją stoły, gdzie na kocach leżą kolejne dzieci, a obok czuwają ich matki. Wokół szpitala, w strugach deszczu, na matach siedzą ludzie, którzy są członkami rodzin tych dzieci i tych matek, ponieważ nie ma salowej, nie ma kuchni, a ktoś musi te matki z dziećmi żywić i zapewnić elementarne środki czystości.
Ludzie są bardziej skłonni do pomocy, kiedy to nieszczęście ma konkretną „twarz”. Do naszego serca – i kieszeni – bardziej przemówi historia dwutygodniowej Abimaty niż tragiczna, ale beznamiętna informacja, że 100 tysięcy ludzi w wyniku powodzi straciło dach nad głową.
Wie pani, że w Mali rocznie umiera 100 tysięcy dzieci? Tyle mają takie miasta jak Koszalin, Legnica czy Opole czy Tarnów. Proszę sobie wyobrazić, że nagle znikają wszyscy mieszkańcy jednego z nich. Marzenia tych ludzi są takie, żeby z dnia na dzień przeżyć. Za litr paliwa można wysłać SMS, żeby im pomóc. Tyle kosztuje jedna pełna porcja terapeutycznej żywności dla dziecka, które wychodzi z niedożywienia. Koszt litra paliwa w Polsce, czyli około 4–5 złotych. Za te same pieniądze można kupić antybiotyki, szczepionki, które oznaczają realną pomoc dla tych dzieciaków.



Czy te wyjazdy zmieniły aktora? To nie jest Afryka do podziwiania.
Trochę jest, bo jak się trafi na porę deszczową, to bujna afrykańska zieleń jest tak zachwycająca, że widok zapiera dech w piersiach. Ale w kontraście do tej zieleni widzi się góry śmieci zasypujące całe miasta, bo nie ma kto ich sprzątać, a poza tym w tych górach odpadków można znaleźć rzeczy, które pozwolą przeżyć.

Cały wywiad z Arturem Żmijewskim w najnowszej "Vivie!", w kioskach.


party.pl

środa, 13 stycznia 2016

"Wolę nakrzyczeć na kwiatki w ogródku niż na ludzi obok mnie". Artur Żmijewski o złości, imigrantach i śmierci

"Wolę nakrzyczeć na kwiatki w ogródku niż na ludzi obok mnie". Artur Żmijewski o złości, imigrantach i śmierci


Artur Żmijewski jest jednym z najlepszych polskich aktorów. Równie fascynujący jako amant i jako ksiądz. Zwykle trzyma się z dala od zgiełku mediów. Jak o siebie dba, dlaczego zdecydował się pomagać innym oraz dlaczego nie robi planów na przyszłość, w najnowszej "Vivie!" opowiada Beacie Nowickiej.
Pracuje intensywnie, a mimo to jest chodzącym okazem zdrowia. Jak to robi?
Staram się, jak mogę. Staram się oszczędzać. Żeby zdrowia nie stracić. Kiedy muszę wstać o piątej rano, kładę się wcześniej spać. Nie mogę wtedy siedzieć – co uwielbiam – do dwunastej wieczorem, tylko staram się, żeby o wpół do dziesiątej, za kwadrans dziesiąta być w łóżku. Chodzi o to, żeby siedem godzin spędzić w pościeli.

Czy zawsze jest tak zdyscyplinowany i łagodny?
To mnie pani nie widziała w akcji! Łagodność to ja, owszem, miewam, natomiast czasem wychodzę z siebie. I dzięki Bogu, że to się zdarza, bo inaczej już dawno siedziałbym w wariatkowie. To mój wentyl bezpieczeństwa, wyładować stres. Ale wolę nakrzyczeć na kwiatki w ogródku niż na ludzi obok mnie.

Co najbardziej wyprowadza go z równowagi u bliźnich?
Bezmyślność. Wydaje mi się, że głupim, samolubnym działaniem albo słowem można zrobić bardzo dużo złego. Czasami wystarczy tylko na chwilę przystanąć i zastanowić się nad tym, co się robi. Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonany, że w związkach międzyludzkich należy wykazywać się delikatnością. Tak zostałem wychowany. Uważam, że nie mogę spóźnić się do pracy – mimo korków, indywidualnych katastrof – bo wiem, że czeka tam na mnie 40 osób. Proste.



Od 10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Zdecydował się pomagać, docenia też ludzi, którzy jemu bezinteresownie pomogli.
Ja w ogóle uważam, że w życiu piekielnie dużo ludzi mi pomogło. Wykazali się wobec mnie wyrozumiałością, jak Wojtek Wójcik, który nauczył mnie podstaw rzemiosła filmowego, pokazywał mi, co i jak robi się przed kamerą, zabrał mnie do montażowni, opowiadał o różnych rzeczach, o których nie miałem bladego pojęcia. Miałem ogromnie dużo szczęścia do opiekuna roku, profesora Andrzeja Łapickiego, dzięki niemu tak naprawdę znalazłem się na zdjęciach próbnych u Tadeusza Konwickiego. To on przekonał profesorów w szkole, żeby mnie zwolnili z zajęć i pozwolili zagrać w „Lawie”. Zdarzyło się mnóstwo takich sytuacji, w których miałem poczucie, że ludzie pochylili się nade mną i pomogli mi zrealizować rzeczy, które bez ich wsparcia byłyby dla mnie nieosiągalne.

Niektórzy boją się pomagać. Co aktor sądzi o niechęci wobec uchodźców napływających do Polski?
Dla mnie strach przed tymi ludźmi jest kompletnie nieuzasadniony. Myślę, że równie radykalnych ludzi jak ci, którzy zabijają w Europie i na świecie, znalazłoby się sporo w naszym kraju, pośród tych, co uchodzą za prawdziwych Polaków.  Z perspektywy świata, który widziałem, uważam, że nie mamy prawa odmawiać schronienia tym, którzy uciekają od śmierci, głodu, wojny i szukają bezpiecznego miejsca dla swoich dzieci.Oni chcą żyć tak samo jak my. Do końca XX wieku to my potrzebowaliśmy tej pomocy. Przez lata mnóstwo ludzi wyjeżdżało z Polski nie zawsze dlatego, że system był dla nich opresyjny. Po prostu dusili się w komunistycznej Polsce. Marzyli o lepszym życiu, innych perspektywach. Dlatego wyjeżdżając w delegację lub na wycieczkę, zostawali. Czasem jedna osoba, czasem cały autokar. Pytanie jest proste: Co by było, gdyby wtedy ktoś nam powiedział: „Wypieprzać z powrotem do Polski! My was tu nie chcemy, bo jesteście biedakami, brudasami i nierobami”.
Aktor uważa, że przestaliśmy być wrażliwi na to, że ludzie są krzywdzeni w swoich ojczyznach. Albo że nie mogą się spełniać. Albo że nie mają co jeść.
Czy to, że zginęło ponad 130 osób w Paryżu, znaczy, że mamy nie przyjmować uchodźców? Nie pomagać tysiącom umierającym z głodu w Afryce? Ludzie czasami mnie pytają: Jak się widzi taki ogrom nieszczęścia w Afryce, to czy ma sens pomaganie, skoro nie jesteś w stanie pomóc wszystkim? A mnie się wydaje, że to ma głęboki sens, bo skoro nie wszystkim, to choć jednemu.


Czy robi plany na przyszłość?
Nie. Po co? (milczenie). Wie pani dlaczego? Bo któregoś dnia uświadomiłem sobie, że jeszcze kilka lat temu z całą pewnością powiedziałbym: „Za moich czasów, za mojego życia na pewno żadnego konfliktu zbrojnego w Europie nie będzie. Myślę, że moje dzieci również przeżyją swoje życie w spokoju”. Po tym, co wydarzyło się na Ukrainie, już w to nie wierzę.

Bierze życie jak leci, tu, w tej chwili?
Wczoraj miałem wolny dzień, to była niedziela, do piętnastej nie zdjąłem szlafroka. Spokojnie, bez pośpiechu mogłem wypić kawę, pochodzić po domu, ogarnąć rzeczy, którymi nie mam czasu zająć się na co dzień, na przykład papierami, jakie gromadzą mi się na biurku. Takie najprostsze, banalne czynności, które oczyszczają głowę. Mam poczucie, że za rzadko to robimy. Za rzadko opróżniamy szafy i szuflady z tego, co przez lata tam chowamy: drobiazgi, bibeloty, kartki pocztowe… Dużo rzeczy, do których – jak mi się wydawało – byłem sentymentalnie przywiązany, wylądowało w koszu na śmieci. Im dłużej żyję, tym bardziej mi się wydaje, że to, co w naszych głowach, jest ważne. Żyjąc na co dzień, nie myślimy o tym, że z naszym odejściem nic się nie kończy. Tylko nam się wydaje, że jesteśmy całym światem, mamy superważne rzeczy do zrobienia. Moja babcia pytana: „A co tam będziesz wiosną robiła?” odpowiadała: „Co ja będę wiosną robiła? Może nie dożyję?”. Obiecywać całemu światu: zrobię jeszcze to, to, to i tamto…? Nie.Nikomu nie obiecywać, tylko robić. I tyle.

Cały wywiad z Arturem Żmijewskim w najnowszej "Vivie!", od czwartku w kioskach.


party.pl/

czwartek, 7 czerwca 2012

Męskie granie

ARTUR ŻMIJEWSKI Męskie granie


Na festiwalu filmowym w Gdyni o „Moim rowerze”, w którym Artur Żmijewski zagrał jedną z głównych ról, mówiło się, że jest to „Almodóvar dla mężczyzn” – wyciska z widza śmiech i łzy. Jak życie. Ten film jest pretekstem do rozmowy o tym, co w życiu ważne – o relacjach z dziećmi, pracy i upływającym czasie. „Staram się patrzeć przed siebie i nieść plecak ze wszystkimi rzeczami, które mi się już przydarzyły, żeby o nich pamiętać i nie powtarzać tych samych błędów” – mówi „Gali” aktor. Przepaści się nie boi, bo przecież to, co najważniejsze, zapisane jest w Dekalogu.

„Mój rower” Piotra Trzaskalskiego to historia trzech mężczyzn: ojca, syna i wnuka. Jazzman Michał Urbaniak gra 70-letniego ojca, klarnecistę, Pan – syna, światowej sławy pianistę, wnuka Krzysztof Chodorowski.

To była wielka przygoda. W biegu dzisiejszego świata, w morzu dziwnych historii filmowych, które często są miałkie, o niczym, albo smutne i nieniosące żadnej nadziei, nagle pojawił się film Piotra, taki trochę film drogi, trochę psychologiczny, trochę rozliczeniowy pomiędzy trzema facetami, którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać, być, żyć, nie raniąc się przy tym. W tym filmie nie ma sentymentalnych puent, ale pozostaje nadzieja. Są trzej faceci i muzyka, która jest wszechobecna.

Były nocne, mocne męskie rozmowy?

Były nocne sceny męskie, bardzo poważne, w których musieliśmy brać udział (śmiech). Piotrowi bardzo zależało na tym, żeby nasza trójka dobrze się dopasowała. W związku z tym cały scenariusz mieliśmy nie tylko przegadany, ale też wypróbowany, przez kilka tygodni spotykaliśmy się niemal codziennie. Chodziło głównie o Michała, który po raz pierwszy występował w takiej roli, ale szybko okazało się, że wszelkie obawy były niepotrzebne. Michał fantastycznie sprawdził się w roli aktora, choć pochodzi z kompletnie innego świata. On sam mówił nam, że czuje się tak, jakby wchodził na scenę i musiał grać, nie znając nut, więc robił wszystko intuicyjnie. Ale ta intuicja nigdy go nie zawiodła. Miał tak niesamowitą łatwość wchodzenia w dialogi i stany emocjonalne, że mnie to wręcz fascynowało.

Opowiadał na planie anegdoty ze swojego życia?

Mnóstwo, wiele z nich opowiedział zresztą w swojej autobiograficznej książce („Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego” Andrzeja Makowieckiego – przyp. red. ). Ja wyniosłem z tego spotkania budującą lekcję. Poznałem w swoim życiu mnóstwo nieprzeciętnych ludzi, widziałem, jak każdy z nich inaczej reaguje na sukces, na porażki. Michał, który jest z pokolenia moich rodziców i – jak sam mówi – „żył, jak chciał”, przeżył niesamowite historie,zagrał z najlepszymi muzykami i jeszcze będzie grał z największymi, który sam jest światowej sławy muzykiem, pozostał przy tym człowiekiem niezwykle skromnym, wrażliwym, uczciwym i otwartym. On niczego nie udaje. Jest sobą, nie ma w nim nawet cienia gwiazdorstwa. W dużej części dzięki niemu czas spędzony przy tym filmie to nie była tylko praca, ale też początek przyjaźni. Miesiąc po zakończeniu zdjęć stawiliśmy się z rodzinami na fantastycznym koncercie, jaki Michał zagrał w Sali Kongresowej. To nas wszystkich jakoś emocjonalnie scaliło.

Pan sam jest ojcem dwóch synów. Jaką ważną lekcję wyniósł Pan z tej filmowej historii?

Żeby żadnej sytuacji w życiu nie zostawić niedopowiedzianej, zwłaszcza w relacjach z najbliższymi. Nawet jeśli prawda jest bolesna, a zazwyczaj bywa, lepiej wypowiedzieć ją na głos, prosto w oczy, żeby emocje mogły się oczyścić, żeby dać sobie szansę na życie jeśli nie w miłości, to przynajmniej w przyjaźni, w zgodzie. W filmie wiele rzeczy, które wydarzyły się pomiędzy ojcem, synem i wnukiem wynika z niedopowiedzeń właśnie i niezrozumienia intencji ojca w stosunku do syna. To się potem przekazuje z pokole-nia na pokolenie. Trudno od tego uciec. Jeśli człowiek nie zbierze się na odwagę, żeby się z tym zmierzyć, będzie powielał te same błędy w stosunku do swoich dzieci. Drugi morał jest taki, że zawsze przychodzi taki moment, kiedy nasze życie zmienia się nieodwracalnie i nie mamy szansy, żeby zatrzymać to, co było. Pewne rzeczy mijają bezpowrotnie. Trzeba umieć się z tym pogodzić.

Zapamiętał Pan sobie jedno szczególne zdanie?

Nie zapamiętuję i nie chcę pamiętać takich rzeczy. Kiedyś z pietyzmem składałem w pokoju wszystkie scenariusze,jakie dostawałem, i po latach zrobił się z tego ogromny stos. Pewnego dnia zebrałem wszystko i wyrzuciłem. Uznałem, że to dla mnie za duże obciążenie psychiczne, że nie powinienem przekładać życia moich bohaterów na moje życie prywatne, a wreszcie – że w domu zrobił się potworny bałagan. Do pewnego momentu byłem w stanie wyrecytować wszystkie swoje role, po kolei, według dat. W końcu powiedziałem stop, to nie ma sensu, nie ma powodu np. żeby znowu pochylać się nad losem Gustawa-Konrada, Edwarda II czy Eleganta z „Psów” Władka Pasikowskiego. Trzeba zamknąć się na tamten świat i iść do przodu w życiu realnym. Więc teraz wszystko idzie do niszczarki albo dzieci biorą do szkoły na makulaturę.

Zagrał Pan ponad sto ról: w filmach, teatrach, Teatrze Telewizji, serialach. Niedawno miał Pan urodziny. Pomyślałam sobie, że jako mężczyzna aktor jest Pan szczęściarzem, bo nie musi się Pan stresować upływem czasu...

Hm, dziś od rana boli mnie kolano...(uśmiech) Mam poczucie, że dopóki odnajduję siłę, żeby wstać rano z łóżka, to wszystko jest w porządku, nie zwracam uwagi na upływający czas. I nie ma w tym żadnej kokieterii, naprawdę. Kiedy obudziłem się w dniu swoich urodzin i pomyślałem: „Ile to ja już mam lat?”, to musiałem się chwilę zastanowić. Nie liczę lat, bo uważam, że to absolutnie nie ma sensu. Wszyscy przemijamy, więc nie będę się zastanawiał, czy zostało mi dziesięć lat czy pięć miesięcy życia. Staram się patrzeć przed siebie i nieść ten plecak ze wszystkimi rzeczami, które mi się już przydarzyły, żeby o nich pamiętać i nie powtarzać tych samych błędów.

A to się da?

W wielu wypadkach tak, ale nie zawsze. Tylko wtedy, gdy człowiek jest wystarczająco czujny, ma oczy szeroko otwarte. Najważniejsze to umieć się do błędu przyznać, nie musimy od razu rozgłaszać tego całemu światu, ale przed samym sobą. W życiu trzeba chcieć.

A jak czasami zwyczajnie się Panu nie chce, biczuje się Pan?

Nie jestem masochistą, nie lubię dokonywać na sobie gwałtów, choć często muszę robić pewne rzeczy bez względu na to, czy mi się chce, czy nie. Tak jest życie skonstruowane i ja się z tym pogodziłem. Uważam, że nie ma co się kopać z koniem. Większość tzw. dorosłego życia składa się z obowiązków. Tylko dzieciom wydaje się, że mają dwa obowiązki: chodzić do szkoły i trzymać porządek w pokoju, a potem, jak staną się już dorosłe, czeka je wolność. To jest, niestety, kompletne nieporozumienie. Prawda jest taka, że im człowiek bardziej dorosły, tym więcej obowiązków na niego czeka, a on tym częściej myśli o swobodzie i wolności, bo ma jej coraz mniej.

Czuje Pan jeszcze smak tamtej studenckiej wolności, kiedy zaczął Pan dorosłe życie w akademiku?

Mieszkałem w domu, z mamą. Całe studia dojeżdżałem z Legionowa do Warszawy, dzień w dzień, wyruszałem rano, wracałem wieczorami...

To musiało Pana zahartować.

To nie był dla mnie czas stracony, bo w kolejce mogłem czytać, słuchać muzyki, przemyśleć jakieś rzeczy. Oczywiście zdarzało się, że musiałem czekać godzinę, półtorej na transport i spóźniałem się na zajęcia, ale rzadko. Nie widziałem powodu, żeby siedzieć w akademiku. Widocznie tak jestem skonstruowany, że lubię mieć kawałek własnego terytorium, żeby po kilkunastu godzinach spędzonych z kolegami móc uciec w swój świat. Pamiętam, że moi koledzy dziwili się trochę, że z takim uporem dojeżdżam, ale może dzięki temu wyszedłem ze studiów odrobinę zdrowszy psychicznie? Poza tym zahartowało mnie to w tym sensie, że dziś nie widzę problemu w tym, żeby usiąść za kierownicą i jechać codziennie półtorej godziny do pracy. Wiem, że moje życie polega na tym, że gdy pracuję, to wstaję o piątej rano i wracam do domu po 21. Ale wiem też, że potem mam przez jakiś czas wolne i mogę być z rodziną.

Jest Pan niebywale poukładany wewnętrznie, zdyscyplinowany. Zawsze Pan taki był?

Mam poczucie, że od młodości jestem człowiekiem, który ma dystans do siebie i do świata. I ten dystans z każdym rokiem, z każdym dniem się zwiększa. Do pewnych rzeczy mam coraz większą cierpliwość, inne z kolei bardziej mnie denerwują, bo im jestem starszy, tym mam większą świadomość, że czas się kurczy. Myślę sobie, że jeśli wstaję rano i poświęcam swój czas na różne zajęcia, co zajmuje mi kilkanaście godzin na dobę, a ktoś mi mówi, że czegoś nie zrobił z jakiegoś błahego powodu, choć obiecał i się zobowiązał – to trafia mnie szlag. W tym sensie stałem się bardziej choleryczny: mam większe zrozumienie dla słabości jako takiej, bo wiem, że ludzie są ułomni, ale nie mam wyrozumiałości dla lenistwa, braku szacunku dla innych osób czy lekceważenia czasu, który ktoś nam poświęca. Zdarza mi się nawet wybuchnąć z tego powodu, ale chyba dobrze, bo to stwarza dla mnie taki wentyl bezpieczeństwa.

Czego przede wszystkim chciałby nauczyć Pan swoje dzieci?

Chciałbym moim dzieciom pokazać jak najwięcej możliwości, żeby potem miały najszerszy wybór, jaki się da. Nie mam złudzeń, wiem, że gdy dorosną, ich życie i tak potoczy się swoim torem, a one podejmą własne decyzje. Myślę, że jako rodzice nic bardziej sensownego nie jesteśmy w stanie zrobić. Jak patrzę na moje dzieci, widzę, że każde z tej trójki jest zupełnie inne. Nie można do nich przyłożyć gotowego szablonu, każde wymaga innego podejścia i myślenia na swój temat. Każde z nich ma lepsze i gorsze dni, podobnie jak my: czasami jesteśmy rodzicami wyrozumiałymi i cierpliwymi, czasami bywamy niesprawiedliwi. Dlatego zawsze im powtarzam: chcecie grać w tenisa, proszę bardzo; chcecie grać na instrumencie, proszę bardzo; chcecie rysować, róbcie to. Róbcie cokolwiek, próbujcie, szukajcie.

A zasady moralne – co jest ważne?

Wszystko zostało jasno określone w Dekalogu, niczego więcej nie trzeba tu kombinować. Jeśli dziecko tego się nauczy, cała reszta idzie jak z płatka. Tylko trzeba nauczyć się podstawowych przykazań na tyle dobrze, żeby się nie zastanawiać, co jest dobre, a co jest złe. Chodzi o to, żeby potem człowiekowi automatycznie włączała się czerwona lampka – to mogę, a tego mi nie wolno. To nam pozwala nie brnąć w rzeczy, które mogą nas strącić w przepaść.

Pomyślał Pan kiedykolwiek, że to nie jest zawód dla Pana, że popełnił Pan błąd?


Nie, nigdy i niczego nie żałuję. A wie pani dlaczego? Bo zawsze staram się szukać w tej pracy czegoś, co mnie osobiście dotyka, co mnie obchodzi, a nie tylko odtwarzać to, co napisane na papierze. To mi daje tak wielką frajdę, że nie nudzę się po tylu latach pracy. Ja już to mówiłem, ale powtórzę, że nie mam marzeń zawodowych, ponieważ one bardzo szybko się spełniły. Zagrałem Gustawa-Konrada w „Lawie” Tadeusza Konwickiego na trzecim roku studiów. Potem spotykałem niezwykłych ludzi, którzy wiele mnie nauczyli. Jeden z reżyserów kiedyś mi powiedział: „Nie czekaj na Hamleta, bo pewnego dnia może się okazać, że jesteś już do tej roli za stary. Bądź otwarty na wszystkie propozycje – możesz polec albo zwyciężysz, ale zawsze próbuj”. Dziś uważam, że to jest najbardziej przystający do mojego zawodu sposób myślenia: nie marzyć. Marzenia są dobre w życiu prywatnym, ale nie zawodowym. Czasami myślę, że dostałem wielki dar od losu. Na emeryturze będę mógł opowiadać wnukom mnóstwo ciekawych rzeczy. Oczywiście lekko podkoloryzowanych (śmiech). Ale to nie będą bajdurzenia starszego pana, tylko historie, które naprawdę mnie w życiu spotkały. I mam poczucie, że to będzie ciekawe słuchowisko.

http://www.gala.pl/