niedziela, 10 kwietnia 2016

Artur Żmijewski kończy 50 lat: „Nie myślimy o tym, że z naszym odejściem nic się nie kończy”

Artur Żmijewski kończy 50 lat: „Nie myślimy o tym, że z naszym odejściem nic się nie kończy”


Artur Żmijewski, jeden z najlepszych polskich aktorów, kończy dzisiaj równo 50 lat. Jest wiarygodny i fascynujący zarówno jako amant, jak jako lekarz lub ksiądz. Karierę rozpoczął ponad 30 lat temu, grał w teatrze, filmach oraz serialach. Z powodzeniem użycza także głosu postaciom w filmach animowanych. Prywatnie unika zgiełku mediów – skupia się na rodzinie, grze aktorskiej i działalności humanitarnej. Nie był nigdy bohaterem skandalu. Jak o siebie dba, co planuje w przyszłości i dlaczego zdecydował się pomagać?
 
Z okazji okrągłej rocznicy urodzin życzymy wytrwałości oraz wszystkiego najlepszego. Przypominamy w całości sesję ze stycznia tego roku. Na końcu galerii bonus – Artur Żmijewski z 2001 roku jako zwycięzca Viva Najpiękniejsi!

Jaka jest recepta Artura Żmijewskiego na zdrowie, dobry wygląd i samopoczucie?
Artur Żmijewski: Staram się, jak mogę. Staram się oszczędzać. Żeby zdrowia nie stracić. Kiedy muszę wstać o piątej rano, kładę się wcześniej spać. Nie mogę wtedy siedzieć – co uwielbiam – do dwunastej wieczorem, tylko staram się, żeby o wpół do dziesiątej, za kwadrans dziesiąta być w łóżku. Chodzi o to, żeby siedem godzin spędzić w pościeli.
 
Co na to jego rodzina?
Artur Żmijewski: Są przyzwyczajeni. Ja nie terroryzuję swojej rodziny. Jedyne, o co proszę, to żeby nie włazić już do mnie do sypialni, żebym w spokoju się wyciszał.
 
W 2001 roku powiedział z kolei co sądzi na temat gwiazdorstwa. Czy jest gwiazdą?
 
Artur Żmijewski: Myślę, że moja podstawowa zaleta to zachowywanie – w tym całym kołowrocie, jakim jest mój świat zawodowy – normalności. Jestem całkowicie normalny. Nie ma we mnie cienia gwiazdorstwa, jakichś "artystowskich odpałów". Sukces lub jego brak w życiu zawodowym nie przekładają się u mnie na życie prywatne. W dodatku jestem lojalny: jeśli z kimś złapię sztamę, to już – trawestując pewien tytuł – na dobre i na złe.





Czy zawsze jest tak zdyscyplinowany i łagodny?Artur ŻmijewskiŁagodność to ja, owszem, miewam, natomiast czasem wychodzę z siebie. I dzięki Bogu, że to się zdarza, bo inaczej już dawno siedziałbym w wariatkowie. To mój wentyl bezpieczeństwa, wyładować stres. Ale wolę nakrzyczeć na kwiatki w ogródku niż na ludzi obok mnie.
 
Co najbardziej wyprowadza go z równowagi u bliźnich?
Artur Żmijewski: Bezmyślność. Wydaje mi się, że głupim, samolubnym działaniem albo słowem można zrobić bardzo dużo złego. Czasami wystarczy tylko na chwilę przystanąć i zastanowić się nad tym, co się robi. Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonany, że w związkach międzyludzkich należy wykazywać się delikatnością. Tak zostałem wychowany. Uważam, że nie mogę spóźnić się do pracy – mimo korków, indywidualnych katastrof – bo wiem, że czeka tam na mnie 40 osób. Proste. Jako człowiek, który jest ojcem rodziny, mam znacznie więcej zobowiązań, niż kiedy byłem sam. Wtedy moje życie było tylko moim życiem. 





 Jest ojcem trójki dzieci. Dwóch synów i dorosłej już córki. Synowie mają…
Artur Żmijewski …13 i 15 lat. Jeden jest w pierwszej, drugi w ostatniej klasie gimnazjum. To już młodzież. Dla starszego za chwilę będę musiał kupować bilet lotniczy dla dorosłych (śmiech). Moja córka Ewa skończyła 23 lata. Zrobiła licencjat w tłumaczeniach specjalistycznych z angielskiego i włoskiego, teraz studiuje historię muzyki jazzowej.
 
Córka zaczęła swoje dorosłe życie. Czuje ojciec czuje satysfakcję?
Artur Żmijewski: Czuję, bo widzę szczęśliwego człowieka. Dzieci mają teraz niesamowite możliwości. Mogą studiować wszystko i wszędzie. Mają inną perspektywę, inny ogląd rzeczywistości. Pod tym względem to jest naprawdę świetnie urządzony świat. (…) Rodzice często myślą o swoich dzieciach jak o istotach delikatnych i nieporadnych. Kiedy mój młodszy syn po raz pierwszy pojechał na obóz, byliśmy z żoną przekonani, że za dzień, dwa trzeba będzie po niego pojechać i zabrać do domu. Okazało się, że był zaradny, zorganizowany, zadowolony, a jak dzwoniliśmy do niego, to wręcz nie za bardzo miał czas, żeby z nami rozmawiać. On się w tym nowym świecie fantastycznie odnalazł. A my pielęgnowaliśmy w sobie typowy niepokój rodzica. Wierzę, że jak mu kiedyś będzie naprawdę źle, to powie, że potrzebuje pomocy.
 

 Artur Żmijewski narzeka na bezmyślność i brak empatii w ludziach. Szczególnie, kiedy sam wie jak wygląda rzeczywistość w Afryce. Aktor twierdzi, że zmiana na gorsze rozwinęła się w ostatnich latach i przywołał pewien przykład:
 
Ale czy to nas może wiecznie usprawiedliwiać?
Artur Żmijewski Ponad 20 lat temu jechałem do Warszawy małym fiatem. W pewnym momencie zatrzymałem się, bo na poboczu stał jakiś pan obok malucha i widać było, że potrzebuje pomocy. Okazało się, że ta pomoc miałaby polegać na tym, że mu pożyczę koło zapasowe, ponieważ on w ciągu godziny pechowo dwa razy złapał gumę i swoje też przebił. Zapytał, czy pożyczę mu mój zapas, a on mi da swój numer domowy i adres, pod którym wieczorem mogę koło odebrać. Ja się nie zastanawiałem, tylko mu to koło dałem. To był impuls. Niedawno przypomniała mi się ta historia… Mam głębokie przekonanie, że 25 lat temu tak jak ja postąpiłoby wielu ludzi. Byliśmy wtedy na siebie wyczuleni. Pomagaliśmy sobie. Teraz to coś, co nazywa się dobrobytem, karierą i postępem, sprawia, że gromadzimy swoje dobra i odgradzamy się od innych. Ludzie czasami mnie pytają: Jak się widzi taki ogrom nieszczęścia, jak w Sikasso, to czy ma sens pomaganie, skoro nie jesteś w stanie pomóc wszystkim? A mnie się wydaje, że to ma głęboki sens, bo skoro nie wszystkim, to choć jednemu.




 Czy Artur Żmijewski robi plany na przyszłość?
Artur Żmijewski: Nie. Po co? (milczenie). Wie pani dlaczego? Bo któregoś dnia uświadomiłem sobie, że jeszcze kilka lat temu z całą pewnością powiedziałbym: „Za moich czasów, za mojego życia na pewno żadnego konfliktu zbrojnego w Europie nie będzie. Myślę, że moje dzieci również przeżyją swoje życie w spokoju”. Po tym, co wydarzyło się na Ukrainie, już w to nie wierzę.
 
Bierze życie jak leci, tu, w tej chwili?Artur Żmijewski: Wczoraj miałem wolny dzień, to była niedziela, do piętnastej nie zdjąłem szlafroka. Spokojnie, bez pośpiechu mogłem wypić kawę, pochodzić po domu, ogarnąć rzeczy, którymi nie mam czasu zająć się na co dzień, na przykład papierami, jakie gromadzą mi się na biurku. Takie najprostsze, banalne czynności, które oczyszczają głowę. Mam poczucie, że za rzadko to robimy. Za rzadko opróżniamy szafy i szuflady z tego, co przez lata tam chowamy: drobiazgi, bibeloty, kartki pocztowe… Dużo rzeczy, do których – jak mi się wydawało – byłem sentymentalnie przywiązany, wylądowało w koszu na śmieci. Im dłużej żyję, tym bardziej mi się wydaje, że to, co w naszych głowach, jest ważne. Żyjąc na co dzień, nie myślimy o tym, że z naszym odejściem nic się nie kończy. Tylko nam się wydaje, że jesteśmy całym światem, mamy superważne rzeczy do zrobienia. Moja babcia pytana: „A co tam będziesz wiosną robiła?” odpowiadała: „Co ja będę wiosną robiła? Może nie dożyję?”. Obiecywać całemu światu: zrobię jeszcze to, to, to i tamto…? Nie. Nikomu nie obiecywać, tylko robić. I tyle.




Na zdjęciu: Grażyna Torbicka i Artur Żmijewski jako zwycięzcy plebiscytu Viva Najpiękniejsi, "Viva!" luty 2004.
 
Od 10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Zdecydował się pomagać, docenia też ludzi, którzy jemu bezinteresownie pomogli.
Artur Żmijewski: Uważam, że w życiu piekielnie dużo ludzi mi pomogło. Wykazali się wobec mnie wyrozumiałością, jak Wojtek Wójcik, który nauczył mnie podstaw rzemiosła filmowego, pokazywał mi, co i jak robi się przed kamerą, zabrał mnie do montażowni, opowiadał o różnych rzeczach, o których nie miałem bladego pojęcia. Miałem ogromnie dużo szczęścia do opiekuna roku, profesora Andrzeja Łapickiego, dzięki niemu tak naprawdę znalazłem się na zdjęciach próbnych u Tadeusza Konwickiego. To on przekonał profesorów w szkole, żeby mnie zwolnili z zajęć i pozwolili zagrać w „Lawie”. Zdarzyło się mnóstwo takich sytuacji, w których miałem poczucie, że ludzie pochylili się nade mną i pomogli mi zrealizować rzeczy, które bez ich wsparcia byłyby dla mnie nieosiągalne.


party.pl

wtorek, 19 stycznia 2016

"Jestem całkowicie normalny". Artur Żmijewski o hazardzie, seksie i tym, co go przyciąga w kobiecie

"Jestem całkowicie normalny". Artur Żmijewski o hazardzie, seksie i tym, co go przyciąga w kobiecie



W najnowszym numerze "Vivy!" Artur Żmijewski zdradza, dlaczego został Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF i co go wzrusza i oburza podczas wyjazdów do Afryki. W 2001 roku był bardziej otwarty, jeśli chodzi o swoje życie prywatne - udzielił wywiadu, w którym opowiedział o relacjach z żoną i innych sprawach, które coś znaczą w jego życiu, m.in. o… hazardzie. Wywiadowi towarzyszyła sesja zdjęciowaRoberta Wolańskiego – przypominamy Artura Żmijewskiego sprzed 15 lat. Takiego go nie pamiętacie!
 
O swoim gwiazdorstwie
Myślę, że moja podstawowa zaleta to zachowywanie – w tym całym kołowrocie, jakim jest mój świat zawodowy – normalności. Jestem całkowicie normalny. Nie ma we mnie cienia gwiazdorstwa, jakichś "artystowskich odpałów". Sukces lub jego brak w życiu zawodowym nie przekładają się u mnie na życie prywatne. W dodatku jestem lojalny: jeśli z kimś złapię sztamę, to już – trawestując pewien tytuł – na dobre i na złe.
 Najnowszy wywiad z Arturem Żmijewskim w "Vivie!" 1/2016, w kioskach.


O wierności żonie
Myślę, że działam zgodnie ze swoją naturą. Każdy udany związek, a za taki uważam nasz, nie wymaga szukania podniet na boku. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Oczywiście, jak każdemu mężczyźnie, podobają mi się różne kobiety, ale to nie jest powód, żeby się natychmiast na nie rzucać. Bo życie we dwoje polega w znacznej mierze na umiejętności dokonywania wyborów: czasem trzeba z czegoś zrezygnować, czasem o coś walczyć. Cały czas trzeba szukać złotego środka satysfakcjonującego obie strony. I żyć na tyle ciekawie, by nie rozglądać się za atrakcjami gdzie indziej.
Jak dotąd mnie i mojej żonie nieźle się to udaje. Chociaż nie jest to powód do nadmiernej chełpliwości. Znam wielu ludzi, których małżeństwa uznawano za fantastyczne i które nagle się rozpadały. Takie rzeczy się zdarzają. Wierzę, że nie przydarzą się nam.
O poradach, jakich udzieli dzieciom
Po pierwsze – trzeba żyć po swojemu, czyli jak najbardziej indywidualnie. Po drugie – kierując się dobrem swoim i swojej rodziny. Po trzecie – uczciwie, trzymając się zasad moralnych. Po czwarte – nie robiąc krzywdy nikomu po drodze. I jeszcze po piąte, i jeszcze po szóste… Myślę, że zbierze się trochę tych zasad.




O hazardzie
Odnajduję w sobie skłonność do hazardu. Był taki moment w życiu, że bardzo pasjonowały mnie gry. Kiedy poczułem, że ta namiętność może przybrać niekorzystny dla mnie obrót, skończyłem z tym radykalnie.
O emocjach
W życiu prywatnym albo coś nas zachwyca – i wtedy podążamy za tym, albo nie zachwyca. Znacznie łatwiej kierować się wówczas emocjami. I, myślę, lepiej: gdyby uwzględniać tylko racje rozumu, byłoby strasznie nudno. Natomiast w pracy usiłuję się kierować najpierw logiką, a dopiero potem emocjami. Bo uważam, że najpierw się powinno dobrze poznać partyturę, a dopiero potem szukać, co jeszcze jest między nutami.




O filmowych scenach intymnych
Jeśli w takich scenach jestem w stanie wykrzesać z siebie żar, jaki moja żona zna z naszego intymnego życia, to znaczy, że osiągnąłem spory stopień sprawności zawodowej. Bo to nie jest żadna intymna sytuacja! Bo intymnie może być wtedy, kiedy są tylko dwie osoby. A tu są jeszcze: reżyser, operator, charakteryzatorka, inni ludzie z ekipy… A dookoła lampy, plątanina kabli, przewodów… Kamera w odległości metra. Sytuacja całkowicie nieintymna.
O ciele z zawodzie aktora

Ciało to narzędzie, ale nie da się zapomnieć, że jednocześnie jest ciałem. A my jesteśmy kulturowo tak ukształtowani, że nagość nie jest dla nas rzeczą naturalną. Krępuje nas. Podobnie jak przebywanie w bieliźnie w towarzystwie obcej osoby. W pracy aktor nie przestaje być człowiekiem z jego skrępowaniami. Nagość wobec kilkudziesięciu członków ekipy filmowej, a potem wobec kilkuset tysięcy widzów nie jest niczym przyjemnym. Można się do tego przyzwyczaić. Ale czy polubić? Wątpię.

O kobiecości
Nie potrafię dokładnie opisać, na czym polega kobiecość. Ale to czuję. To, co przyciąga moją uwagę, to właśnie kobiecość. Jeśli kobiecie jej brakuje – a tak się przecież zdarza – nic we mnie nie budzi. Dla mnie kobieta nie powinna być do końca samodzielna i samowystarczalna. Lubię kobiety, które nie wstydzą się przyznać, że potrzebują męskiego wsparcia. Które potrafią być chwilami bezradne. Które szukają u mężczyzny akceptacji i potwierdzenia własnej kobiecości.

O męskości
Generalnie cenię zdecydowanie, umiejętności podejmowania decyzji i gotowość do ponoszenia konsekwencji tych decyzji. Mężczyzna musi też umieć stawić czoło przeciwnościom w każdej sytuacji. Jak w grze komputerowej: gdy niespodziewanie wyskakuje potwór i cię pożera. No i trudno, trzeba zacząć od początku. Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, w jaki sposób odnosi sukcesy, tylko w jaki wychodzi z porażek. Bo nie zawsze się nokautuje, czasem jest się nokautowanym. I trzeba się podnieść, znów iść do przodu. Dążyć do sukcesu. I właśnie to dążenie do sukcesu – wszystko jedno: zawodowego czy osobistego – jest dla mnie miarą męskości


party.pl

piątek, 15 stycznia 2016

Artur Żmijewski: "Jestem oczami moich rodaków, żeby nieść pomoc tym ludziom"

Artur Żmijewski: "Jestem oczami moich rodaków, żeby nieść pomoc tym ludziom"


Artur Żmijewski nie obnosi się z tym, że jest wrażliwy na ludzką niedolę. Kilka dni temu przekazał na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy rekwizyt z popularnego serialu "Ojciec Mateusz", w którym gra główną rolę – czarny rower tytułowego księdza. Mało kto wie, że od 10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. „To, co zobaczyłem, czego doświadczyłem, zostanie we mnie na zawsze”, mówi. O tym, jak zmieniła go Afryka opowiedział Beacie Nowickiej w najnowszej "Vivie!".
 
Pomoc drugiej osobie często oznacza duży wysiłek, poświęcony czas, oddaną energię. Nie każdy jest na takie poświęcenie gotowy. Od prawie 10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. I to nie malowanym, tylko naprawdę zaangażowanym.
Ktoś w UNICEF pomyślał, że ja mógłbym w tej sprawie pomóc, a ja się zastanowiłem i stwierdziłem: dlaczego nie? Robię coś pożytecznego. Rzeczywistość mnie przerosła. W Sudanie Południowym, Etiopii, Mali widziałem dzieci, które naprawdę umierają z głodu, z braku lekarstw i robi to wstrząsające wrażenie. Pojechałem, żeby zobaczyć i opowiedzieć ludziom, jak tam jest. Chciałem prosić ich o pomoc, więc musiałem być wiarygodny, żeby ludzie mogli mi uwierzyć, bo tego nie da się sobie wyobrazić. Gdy patrzysz na dwuletniego człowieczka, szkielecik obciągnięty skórą, który leży na łóżku, a obok siedzi ojciec, który trzyma to dziecko za rękę i nie wie, czy ono będzie jeszcze na tym świecie przez pięć godzin czy przez trzy dni – ale na pewno nie dłużej – to w innej skali człowiek uświadamia sobie stratę, jakiej doznaje ten ojciec.
Które z tych dzieci zapamiętał najbardziej?
W Mali, w Sikasso, poznałem Abimatę, dwutygodniową dziewczynkę, która urodziła się jako wcześniak. Jej mama przy porodzie zmarła i mała jest karmiona kubeczkiem z dzióbkiem, bo nie ma smoczków. Dostaje mleko w proszku rozpuszczone w zanieczyszczonej wodzie. Ale to, czy Abimata przeżyje, zależy przede wszystkim od tego, czy będzie miał się nią kto zaopiekować. W tej chwili opiekuje się nią pani, która stoi nad grobem, ponieważ ma 50 lat, a średnia wieku w Mali dla kobiet wynosi 53 lata. Dla mężczyzn dwa lata mniej. Tam ogromna część ludzi za dach nad głową ma mały kawałek domku ulepionego z kamieni i gliny, pokrytego wielkim osiągnięciem zachodniej cywilizacji, czyli blachą falistą. Dzięki niej w czasie ulew nie leje im się na głowę, za to słychać niemiłosierne dudnienie deszczu, ale kiedy jest gorąco, wnętrze nagrzewa się niemal do temperatury wrzenia. W naszych warunkach klimatycznych zwierzęta żyją lepiej niż tam ludzie. To pokazuje ogrom nieszczęścia.





Czy załamał się, kiedy zobaczył to po raz pierwszy?
Ludzie świata zachodniego jeżdżą za granicę po to, żeby zwiedzać najwspanialsze zabytki. A my jeździmy po to, żeby oglądać najprawdziwsze życie. Niewyretuszowane. Pomaga się tym, którzy sobie nie radzą, w związku z tym oglądam miejsca najgorsze, najbrzydsze, najsmutniejsze i to jest rzecz, której nie brałem pod uwagę, kiedy dawno temu zaangażowałem się w pomoc. To, co zobaczyłem, czego doświadczyłem, zostanie we mnie na zawsze. Mam już inną perspektywę. Wie pani, że w regionie Sikasso ponad 84 procent mieszkańców żyje poniżej granicy ubóstwa?
W tym kontekście nasz świat jawi się jako syty, bogaty i bezpieczny. Czy Artur Żmijewski wraca stamtąd z poczuciem bezsilności?
Nie. Na tym polega moje zadanie. Jestem oczami moich rodaków, żeby nieść pomoc tym ludziom. Muszę poczuć te zapachy, nie odwracam wzroku od ludzi umierających na ulicy. Muszę to zobaczyć. Na przykład szpital, gdzie się dowiedziałem, że największy problem, z jakim się borykają, to brak środków, którymi mogą leczyć dzieci. Malarię leczy się antybiotykami, ale ich nie ma. W jednej sali, w której są cztery łóżka, na każdym leży po dwoje dzieci. Obok kucają dwie matki. Połowa dzieci w każdej takiej sali jest w stanie terminalnym i umiera na malarię. Półtora metra dalej, na materacyku leży dziecko z wbitym wenflonem, które urodziło się jako wcześniak. Za inkubator służą mu trzy żarówki i w zależności od tego, czy ma być mu cieplej czy chłodniej, pielęgniarka te żarówki wkręca lub wykręca. Za drzwiami, na korytarzu stoją stoły, gdzie na kocach leżą kolejne dzieci, a obok czuwają ich matki. Wokół szpitala, w strugach deszczu, na matach siedzą ludzie, którzy są członkami rodzin tych dzieci i tych matek, ponieważ nie ma salowej, nie ma kuchni, a ktoś musi te matki z dziećmi żywić i zapewnić elementarne środki czystości.
Ludzie są bardziej skłonni do pomocy, kiedy to nieszczęście ma konkretną „twarz”. Do naszego serca – i kieszeni – bardziej przemówi historia dwutygodniowej Abimaty niż tragiczna, ale beznamiętna informacja, że 100 tysięcy ludzi w wyniku powodzi straciło dach nad głową.
Wie pani, że w Mali rocznie umiera 100 tysięcy dzieci? Tyle mają takie miasta jak Koszalin, Legnica czy Opole czy Tarnów. Proszę sobie wyobrazić, że nagle znikają wszyscy mieszkańcy jednego z nich. Marzenia tych ludzi są takie, żeby z dnia na dzień przeżyć. Za litr paliwa można wysłać SMS, żeby im pomóc. Tyle kosztuje jedna pełna porcja terapeutycznej żywności dla dziecka, które wychodzi z niedożywienia. Koszt litra paliwa w Polsce, czyli około 4–5 złotych. Za te same pieniądze można kupić antybiotyki, szczepionki, które oznaczają realną pomoc dla tych dzieciaków.



Czy te wyjazdy zmieniły aktora? To nie jest Afryka do podziwiania.
Trochę jest, bo jak się trafi na porę deszczową, to bujna afrykańska zieleń jest tak zachwycająca, że widok zapiera dech w piersiach. Ale w kontraście do tej zieleni widzi się góry śmieci zasypujące całe miasta, bo nie ma kto ich sprzątać, a poza tym w tych górach odpadków można znaleźć rzeczy, które pozwolą przeżyć.

Cały wywiad z Arturem Żmijewskim w najnowszej "Vivie!", w kioskach.


party.pl

Małe szczęście Assetou

Assetou z dumą patrzy na swoją maleńką córeczkę. Dziewczynka ma zaledwie dwa dni i przyszła na świat poprzez cesarskie cięcie. Już teraz widać podobieństwo córki do matki. Dziewczynka rozwija się dobrze i już niedługo obie panie zostaną wypisane do domu.
To pierwsze dziecko Assetou. Kiedy okazało się, że ciąża przebiega z komplikacjami kobieta od razu zgłosiła się do szpitala w Sikasso. Tu na oddział położniczy i pediatryczny trafiają najtrudniejsze przypadki.

Łącznie oddziały dysponują tylko kilkudziesięcioma łóżkami, ale pacjentów jest znacznie więcej.

Dlatego zdarza się często, zwłaszcza na pediatrii, że na skromnych siennikach leży więcej niż jeden chory. 

© UNICEF/Suder

Podczas pory deszczowej, kiedy drastycznie wrasta liczba przypadków zachorowań na malarię, pacjenci leżą także na materacach i stołach ustawionych w korytarzach placówki.

Lekarze i personel medyczny robią wszystko, aby pomóc jak największej liczbie dzieci i mam.

Niestety, najtrudniejsze przypadki, to z reguły przypadki beznadziejne. I nie dlatego, że medycyna nie zna ratunku, ale dlatego, że szpital nie dysponuje odpowiednim sprzętem i lekami, aby pomóc na czas.
Assetou miała wiele szczęścia. Wiele innych matek takiego szczęścia nie ma.
© UNICEF/Suder

UNICEF Polska zbiera środki na pomoc dla dzieci i matek w Mali. Wspólnie z Ambasadorem Dobrej Woli, Arturem Żmijewskim apelujemy o pomoc.

Zebrane środki zostaną przekazane na pomoc medyczną dla mam w ciąży i noworodków. Kupimy zestawy do resuscytacji, inkubatory, niezbędne leki i wyposażenie dla położnych, które odwiedzają matki w domach. Z góry dziękujemy za Wasze zaangażowanie.

www.unicef.pl/

środa, 13 stycznia 2016

"Wolę nakrzyczeć na kwiatki w ogródku niż na ludzi obok mnie". Artur Żmijewski o złości, imigrantach i śmierci

"Wolę nakrzyczeć na kwiatki w ogródku niż na ludzi obok mnie". Artur Żmijewski o złości, imigrantach i śmierci


Artur Żmijewski jest jednym z najlepszych polskich aktorów. Równie fascynujący jako amant i jako ksiądz. Zwykle trzyma się z dala od zgiełku mediów. Jak o siebie dba, dlaczego zdecydował się pomagać innym oraz dlaczego nie robi planów na przyszłość, w najnowszej "Vivie!" opowiada Beacie Nowickiej.
Pracuje intensywnie, a mimo to jest chodzącym okazem zdrowia. Jak to robi?
Staram się, jak mogę. Staram się oszczędzać. Żeby zdrowia nie stracić. Kiedy muszę wstać o piątej rano, kładę się wcześniej spać. Nie mogę wtedy siedzieć – co uwielbiam – do dwunastej wieczorem, tylko staram się, żeby o wpół do dziesiątej, za kwadrans dziesiąta być w łóżku. Chodzi o to, żeby siedem godzin spędzić w pościeli.

Czy zawsze jest tak zdyscyplinowany i łagodny?
To mnie pani nie widziała w akcji! Łagodność to ja, owszem, miewam, natomiast czasem wychodzę z siebie. I dzięki Bogu, że to się zdarza, bo inaczej już dawno siedziałbym w wariatkowie. To mój wentyl bezpieczeństwa, wyładować stres. Ale wolę nakrzyczeć na kwiatki w ogródku niż na ludzi obok mnie.

Co najbardziej wyprowadza go z równowagi u bliźnich?
Bezmyślność. Wydaje mi się, że głupim, samolubnym działaniem albo słowem można zrobić bardzo dużo złego. Czasami wystarczy tylko na chwilę przystanąć i zastanowić się nad tym, co się robi. Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonany, że w związkach międzyludzkich należy wykazywać się delikatnością. Tak zostałem wychowany. Uważam, że nie mogę spóźnić się do pracy – mimo korków, indywidualnych katastrof – bo wiem, że czeka tam na mnie 40 osób. Proste.



Od 10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Zdecydował się pomagać, docenia też ludzi, którzy jemu bezinteresownie pomogli.
Ja w ogóle uważam, że w życiu piekielnie dużo ludzi mi pomogło. Wykazali się wobec mnie wyrozumiałością, jak Wojtek Wójcik, który nauczył mnie podstaw rzemiosła filmowego, pokazywał mi, co i jak robi się przed kamerą, zabrał mnie do montażowni, opowiadał o różnych rzeczach, o których nie miałem bladego pojęcia. Miałem ogromnie dużo szczęścia do opiekuna roku, profesora Andrzeja Łapickiego, dzięki niemu tak naprawdę znalazłem się na zdjęciach próbnych u Tadeusza Konwickiego. To on przekonał profesorów w szkole, żeby mnie zwolnili z zajęć i pozwolili zagrać w „Lawie”. Zdarzyło się mnóstwo takich sytuacji, w których miałem poczucie, że ludzie pochylili się nade mną i pomogli mi zrealizować rzeczy, które bez ich wsparcia byłyby dla mnie nieosiągalne.

Niektórzy boją się pomagać. Co aktor sądzi o niechęci wobec uchodźców napływających do Polski?
Dla mnie strach przed tymi ludźmi jest kompletnie nieuzasadniony. Myślę, że równie radykalnych ludzi jak ci, którzy zabijają w Europie i na świecie, znalazłoby się sporo w naszym kraju, pośród tych, co uchodzą za prawdziwych Polaków.  Z perspektywy świata, który widziałem, uważam, że nie mamy prawa odmawiać schronienia tym, którzy uciekają od śmierci, głodu, wojny i szukają bezpiecznego miejsca dla swoich dzieci.Oni chcą żyć tak samo jak my. Do końca XX wieku to my potrzebowaliśmy tej pomocy. Przez lata mnóstwo ludzi wyjeżdżało z Polski nie zawsze dlatego, że system był dla nich opresyjny. Po prostu dusili się w komunistycznej Polsce. Marzyli o lepszym życiu, innych perspektywach. Dlatego wyjeżdżając w delegację lub na wycieczkę, zostawali. Czasem jedna osoba, czasem cały autokar. Pytanie jest proste: Co by było, gdyby wtedy ktoś nam powiedział: „Wypieprzać z powrotem do Polski! My was tu nie chcemy, bo jesteście biedakami, brudasami i nierobami”.
Aktor uważa, że przestaliśmy być wrażliwi na to, że ludzie są krzywdzeni w swoich ojczyznach. Albo że nie mogą się spełniać. Albo że nie mają co jeść.
Czy to, że zginęło ponad 130 osób w Paryżu, znaczy, że mamy nie przyjmować uchodźców? Nie pomagać tysiącom umierającym z głodu w Afryce? Ludzie czasami mnie pytają: Jak się widzi taki ogrom nieszczęścia w Afryce, to czy ma sens pomaganie, skoro nie jesteś w stanie pomóc wszystkim? A mnie się wydaje, że to ma głęboki sens, bo skoro nie wszystkim, to choć jednemu.


Czy robi plany na przyszłość?
Nie. Po co? (milczenie). Wie pani dlaczego? Bo któregoś dnia uświadomiłem sobie, że jeszcze kilka lat temu z całą pewnością powiedziałbym: „Za moich czasów, za mojego życia na pewno żadnego konfliktu zbrojnego w Europie nie będzie. Myślę, że moje dzieci również przeżyją swoje życie w spokoju”. Po tym, co wydarzyło się na Ukrainie, już w to nie wierzę.

Bierze życie jak leci, tu, w tej chwili?
Wczoraj miałem wolny dzień, to była niedziela, do piętnastej nie zdjąłem szlafroka. Spokojnie, bez pośpiechu mogłem wypić kawę, pochodzić po domu, ogarnąć rzeczy, którymi nie mam czasu zająć się na co dzień, na przykład papierami, jakie gromadzą mi się na biurku. Takie najprostsze, banalne czynności, które oczyszczają głowę. Mam poczucie, że za rzadko to robimy. Za rzadko opróżniamy szafy i szuflady z tego, co przez lata tam chowamy: drobiazgi, bibeloty, kartki pocztowe… Dużo rzeczy, do których – jak mi się wydawało – byłem sentymentalnie przywiązany, wylądowało w koszu na śmieci. Im dłużej żyję, tym bardziej mi się wydaje, że to, co w naszych głowach, jest ważne. Żyjąc na co dzień, nie myślimy o tym, że z naszym odejściem nic się nie kończy. Tylko nam się wydaje, że jesteśmy całym światem, mamy superważne rzeczy do zrobienia. Moja babcia pytana: „A co tam będziesz wiosną robiła?” odpowiadała: „Co ja będę wiosną robiła? Może nie dożyję?”. Obiecywać całemu światu: zrobię jeszcze to, to, to i tamto…? Nie.Nikomu nie obiecywać, tylko robić. I tyle.

Cały wywiad z Arturem Żmijewskim w najnowszej "Vivie!", od czwartku w kioskach.


party.pl/

środa, 6 stycznia 2016

Upragnione 20 gramów dziennie

Zgodnie z zaleceniami lekarza Fatumata tuli swojego malutkiego synka blisko własnego ciała. Ta metoda zwana kangurowaniem to w tym przypadku największa szansa chłopca na przeżycie.

W szpitalu w Sikasso brakuje inkubatorów i życie dzieci urodzonych przed terminem jest niemal zawsze zagrożone.

Maluch urodził się w 30 tygodniu ciąży i ważył mniej niż 2 kilogramy. Poprzednia, bliźniacza ciąża Fatumaty zakończyła się tragicznie. Dzieci, także urodzone przedwcześnie, nie przeżyły. Umieralność noworodków w Mali należy do jednej z najwyższych na świecie.


Szpital w Sikasso jest jedyną taką placówką w tym 200 tysięcznym mieście na południu Mali. Ma za zadanie służyć mieszkańcom stolicy regionu oraz ponad 2,65 mln populacji zamieszkującej okoliczne wioski. W szpitalu jest zaledwie 135 łóżek i brakuje wszystkiego – leków, specjalistycznego sprzętu, w tym inkubatorów. A jednak matki, które tu trafią i tak mogą jednak mówić o wielkim szczęściu. Większość kobiet w Mali rodzi w domach i kiedy z mamą lub dzieckiem coś się dzieje zazwyczaj pomoc przychodzi za późno. 
Fatumata z ulgą patrzy na poprawiający się stan synka. Chłopiec przybiera na wadze o upragnione 20 gramów dziennie. Jeśli nadal tak będzie, już wkrótce oboje zostaną wypisani do domu.

Pomóżmy mamom w Mali bezpiecznie rodzić dzieci. Wystarczy wejść na stronę unicef.pl/afryka i przekazać darowiznę.


Środki zebrane w ramach tej kampanii przeznaczymy na sprzęt dla położnych, które odwiedzają matki rodzące w domach, leki, szczepionki oraz wyposażenie ośrodków zdrowia w aparaturę medyczną, która posłuży do ratowania życia dzieci w Mali (m. in. inkubatory, resuscytatory).

https://www.unicef.pl/

piątek, 25 grudnia 2015

Artur Żmijewski: trzeba żyć, a nie umierać

- Obok ciebie stoi człowiek. A potem nagle go nie ma. Nie ma tego człowieka w jednej sekundzie. I to nie powoduje w tobie poczucia straty? Że człowiek był i go nie ma? Że jest śmierć, choć mogło jej nie być? Ja tego inaczej nie potrafię wytłumaczyć – mówi Artur Żmijewski, ambasador UNICEF Polska, w rozmowie z Januszem Schwertnerem.


Akcja UNICEF Polska w Mali miała miejsce na początku września. Uczestniczyli w niej m.in. aktor Artur Żmijewski, fotograf Marcin Suder i dziennikarz Onetu Janusz Schwertner. To rozmowa o beznadziei, jaka panuje w Mali, ale także o sile i pragnieniach, jakie mają w sobie jego mieszkańcy.

W Mali tysiące dzieci umiera w pierwszych dniach po narodzinach. Sytuacja jest dramatyczna, ale Ty możesz ją zmienić! Dołącz do akcji ratowania życia dzieci i mam w Mali, wejdź na stronę www.afryka.unicef.pl i przekaż darowiznę. Uratuj dziecko w Afryce.

Wszystkie zdjęcia wykonał Marcin Suder.

Janusz Schwertner: Pamiętasz ten dzień, gdy stwierdziłeś, że chciałbyś spalić ubrania, które masz na sobie?

Artur Żmijewski: Chwilę wcześniej opuściliśmy sale operacyjne w jednym z ośrodków zdrowia. Od razu przywołały mi na myśl to, co zobaczyłem lata wcześniej w Etiopii. Jeden lekarz, kilka pielęgniarek. W pomieszczeniach kartony z lekami i jakieś marne środki medyczne do leczenia pacjentów. Po szpitalu biegały psy, wokół wisiały pajęczyny, gdzieś leżał stary silnik, kawałek koca, trochę łóżek. W Mali było podobnie: jakieś powywalane sprzęty, brudne kartony, nagle jakiś zdezelowany motocykl. Tak, dobrze pamiętam ten dzień i tamte słowa.

Miałem wtedy podobne odczucia.
Dla każdego człowieka, który świadomie myśli o higienie, to jest dojmujące. Jak wchodzisz na blok operacyjny w cywilizowanym kraju, to jest śluza i musisz przejść przez proces przebierania się, mycia, wchodzenia w sterylne ciuchy. A w Mali czujesz ten brud, te zarazki, bakterie, które wnikają w ciebie… Masz poczucie, że za chwilę to cię zaatakuje gdzieś z zewnątrz. Poczucie opresyjności jest przerażające. Trzeba było być tam na miejscu, żeby zdać sobie sprawę, w jak koszmarnych warunkach można żyć. Inaczej żaden ojciec, żadna matka, tego nie zrozumie.
W Mali średnio co roku umiera sto tysięcy dzieci, wiele z nich już w trakcie samego porodu. Gdy byliśmy w tym szpitalu, powiedziałeś, że nikt nie chciałby tam operować nawet zwierzęcia.
Jak sobie człowiek to wszystko uświadamia, to dopiero czuje, jak bardzo naturalnym odruchem jest pomoc. Z jednej strony trafiają do nas te przerażające statystyki, z drugiej – my przecież w Mali codziennie rozmawialiśmy z konkretnymi ludźmi, z rodzinami, z rodzicami. Sam szukałeś takich historii, które opowiadały o poszczególnych dramatach. My chcemy, żeby tych dramatów było jak najmniej.

Porozmawiajmy o tych historiach. Mnie utkwiło w pamięci bardzo wiele obrazów. Zaraz opowiemy trochę o tym, co spotyka kobiety, matki, które rodzą w szpitalach, które przypominają rzeźnie. Ale perspektywa faceta też nie jest łatwa. Pamiętam, że w jednym z ośrodków widzieliśmy ojca, który z całych sił trzymał dziecko za rękę. Nie wiadomo, czy ono przeżyło – chorowało na malarię, a lekarze choć wiedzieli jak pomóc, nie mieli już na to środków.
Ktoś mógłby pomyśleć, że przerażające statystyki śmiertelności dzieci w Mali biorą się z jakiejś dużej epidemii, np. eboli, albo z powodu rozprzestrzeniającego się AIDS. Ale to nie tak. Infekcje dróg oddechowych, malaria, cholera, zapalenia… Choroby, które u nas leczy się bardzo łatwo, tam sieją strach i odbierają życie.
Jeden z lekarzy nam to powiedział: najgorzej jest patrzeć na śmierć, która przychodzi z błahego powodu.
A dla choroby nie ma granicy, której nie byłaby w stanie przekroczyć. Wiesz, samo uświadomienie sobie, w jakiej sprawie my tam pojechaliśmy, jest dojmujące. My tam byliśmy po to, by mniej dzieci i kobiet umierało przy porodzie. Bo owszem, masywny krwotok może spowodować śmierć, ale na Boga, nie tak często! Dla Europejczyka dzień narodzin dziecka kojarzy się z radością. Kobiety mogą bać się bólu i cierpienia, jakie towarzyszy w trakcie porodu, ale nie powinny bać się śmierci!
Wejdź na www.afryka.unicef.pl i przekaż darowiznę. Pomóż mamom w Mali bezpiecznie rodzić swoje dzieci - apeluje Artur Żmijewski, Ambasador Dobrej Woli UNICEF.

Wrócę jeszcze do tego ojca, który w całej swojej miłości, ale i bezsilności, towarzyszył swojemu dziecku. On miał tę okropną świadomość, że wszyscy wokół wiedzą, jak pomóc, tylko że nikt nie ma do tego narzędzi.
Ja mam w głowie obraz chłopca z Etiopii, gdzie także byłem z misją UNICEF-u. Chłopak miał dwanaście albo trzynaście lat, wyglądał tak, jak na zdjęciach dzieci, które żyły w Auschwitz. Ten dzieciak leżał na czymś, co miało być łóżkiem, na jakimś starym zdezelowanym silniku. Ojciec trzymał go za rękę. Podszedłem do lekarza zapytać, jakie są rokowania. "Proszę pana, beznadziejne. Nie mamy tylko pewności, czy śmierć przyjdzie dziś, czy jutro, czy za dwa dni. Ale z pewnością nie później". Skala beznadziei jest ogromna.
Mówiłeś, że ten chłopak w wieku trzynastu lat ważył tyle, co wówczas Twój kilkuletni syn.
Tak, to porażające, gdy sobie to uzmysłowisz. To wszystko kwestia wyobraźni; nie zdajemy sobie sprawy z tego,  w jak koszmarnych warunkach żyją miliony ludzi na świecie
Wkurzenie rośnie, gdy słyszy się o rzekomo gigantycznej skali nędzy w Polsce?
Ja powiem to wprost: te słowa, które gdzieś zawisły w przestrzeni publicznej, były bezczelne. Po prostu bezczelne. Zresztą, ja to sprawdziłem. W Sikasso ponad 84 procent osób żyje w nędzy, poniżej granicy ubóstwa. W Polsce – w zależności od tego, jaki miernik przyjąć – można mówić o 7,5-13 procentach. Proporcja jest kompletnie odwrócona!

Obaj dobrze wiemy, że  ubóstwo w Polsce istnieje. Sęk w tym, że u nas – i w całym cywilizowanym świecie – istnieją mechanizmy, które są w stanie tej sytuacji, lepiej lub czasem niestety gorzej, przeciwdziałać.
O to właśnie mi chodzi. U nas ludzie mają się do kogo zwrócić o pomoc, tam takiej możliwości nie ma. W tym sensie, ja zawsze uważam, że to jest kwestia skali. Już po pobycie w Etiopii uświadomiłem sobie pewne rzeczy. Jeśli tam umiera sto tysięcy dzieci przez rok – to tak, jakby nagle wymarło całe Opole. Czy jesteśmy w stanie sobie to wyobrazić? Nagle nie ma całego miasta. Dla mnie to porażające.
Ja widziałem w Polsce miejsca bardzo biedne, widziałem ludzi żyjących w nędzy. Ale mówienie dziś o ogromnej skali beznadziei, to grube nadużycie. I to chyba najbardziej delikatne słowo, jakiego można użyć.
Wracam myślami do tego, co widzieliśmy w Mali, w szpitalach, na oddziałach położniczych i ginekologicznych. Tam ma się poczucie, że brakuje wszystkiego.
Dramatycznie to wygląda. Nie ma nic albo prawie nic. Postawy lekarzy nieraz są heroiczne, bo od czasu do czasu udaje się kogoś wyleczyć, nawet jeśli nie ma się do tego środków. Cóż, czasem podstawowe narzędzia to wiedza, w jaką są wyposażeni ci medycy i para rąk. Gdy się wie, jak prawidłowo wykonać ucisk, żeby zatamować krwawienie jakiejś części ciała, to przy pomocy kawałka szmaty i paska już można pomóc.
Trudno jest wyobrazić sobie warunki, w jakich kobiety rodzą w Mali. W jakich warunkach dzieci przychodzą na świat. Bo też trudno na przykład wyobrazić sobie, żeby gdzieś u nas jakąkolwiek kobietę spotkało to, co jedną z młodych dziewczyn, którą tam spotkaliśmy. Przez trzy-cztery dni leżała bez żadnej pomocy, była w stanie agonalnym i ktoś w końcu zawiózł ją do szpitala. Cud, bo przez cesarkę dziecko przyszło na świat i było zdrowe. Tam panuje całkowita beznadzieja. A skoro tak jest – to my chyba mamy obowiązek ją zmniejszać.
Do dziś dobrze pamiętamy historię małej Abimaty i jej matki, która nie zdążyła przyjechać na czas do szpitala w Sikasso – jednej z głównej miejscowości na południu Mali. Wieziona przez swojego męża na motocyklu, po absurdalnie beznadziejnej drodze, zostawiała za sobą ślady krwi. W nocy dostała silnego krwotoku, a gdy dojechała do szpitala  – po prostu wykrwawiła się na śmierć.
Wcześniej trafiła do lokalnego ośrodka zdrowia, skąd odesłano ją do Sikasso. Podróżowanie po Mali można zrozumieć tylko, jeśli się tam było. Pamiętasz, jak usłyszeliśmy, że przez ponad półtorej godziny będziemy jechać 25 kilometrów? Nikomu z nas to nie mieściło się głowie. Ale jeśli nie ma drogi, tylko jest jakiś lej po potoku, który przyszedł po ostatniej ulewie, to jak wyprzedzić śmierć?
Takie historie były codziennością.
I to się wydaje abstrakcyjne. W Polsce nawet w najbardziej odległych miejscach, masz telefon komórkowy, często internet, sąsiadów – a nawet jeśli nie, to masz klucze i samochód i w ciągu kilkunastu minut jesteś gdzieś, gdzie można udzielić ci pomocy. A jeśli nie możesz pojechać sam, to przyjedzie karetka. A zauważyłeś, ile karetek stało w pobliżu szpitala w Sikasso?
Nie widziałem żadnej.
Była jedna,  może jakaś druga była akurat gdzieś na trasie. I to jest kolejny gigantyczny problem. A zauważyłeś, że w punkcie medycznym mieli chłodnię do przechowywania leków? Ale nie mieli prądu, który mógłby ją zasilać. A nawet jeśli chowali gdzieś agregat prądotwórczy, to potrzebowaliby paliwa. Tylko że paliwo sprzedawano tam w małych butelkach, wlewano wprost do baku tych małych motorów czy samochodów, które podjeżdżały. Zakres problemów jest ogromny i dotyczy wszystkiego. Strasznie chcemy z UNICEFem to rozwiązywać. Dostarczać szczepionki, podstawowe leki, żeby leczyć infekcje, choroby. Żeby pomagać im normalnie przychodzić na świat. A wtedy Malijczycy będą mogli pracować nad tym, by poprawić swoją sytuację. Załatwić agregat prądotwórczy, prąd, jedzenie.
Artur Żmijewski apeluje: Walczymy o życie każdego dziecka i mamy w Mali, ale potrzebujemy Twojej pomocy. Przekaż darowiznę na www.afryka.unicef.pl i ocal dziecko. Wpłać teraz darowiznę online – to zajmie Ci tylko kilka minut. Pamiętaj, że działając z UNICEF masz pewność, że Twoja darowizna dotrze do Mali. Zebrane na pomoc dla Afryki środki przeznaczone zostaną między innymi na wyposażenie szpitali, zakup zestawów dobezpiecznych porodów, leków i opatrunków. Twoja darowizna pozwoli na zakup inkubatorów, zestawów do resuscytacji noworodków i szczepionek przeciwko tężcowi noworodkowemu.

Historia matki Abimaty, o której wspomnieliśmy przed chwilą, była tylko jedną z wielu innych, podobnych do niej. Pamiętasz rozmowy z członkami rodziny jednej z kobiet, która zginęła w drodze do szpitala? Miała rodzić kolejny raz w życiu, planowała, że to będzie jej ostatnie dziecko.
To był absolutnie dramatyczny przypadek. Ta kobieta odchodząc powiedziała jeszcze słowa, które chyba każdemu z nas zapadły w pamięć. „Ja nie chcę już więcej rodzić”. Żeby wypowiedzieć takie zdanie, trzeba być u kresu wytrzymałości. Nasza wyobraźnia chyba nie jest w stanie tego przetrzymać, a wyobraźnia matki? Takiej w Polsce, której narodziny dziecka kojarzą się z największą radością? To nie mieści się w głowie. Dla tej kobiety poród oznaczał tortury i cierpienie. Niestety, tego ostatniego porodu nie przeżyła.
Rozmawiałem długo z jej mężem. Z uporem powtarzał mi, że Bóg tak zdecydował. Trudno było się z tym pogodzić; cieszyłem się na myśl, że dzięki akcji UNICEF-u uda się Bogu trochę dopomóc.
Ja wolałbym nie jeździć w takie miejsca i nie słuchać, że Bóg tak chciał. Bo gdyby ona wcześniej trafiła do szpitala, to by przeżyła.
Mówienie o drogach w kontekście Mali i podróży, jakie muszą odbywać tamtejsze kobiety, kojarzy się z koszmarem. U nas, w Polsce, to problem komunikacyjny...
...a tam sprawa życia i śmierci. Tak, tak to wygląda. I radzą sobie z tym tak, jak mogą. Przypominasz sobie na przykład, jak oznakowują niebezpieczne zdarzenia na drogach? Kładą gałęzie w odległości kilkunastu metrów przed i za samochodem. Chciałbym, żebyśmy zrozumieli, że ten ich koszmarny świat, jest także naszym światem. Że ci ludzie są bardzo podobni do nas i są gdzieś bardzo blisko. I dramatycznie potrzebują pomocy.
Jeśli pokażemy im, że u nas świat wygląda lepiej, to oni będą do tego dążyć. Mam takie poczucie, trochę egoistyczne: pomagając tym ludziom, pomagamy też sobie. Jeżeli czynimy ten świat trochę lepszym, to sprawiamy, że staje się on także lepszy i bezpieczniejszy dla nas.  Nie tylko w tej małej enklawie, jaką jest Europa, ale także w Afryce czy na Bliskim Wschodzie, gdzie ludzie zrozumieją, że nasza obecność jest nie po to, by znów ich wykorzystać, lecz po to, by zrobić dla nich coś dobrego. Coś konkretnego.
W jednej z wiosek dość długo tłumaczyłeś plemiennej starszyźnie istotę i ważność karmienia piersią. Pod koniec jeden z mężczyzn podszedł do Ciebie i w imieniu całej społeczności obiecał, że tamtejsze kobiety zaczną stosować tę metodę.
W tej wiosce ludzie nie wiedzieli, że tak należy. Nie wiedzieli, że karmienie piersią to jest podstawa, że każda matka chce to robić, bo poza odczuciem bliskości, jest to po prostu wygodniejsze. Nie mówiąc już o tym, jak duże znaczenie ma karmienie piersią w pierwszej fazie rozwoju dziecka. To też pokazuje, o jakiej skali beznadziei my mówimy. A równocześnie – daje nam pewność, że możemy z nią walczyć. My w tej wiosce zostawiliśmy kawałek nadziei. Od teraz dzieci będą tam zdrowsze, bo będą karmione piersią.
No tak, starszyzna obiecała to ambasadorowi UNICEF-u.
Mnie to wtedy naprawdę bardzo ucieszyło. Bo poza wszystkim, to dowód, że bycie ambasadorem nie oznacza czegoś płytkiego i celebryckiego, tylko to jest pewien rodzaj zobowiązania. Ci ludzie traktują tę funkcję jako taką, którą należy szanować. To nie zmienia nic w tym sensie, że czuję się nagle kimś piekielnie ważnym; ale ważne jest to, jak oni się odnoszą do tej potencjalnej pomocy. Oni nas traktują poważnie, dlatego my też tak powinniśmy ich traktować.  Nie powinniśmy mówić o nich jak o ludziach gorszego sortu, bo nie mamy do tego prawa.

Jednego dnia kilka godzin spędziliśmy w szkole. Byłem pod wrażeniem mądrości dzieci, z którymi mieliśmy okazję porozmawiać.
Tak, pytaliśmy je o to, jak widzą swoją przyszłość. Nie miały jakichś wielkich wymagań.
No, poza częścią chłopaków, którzy chcieli zostać Lewandowskimi.
Tak, to był kolejny dowód na to, jaki świat jest mały. Ale zazwyczaj te ich marzenia były bardzo niewielkie. Ktoś chciał być nauczycielem, ktoś lekarzem. Bo oni w o ogóle chcą być kimś. A jeżeli znikąd nie nadejdzie pomoc, to nie dostaną tej szansy. Nie uda się im wyedukować na tyle, żeby zostać budowniczymi, żeby budować drogi czy kanalizację.
Nauczyciele, z którymi spędziłem dłuższą chwilę, nazwali się "nosicielami marzeń". Mówili, że to gigantyczna radość zobaczyć jednego ze swoich uczniów po latach w telewizji – na przykład w roli medycznego eksperta. Takie przypadki im się zdarzały, choć więcej nasuwało im się dramatycznych wspomnień. Ale mnie uderzyło coś innego: jak ich zapytałem, czego pilnie potrzebują, to nie mówili o jakichś wielkich rzeczach. Nie skarżyli się. Odpowiedzieli, że byliby bardzo wdzięczni za wybudowanie nowej salki.
Tak, bo tam na 1500 uczniów przypadały dwie sale lekcyjne. Ponad setka chodziła na jedne zajęcia. Czasem rozmawiam z kolegami i oni się skarżą, że ich dzieci muszą chodzić do klasy, gdzie jest trzydzieści osób. I pytam się ich, co wy wiecie o problemach szkolnictwa? Owszem, to jest nieprawidłowe. Ale tam to jest nieprawidłowe jeszcze bardziej. Czyli co, mamy to zostawić i zająć się tylko sobą? Czy wiedząc, jak wygląda tamten świat, mamy zostawić te dzieci, a nasze samopoczucie będzie lepsze? U nas będzie dwudziestu ośmiu zamiast trzydziestu dwóch uczniów i nagle poczujemy się lepiej?
Też tak pozytywnie wspominasz te dzieciaki, jak ja?
Były świetne. Grzeczne, mądre, doskonale pracowały z nauczycielem. To po raz kolejny potwierdza to, co myślę tych ludziach, których tam spotkaliśmy: oni nie mają innych potrzeb niż my. Są tacy sami. Z tą różnicą, że my pragnień mamy więcej i te nasze są bez sensu; bo pędzimy w miejsca, które są nam kompletnie do szczęścia niepotrzebne.

Z tej szkoły pamiętam też dziewczynkę, która wybiegła z sali lekcyjnej. Zwróciła naszą uwagę, bo wyróżniała się czerwonymi włosami. Zapatrzyłem się na nią. Dopiero później się dowiedziałem, że barwa jej włosów świadczy o skrajnym niedożywieniu. Spośród innych wyróżniała się tym, że najdłużej nie jadła. Ty myślisz czasem o tych ludziach, których spotykasz na misjach? Wracasz do nich wspomnieniami?
Ja zastanawiam się, jak tym ludziom się wiedzie. Na przykład czy Abimata jeszcze żyje? Pamiętam, że jak rozmawialiśmy z fantastyczną pracownicą UNICEF-u, panią Miriam, to powiedziała, że niestety szanse na jej przeżycie są małe. A ja przypominam sobie te wielkie oczy tego dzieciątka. Wiele momentów do mnie wraca. Pamiętasz „Big Mamę” – kobietę, która karmiła dzieci w jednej z wiosek? Ale najczęściej wracają te myśli przygnębiające, te beznadziejne szpitale. Dla nas to jest nie do wyobrażenia. I przychodzi nieraz taka myśl do głowy, że my jesteśmy strasznie rozpuszczeni przez życie. I ogromnie uprzywilejowani. Żyjemy w zupełnie abstrakcyjnym świecie.
A gdy słyszysz takie wypowiedzi jak ta jednego z ordynatorów oddziału położniczo-ginekologicznego we Wrocławiu – że kobiety w Polsce rodzą w skandalicznych warunkach – to jesteś po prostu zmęczony?
Nie, ja nie czuję się zmęczony, ja słysząc takie słowa czuję obrzydzenie. Dlatego że ja widziałem, jak wygląda rodzenie dzieci w nieludzkich warunkach. I tego typu wypowiedzi – jeśli je się zestawi z możliwościami polskiej służby zdrowia – są nie do przyjęcia. Chciałbym powiedzieć, że to jest nadużycie, ale to zwyczajne obrzydlistwo.
Trudniej Ci się rozmawia z ludźmi po tych powrotach? Po powrocie z Mali?
Nigdy nie określałem tego w ten sposób, ale być może tak jest. Mam często poczucie, że ludzie próbują spłycać pewne rzeczy, których ja spłycać nie chcę, bo moja świadomość jest kompletnie inna po takiej podróży. Często jeździ się w nawet najbardziej odległe miejsca, ale nie widzi się prawdziwego świata. Bo pojechało się do hotelu, popływać w ciepłej wodzie, poopalać. A my tam w Mali widzieliśmy świat zupełnie przerażający. Z tej perspektywy powrót do domu, do realności, codzienności, jest rzeczywiście trudny.
I tak, być może teraz sobie to uświadomiłem, trudniej rozmawia się wtedy z ludźmi. Wracasz do domu, a tu nagle wszystko toczy się zupełnie innym trybem niż to, co działo się przed chwilą. Jest taki rodzaj niezgody w Tobie, który popycha wielu ludzi, by zmieniać świat. Choćby Marcina Sudera, który był z nami w Mali. Gdyby nie jego bunt, świadomość, że swoimi zdjęciami z Afryki, z Bliskiego Wschodu, może zrobić coś dobrego, to z pewnością nie decydowałby się na powrót do tamtego świata.
Marcinowi pokazałem list od jednej z czytelniczek, który przyszedł do nas po publikacji reportażu z Mali. Napisała, że pod wpływem jego zdjęcia, byłaby skłonna choćby i adoptować Abimatę. Dla Marcina była to duża sprawa, dowód, że jego praca ma sens.
Nie dziwię się.
A Tobie – co daje największą satysfakcję?
Trudno to określić.
To brzmi, jakby ta Afryka, podróżowanie tam z UNICEF-em, było naturalnym odruchem.
Tak, ja tak to traktuję. Bo co innego? Na pewno poczucie obowiązku, które masz, gdy już wiążesz się z taką organizacją jak UNICEF. Podjąłeś się, wziąłeś odpowiedzialność, więc się nie zatrzymuj w połowie drogi. Przecież gdybym się nagle wycofał, to sprzeniewierzyłbym się wszystkiemu, o czym przed chwilą opowiadałem. Te wyjazdy się traktuje naturalnie, rozmawiam później o nich w domu, z rodziną, przyjaciółmi. Pytają czasem, czy się nie boję. Ale czy ja się mogę bać? Nie bardzo. Poza tym, głęboko wierzę, że mój strach ściąga reakcję niewspółmierną; to by mnie paraliżowało, nie mógłbym wejść w te miejsca, w których muszę być. Nie mógłbym później o tym wszystkim opowiadać.


Często powtarzasz, że jako ambasador, jesteś sercem i umysłem wszystkich tych, którym później opowiadasz o tragedii, jaka spotyka ludzi gdzieś pozornie daleko od nas.
Tak. Bo jeżeli ja będę w stanie uświadomić każdemu, że ci ludzie mają te same potrzeby, że są tacy sami jak my, choć mają inny kolor skóry, inaczej wyglądające oczy i są może trochę wyżsi albo niżsi, to może wszyscy zrozumiemy, ze bezwzględnie trzeba pomagać. Że trzeba uratować każdego człowieka, którego się da. Żeby dziecko nie traciło matki, matka nie żyła z poczuciem straty albo żeby jakiś facet nie żył ze świadomością, że odeszła jego córka i żona.
Trzeba żyć, a nie umierać. A śmierć przedwczesna nie ma żadnego sensu. Umieranie ludzi dlatego, że nikt nie chce im pomóc, nie ma żadnego sensu. Nie ma zgody na taką śmierć.
A jeśli ktoś mówi inaczej? To co my możemy mu powiedzieć?
Nie wiem, w jaki sposób to wytłumaczyć. Ale mam takie poczucie, że każdy doświadczył w życiu straty człowieka, którego kochał. I nawet jeśli nasza pomoc trafia do ludzi, których osobiście nie znamy, to czy zwalnia nas to z walki o to, by zapobiegać śmierci przychodzącej zbyt szybko?
Wyobraź sobie, że obok ciebie stoi człowiek. A potem nagle go nie ma. Nie ma tego człowieka w jednej sekundzie. I to nie powoduje w tobie poczucia straty? Że człowiek był i go nie ma? Nie masz poczucia, że to strata, nawet jeśli go nie znałeś?  Że jest śmierć, choć mogło jej nie być? Po prostu będziesz stał obok i nie zareagujesz?
Ja tego inaczej nie potrafię wytłumaczyć.
http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/artur-zmijewski-trzeba-zyc-a-nie-umierac-wywiad/5k0810