-
Obok ciebie stoi człowiek. A potem nagle go nie ma. Nie ma tego
człowieka w jednej sekundzie. I to nie powoduje w tobie poczucia
straty? Że człowiek był i go nie ma? Że jest śmierć, choć
mogło jej nie być? Ja tego inaczej nie potrafię wytłumaczyć –
mówi Artur Żmijewski, ambasador UNICEF Polska, w rozmowie z
Januszem Schwertnerem.
Akcja
UNICEF Polska w Mali miała miejsce na początku września.
Uczestniczyli w niej m.in. aktor Artur Żmijewski, fotograf Marcin
Suder i dziennikarz Onetu Janusz Schwertner. To rozmowa o beznadziei,
jaka panuje w Mali, ale także o sile i pragnieniach, jakie mają w
sobie jego mieszkańcy.
W
Mali tysiące dzieci umiera w pierwszych dniach po narodzinach.
Sytuacja jest dramatyczna, ale Ty możesz ją zmienić! Dołącz do
akcji ratowania życia dzieci i mam w Mali, wejdź na
stronę www.afryka.unicef.pl i
przekaż darowiznę. Uratuj dziecko w Afryce.
Wszystkie zdjęcia wykonał Marcin Suder.
Janusz
Schwertner: Pamiętasz ten dzień, gdy stwierdziłeś, że
chciałbyś spalić ubrania, które masz na sobie?
Artur
Żmijewski: Chwilę
wcześniej opuściliśmy sale operacyjne w jednym z ośrodków
zdrowia. Od razu przywołały mi na myśl to, co zobaczyłem lata
wcześniej w Etiopii. Jeden lekarz, kilka pielęgniarek. W
pomieszczeniach kartony z lekami i jakieś marne środki medyczne do
leczenia pacjentów. Po szpitalu biegały psy, wokół wisiały
pajęczyny, gdzieś leżał stary silnik, kawałek koca, trochę
łóżek. W Mali było podobnie: jakieś powywalane sprzęty, brudne
kartony, nagle jakiś zdezelowany motocykl. Tak, dobrze pamiętam ten
dzień i tamte słowa.
Miałem
wtedy podobne odczucia.
Dla
każdego człowieka, który świadomie myśli o higienie, to jest
dojmujące. Jak wchodzisz na blok operacyjny w cywilizowanym kraju,
to jest śluza i musisz przejść przez proces przebierania się,
mycia, wchodzenia w sterylne ciuchy. A w Mali czujesz ten brud, te
zarazki, bakterie, które wnikają w ciebie… Masz poczucie, że za
chwilę to cię zaatakuje gdzieś z zewnątrz. Poczucie opresyjności
jest przerażające. Trzeba było być tam na miejscu, żeby zdać
sobie sprawę, w jak koszmarnych warunkach można żyć. Inaczej
żaden ojciec, żadna matka, tego nie zrozumie.
W
Mali średnio co roku umiera sto tysięcy dzieci, wiele z nich już w
trakcie samego porodu. Gdy byliśmy w tym szpitalu, powiedziałeś,
że nikt nie chciałby tam operować nawet zwierzęcia.
Jak
sobie człowiek to wszystko uświadamia, to dopiero czuje, jak bardzo
naturalnym odruchem jest pomoc. Z jednej strony trafiają do nas te
przerażające statystyki, z drugiej – my przecież w Mali
codziennie rozmawialiśmy z konkretnymi ludźmi, z rodzinami, z
rodzicami. Sam szukałeś takich historii, które opowiadały o
poszczególnych dramatach. My chcemy, żeby tych dramatów było jak
najmniej.
Porozmawiajmy
o tych historiach. Mnie utkwiło w pamięci bardzo wiele obrazów.
Zaraz opowiemy trochę o tym, co spotyka kobiety, matki, które rodzą
w szpitalach, które przypominają rzeźnie. Ale perspektywa faceta
też nie jest łatwa. Pamiętam, że w jednym z ośrodków
widzieliśmy ojca, który z całych sił trzymał dziecko za rękę.
Nie wiadomo, czy ono przeżyło – chorowało na malarię, a lekarze
choć wiedzieli jak pomóc, nie mieli już na to środków.
Ktoś
mógłby pomyśleć, że przerażające statystyki śmiertelności
dzieci w Mali biorą się z jakiejś dużej epidemii, np. eboli, albo
z powodu rozprzestrzeniającego się AIDS. Ale to nie tak. Infekcje
dróg oddechowych, malaria, cholera, zapalenia… Choroby, które u
nas leczy się bardzo łatwo, tam sieją strach i odbierają życie.
Jeden
z lekarzy nam to powiedział: najgorzej jest patrzeć na śmierć,
która przychodzi z błahego powodu.
A
dla choroby nie ma granicy, której nie byłaby w stanie przekroczyć.
Wiesz, samo uświadomienie sobie, w jakiej sprawie my tam
pojechaliśmy, jest dojmujące. My tam byliśmy po to, by mniej
dzieci i kobiet umierało przy porodzie. Bo owszem, masywny krwotok
może spowodować śmierć, ale na Boga, nie tak często! Dla
Europejczyka dzień narodzin dziecka kojarzy się z radością.
Kobiety mogą bać się bólu i cierpienia, jakie towarzyszy w
trakcie porodu, ale nie powinny bać się śmierci!
Wejdź
na www.afryka.unicef.pl i
przekaż darowiznę. Pomóż mamom w Mali bezpiecznie rodzić swoje
dzieci - apeluje Artur Żmijewski, Ambasador Dobrej Woli UNICEF.
Wrócę
jeszcze do tego ojca, który w całej swojej miłości, ale i
bezsilności, towarzyszył swojemu dziecku. On miał tę okropną
świadomość, że wszyscy wokół wiedzą, jak pomóc, tylko że
nikt nie ma do tego narzędzi.
Ja
mam w głowie obraz chłopca z Etiopii, gdzie także byłem z misją
UNICEF-u. Chłopak miał dwanaście albo trzynaście lat, wyglądał
tak, jak na zdjęciach dzieci, które żyły w Auschwitz. Ten
dzieciak leżał na czymś, co miało być łóżkiem, na jakimś
starym zdezelowanym silniku. Ojciec trzymał go za rękę. Podszedłem
do lekarza zapytać, jakie są rokowania. "Proszę pana,
beznadziejne. Nie mamy tylko pewności, czy śmierć przyjdzie dziś,
czy jutro, czy za dwa dni. Ale z pewnością nie później".
Skala beznadziei jest ogromna.
Mówiłeś,
że ten chłopak w wieku trzynastu lat ważył tyle, co wówczas Twój
kilkuletni syn.
Tak,
to porażające, gdy sobie to uzmysłowisz. To wszystko kwestia
wyobraźni; nie zdajemy sobie sprawy z tego, w jak koszmarnych
warunkach żyją miliony ludzi na świecie
Wkurzenie
rośnie, gdy słyszy się o rzekomo gigantycznej skali nędzy w
Polsce?
Ja
powiem to wprost: te słowa, które gdzieś zawisły w przestrzeni
publicznej, były bezczelne. Po prostu bezczelne. Zresztą, ja to
sprawdziłem. W Sikasso ponad 84 procent osób żyje w nędzy,
poniżej granicy ubóstwa. W Polsce – w zależności od tego, jaki
miernik przyjąć – można mówić o 7,5-13 procentach. Proporcja
jest kompletnie odwrócona!
Obaj
dobrze wiemy, że ubóstwo w Polsce istnieje. Sęk w tym, że u
nas – i w całym cywilizowanym świecie – istnieją mechanizmy,
które są w stanie tej sytuacji, lepiej lub czasem niestety gorzej,
przeciwdziałać.
O
to właśnie mi chodzi. U nas ludzie mają się do kogo zwrócić o
pomoc, tam takiej możliwości nie ma. W tym sensie, ja zawsze
uważam, że to jest kwestia skali. Już po pobycie w Etiopii
uświadomiłem sobie pewne rzeczy. Jeśli tam umiera sto tysięcy
dzieci przez rok – to tak, jakby nagle wymarło całe Opole. Czy
jesteśmy w stanie sobie to wyobrazić? Nagle nie ma całego miasta.
Dla mnie to porażające.
Ja
widziałem w Polsce miejsca bardzo biedne, widziałem ludzi żyjących
w nędzy. Ale mówienie dziś o ogromnej skali beznadziei, to grube
nadużycie. I to chyba najbardziej delikatne słowo, jakiego można
użyć.
Wracam
myślami do tego, co widzieliśmy w Mali, w szpitalach, na oddziałach
położniczych i ginekologicznych. Tam ma się poczucie, że brakuje
wszystkiego.
Dramatycznie
to wygląda. Nie ma nic albo prawie nic. Postawy lekarzy nieraz są
heroiczne, bo od czasu do czasu udaje się kogoś wyleczyć, nawet
jeśli nie ma się do tego środków. Cóż, czasem podstawowe
narzędzia to wiedza, w jaką są wyposażeni ci medycy i para rąk.
Gdy się wie, jak prawidłowo wykonać ucisk, żeby zatamować
krwawienie jakiejś części ciała, to przy pomocy kawałka szmaty i
paska już można pomóc.
Trudno
jest wyobrazić sobie warunki, w jakich kobiety rodzą w Mali. W
jakich warunkach dzieci przychodzą na świat. Bo też trudno na
przykład wyobrazić sobie, żeby gdzieś u nas jakąkolwiek kobietę
spotkało to, co jedną z młodych dziewczyn, którą tam
spotkaliśmy. Przez trzy-cztery dni leżała bez żadnej pomocy, była
w stanie agonalnym i ktoś w końcu zawiózł ją do szpitala. Cud,
bo przez cesarkę dziecko przyszło na świat i było zdrowe. Tam
panuje całkowita beznadzieja. A skoro tak jest – to my chyba mamy
obowiązek ją zmniejszać.
Do
dziś dobrze pamiętamy historię małej Abimaty i jej matki, która
nie zdążyła przyjechać na czas do szpitala w Sikasso – jednej z
głównej miejscowości na południu Mali. Wieziona przez swojego
męża na motocyklu, po absurdalnie beznadziejnej drodze, zostawiała
za sobą ślady krwi. W nocy dostała silnego krwotoku, a gdy
dojechała do szpitala – po prostu wykrwawiła się na
śmierć.
Wcześniej
trafiła do lokalnego ośrodka zdrowia, skąd odesłano ją do
Sikasso. Podróżowanie po Mali można zrozumieć tylko, jeśli się
tam było. Pamiętasz, jak usłyszeliśmy, że przez ponad półtorej
godziny będziemy jechać 25 kilometrów? Nikomu z nas to nie
mieściło się głowie. Ale jeśli nie ma drogi, tylko jest jakiś
lej po potoku, który przyszedł po ostatniej ulewie, to jak
wyprzedzić śmierć?
Takie
historie były codziennością.
I
to się wydaje abstrakcyjne. W Polsce nawet w najbardziej odległych
miejscach, masz telefon komórkowy, często internet, sąsiadów –
a nawet jeśli nie, to masz klucze i samochód i w ciągu kilkunastu
minut jesteś gdzieś, gdzie można udzielić ci pomocy. A jeśli nie
możesz pojechać sam, to przyjedzie karetka. A zauważyłeś, ile
karetek stało w pobliżu szpitala w Sikasso?
Nie
widziałem żadnej.
Była
jedna, może jakaś druga była akurat gdzieś na trasie. I to
jest kolejny gigantyczny problem. A zauważyłeś, że w punkcie
medycznym mieli chłodnię do przechowywania leków? Ale nie mieli
prądu, który mógłby ją zasilać. A nawet jeśli chowali gdzieś
agregat prądotwórczy, to potrzebowaliby paliwa. Tylko że paliwo
sprzedawano tam w małych butelkach, wlewano wprost do baku tych
małych motorów czy samochodów, które podjeżdżały. Zakres
problemów jest ogromny i dotyczy wszystkiego. Strasznie chcemy z
UNICEFem to rozwiązywać. Dostarczać szczepionki, podstawowe leki,
żeby leczyć infekcje, choroby. Żeby pomagać im normalnie
przychodzić na świat. A wtedy Malijczycy będą mogli pracować nad
tym, by poprawić swoją sytuację. Załatwić agregat prądotwórczy,
prąd, jedzenie.
Artur
Żmijewski apeluje: Walczymy
o życie każdego dziecka i mamy w Mali, ale potrzebujemy Twojej
pomocy. Przekaż darowiznę na www.afryka.unicef.pl i
ocal dziecko. Wpłać teraz darowiznę online – to
zajmie Ci tylko kilka minut. Pamiętaj,
że działając z UNICEF masz pewność, że Twoja darowizna dotrze
do Mali. Zebrane na pomoc dla Afryki środki przeznaczone zostaną
między innymi na wyposażenie szpitali, zakup zestawów
dobezpiecznych
porodów, leków i opatrunków.
Twoja darowizna pozwoli na zakup inkubatorów, zestawów do
resuscytacji noworodków i szczepionek przeciwko tężcowi
noworodkowemu.
Historia
matki Abimaty, o której wspomnieliśmy przed chwilą, była tylko
jedną z wielu innych, podobnych do niej. Pamiętasz rozmowy z
członkami rodziny jednej z kobiet, która zginęła w drodze do
szpitala? Miała rodzić kolejny raz w życiu, planowała, że to
będzie jej ostatnie dziecko.
To
był absolutnie dramatyczny przypadek. Ta kobieta odchodząc
powiedziała jeszcze słowa, które chyba każdemu z nas zapadły w
pamięć. „Ja nie chcę już więcej rodzić”. Żeby wypowiedzieć
takie zdanie, trzeba być u kresu wytrzymałości. Nasza wyobraźnia
chyba nie jest w stanie tego przetrzymać, a wyobraźnia matki?
Takiej w Polsce, której narodziny dziecka kojarzą się z największą
radością? To nie mieści się w głowie. Dla tej kobiety poród
oznaczał tortury i cierpienie. Niestety, tego ostatniego porodu nie
przeżyła.
Rozmawiałem
długo z jej mężem. Z uporem powtarzał mi, że Bóg tak
zdecydował. Trudno było się z tym pogodzić; cieszyłem się na
myśl, że dzięki akcji UNICEF-u uda się Bogu trochę dopomóc.
Ja
wolałbym nie jeździć w takie miejsca i nie słuchać, że Bóg tak
chciał. Bo gdyby ona wcześniej trafiła do szpitala, to by
przeżyła.
Mówienie
o drogach w kontekście Mali i podróży, jakie muszą odbywać
tamtejsze kobiety, kojarzy się z koszmarem. U nas, w Polsce, to
problem komunikacyjny...
...a
tam sprawa życia i śmierci. Tak, tak to wygląda. I radzą sobie z
tym tak, jak mogą. Przypominasz sobie na przykład, jak oznakowują
niebezpieczne zdarzenia na drogach? Kładą gałęzie w odległości
kilkunastu metrów przed i za samochodem. Chciałbym, żebyśmy
zrozumieli, że ten ich koszmarny świat, jest także naszym światem.
Że ci ludzie są bardzo podobni do nas i są gdzieś bardzo blisko.
I dramatycznie potrzebują pomocy.
Jeśli
pokażemy im, że u nas świat wygląda lepiej, to oni będą do tego
dążyć. Mam takie poczucie, trochę egoistyczne: pomagając tym
ludziom, pomagamy też sobie. Jeżeli czynimy ten świat trochę
lepszym, to sprawiamy, że staje się on także lepszy i
bezpieczniejszy dla nas. Nie tylko w tej małej enklawie, jaką
jest Europa, ale także w Afryce czy na Bliskim Wschodzie, gdzie
ludzie zrozumieją, że nasza obecność jest nie po to, by znów ich
wykorzystać, lecz po to, by zrobić dla nich coś dobrego. Coś
konkretnego.
W
jednej z wiosek dość długo tłumaczyłeś plemiennej starszyźnie
istotę i ważność karmienia piersią. Pod koniec jeden z mężczyzn
podszedł do Ciebie i w imieniu całej społeczności obiecał, że
tamtejsze kobiety zaczną stosować tę metodę.
W
tej wiosce ludzie nie wiedzieli, że tak należy. Nie wiedzieli, że
karmienie piersią to jest podstawa, że każda matka chce to robić,
bo poza odczuciem bliskości, jest to po prostu wygodniejsze. Nie
mówiąc już o tym, jak duże znaczenie ma karmienie piersią w
pierwszej fazie rozwoju dziecka. To też pokazuje, o jakiej skali
beznadziei my mówimy. A równocześnie – daje nam pewność, że
możemy z nią walczyć. My w tej wiosce zostawiliśmy kawałek
nadziei. Od teraz dzieci będą tam zdrowsze, bo będą karmione
piersią.
No
tak, starszyzna obiecała to ambasadorowi UNICEF-u.
Mnie
to wtedy naprawdę bardzo ucieszyło. Bo poza wszystkim, to dowód,
że bycie ambasadorem nie oznacza czegoś płytkiego i celebryckiego,
tylko to jest pewien rodzaj zobowiązania. Ci ludzie traktują tę
funkcję jako taką, którą należy szanować. To nie zmienia nic w
tym sensie, że czuję się nagle kimś piekielnie ważnym; ale ważne
jest to, jak oni się odnoszą do tej potencjalnej pomocy. Oni nas
traktują poważnie, dlatego my też tak powinniśmy ich traktować.
Nie powinniśmy mówić o nich jak o ludziach gorszego sortu,
bo nie mamy do tego prawa.
Jednego
dnia kilka godzin spędziliśmy w szkole. Byłem pod wrażeniem
mądrości dzieci, z którymi mieliśmy okazję porozmawiać.
Tak,
pytaliśmy je o to, jak widzą swoją przyszłość. Nie miały
jakichś wielkich wymagań.
No,
poza częścią chłopaków, którzy chcieli zostać Lewandowskimi.
Tak,
to był kolejny dowód na to, jaki świat jest mały. Ale zazwyczaj
te ich marzenia były bardzo niewielkie. Ktoś chciał być
nauczycielem, ktoś lekarzem. Bo oni w o ogóle chcą być kimś. A
jeżeli znikąd nie nadejdzie pomoc, to nie dostaną tej szansy. Nie
uda się im wyedukować na tyle, żeby zostać budowniczymi, żeby
budować drogi czy kanalizację.
Nauczyciele,
z którymi spędziłem dłuższą chwilę, nazwali się "nosicielami
marzeń". Mówili, że to gigantyczna radość zobaczyć jednego
ze swoich uczniów po latach w telewizji – na przykład w roli
medycznego eksperta. Takie przypadki im się zdarzały, choć więcej
nasuwało im się dramatycznych wspomnień. Ale mnie uderzyło coś
innego: jak ich zapytałem, czego pilnie potrzebują, to nie mówili
o jakichś wielkich rzeczach. Nie skarżyli się. Odpowiedzieli, że
byliby bardzo wdzięczni za wybudowanie nowej salki.
Tak,
bo tam na 1500 uczniów przypadały dwie sale lekcyjne. Ponad setka
chodziła na jedne zajęcia. Czasem rozmawiam z kolegami i oni się
skarżą, że ich dzieci muszą chodzić do klasy, gdzie jest
trzydzieści osób. I pytam się ich, co wy wiecie o problemach
szkolnictwa? Owszem, to jest nieprawidłowe. Ale tam to jest
nieprawidłowe jeszcze bardziej. Czyli co, mamy to zostawić i zająć
się tylko sobą? Czy wiedząc, jak wygląda tamten świat, mamy
zostawić te dzieci, a nasze samopoczucie będzie lepsze? U nas
będzie dwudziestu ośmiu zamiast trzydziestu dwóch uczniów i nagle
poczujemy się lepiej?
Też
tak pozytywnie wspominasz te dzieciaki, jak ja?
Były
świetne. Grzeczne, mądre, doskonale pracowały z nauczycielem. To
po raz kolejny potwierdza to, co myślę tych ludziach, których tam
spotkaliśmy: oni nie mają innych potrzeb niż my. Są tacy sami. Z
tą różnicą, że my pragnień mamy więcej i te nasze są bez
sensu; bo pędzimy w miejsca, które są nam kompletnie do szczęścia
niepotrzebne.
Z
tej szkoły pamiętam też dziewczynkę, która wybiegła z sali
lekcyjnej. Zwróciła naszą uwagę, bo wyróżniała się czerwonymi
włosami. Zapatrzyłem się na nią. Dopiero później się
dowiedziałem, że barwa jej włosów świadczy o skrajnym
niedożywieniu. Spośród innych wyróżniała się tym, że
najdłużej nie jadła. Ty myślisz czasem o tych ludziach, których
spotykasz na misjach? Wracasz do nich wspomnieniami?
Ja
zastanawiam się, jak tym ludziom się wiedzie. Na przykład czy
Abimata jeszcze żyje? Pamiętam, że jak rozmawialiśmy z
fantastyczną pracownicą UNICEF-u, panią Miriam, to powiedziała,
że niestety szanse na jej przeżycie są małe. A ja przypominam
sobie te wielkie oczy tego dzieciątka. Wiele momentów do mnie
wraca. Pamiętasz „Big Mamę” – kobietę, która karmiła
dzieci w jednej z wiosek? Ale najczęściej wracają te myśli
przygnębiające, te beznadziejne szpitale. Dla nas to jest nie do
wyobrażenia. I przychodzi nieraz taka myśl do głowy, że my
jesteśmy strasznie rozpuszczeni przez życie. I ogromnie
uprzywilejowani. Żyjemy w zupełnie abstrakcyjnym świecie.
A
gdy słyszysz takie wypowiedzi jak ta jednego z ordynatorów oddziału
położniczo-ginekologicznego we Wrocławiu – że kobiety w Polsce
rodzą w skandalicznych warunkach – to jesteś po prostu zmęczony?
Nie,
ja nie czuję się zmęczony, ja słysząc takie słowa czuję
obrzydzenie. Dlatego że ja widziałem, jak wygląda rodzenie dzieci
w nieludzkich warunkach. I tego typu wypowiedzi – jeśli je się
zestawi z możliwościami polskiej służby zdrowia – są nie do
przyjęcia. Chciałbym powiedzieć, że to jest nadużycie, ale to
zwyczajne obrzydlistwo.
Trudniej
Ci się rozmawia z ludźmi po tych powrotach? Po powrocie z Mali?
Nigdy
nie określałem tego w ten sposób, ale być może tak jest. Mam
często poczucie, że ludzie próbują spłycać pewne rzeczy,
których ja spłycać nie chcę, bo moja świadomość jest
kompletnie inna po takiej podróży. Często jeździ się w nawet
najbardziej odległe miejsca, ale nie widzi się prawdziwego świata.
Bo pojechało się do hotelu, popływać w ciepłej wodzie, poopalać.
A my tam w Mali widzieliśmy świat zupełnie przerażający. Z tej
perspektywy powrót do domu, do realności, codzienności, jest
rzeczywiście trudny.
I
tak, być może teraz sobie to uświadomiłem, trudniej rozmawia się
wtedy z ludźmi. Wracasz do domu, a tu nagle wszystko toczy się
zupełnie innym trybem niż to, co działo się przed chwilą. Jest
taki rodzaj niezgody w Tobie, który popycha wielu ludzi, by zmieniać
świat. Choćby Marcina Sudera, który był z nami w Mali. Gdyby nie
jego bunt, świadomość, że swoimi zdjęciami z Afryki, z Bliskiego
Wschodu, może zrobić coś dobrego, to z pewnością nie decydowałby
się na powrót do tamtego świata.
Marcinowi
pokazałem list od jednej z czytelniczek, który przyszedł do nas po
publikacji reportażu z Mali. Napisała, że pod wpływem jego
zdjęcia, byłaby skłonna choćby i adoptować Abimatę. Dla Marcina
była to duża sprawa, dowód, że jego praca ma sens.
Nie
dziwię się.
A
Tobie – co daje największą satysfakcję?
Trudno
to określić.
To
brzmi, jakby ta Afryka, podróżowanie tam z UNICEF-em, było
naturalnym odruchem.
Tak,
ja tak to traktuję. Bo co innego? Na pewno poczucie obowiązku,
które masz, gdy już wiążesz się z taką organizacją jak UNICEF.
Podjąłeś się, wziąłeś odpowiedzialność, więc się nie
zatrzymuj w połowie drogi. Przecież gdybym się nagle wycofał, to
sprzeniewierzyłbym się wszystkiemu, o czym przed chwilą
opowiadałem. Te wyjazdy się traktuje naturalnie, rozmawiam później
o nich w domu, z rodziną, przyjaciółmi. Pytają czasem, czy się
nie boję. Ale czy ja się mogę bać? Nie bardzo. Poza tym, głęboko
wierzę, że mój strach ściąga reakcję niewspółmierną; to by
mnie paraliżowało, nie mógłbym wejść w te miejsca, w których
muszę być. Nie mógłbym później o tym wszystkim opowiadać.
Często
powtarzasz, że jako ambasador, jesteś sercem i umysłem wszystkich
tych, którym później opowiadasz o tragedii, jaka spotyka ludzi
gdzieś pozornie daleko od nas.
Tak.
Bo jeżeli ja będę w stanie uświadomić każdemu, że ci ludzie
mają te same potrzeby, że są tacy sami jak my, choć mają inny
kolor skóry, inaczej wyglądające oczy i są może trochę wyżsi
albo niżsi, to może wszyscy zrozumiemy, ze bezwzględnie trzeba
pomagać. Że trzeba uratować każdego człowieka, którego się da.
Żeby dziecko nie traciło matki, matka nie żyła z poczuciem straty
albo żeby jakiś facet nie żył ze świadomością, że odeszła
jego córka i żona.
Trzeba
żyć, a nie umierać. A śmierć przedwczesna nie ma żadnego sensu.
Umieranie ludzi dlatego, że nikt nie chce im pomóc, nie ma żadnego
sensu. Nie ma zgody na taką śmierć.
A
jeśli ktoś mówi inaczej? To co my możemy mu powiedzieć?
Nie
wiem, w jaki sposób to wytłumaczyć. Ale mam takie poczucie, że
każdy doświadczył w życiu straty człowieka, którego kochał. I
nawet jeśli nasza pomoc trafia do ludzi, których osobiście nie
znamy, to czy zwalnia nas to z walki o to, by zapobiegać śmierci
przychodzącej zbyt szybko?
Wyobraź
sobie, że obok ciebie stoi człowiek. A potem nagle go nie ma. Nie
ma tego człowieka w jednej sekundzie. I to nie powoduje w tobie
poczucia straty? Że człowiek był i go nie ma? Nie masz poczucia,
że to strata, nawet jeśli go nie znałeś? Że jest śmierć,
choć mogło jej nie być? Po prostu będziesz stał obok i nie
zareagujesz?
Ja
tego inaczej nie potrafię wytłumaczyć.
http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/artur-zmijewski-trzeba-zyc-a-nie-umierac-wywiad/5k0810






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz