piątek, 18 grudnia 2015

Z wizytą w Centralnym Ośrodku Zdrowia w Sikasso


© UNICEF/Suder

Konstytucja Mali gwarantuje każdemu obywatelowi dostęp do opieki medycznej. Jak to wygląda w rzeczywistości? We wrześniu tego roku wspólnie z Ambasadorem Dobrej Woli, Arturem Żmijewskim, odwiedziliśmy Centralny Ośrodek Zdrowia w Sikasso, dużym mieście na południu kraju. To placówka, do której trafiają pacjenci z całego regionu.

Mimo ogromnego zaangażowania lekarzy, pielęgniarek i położnych sytuacja na oddziałach położniczym i pediatrycznym jest bardzo trudna.

Dr Poma Hachimi, lekarz pediatra, jasno określa potrzeby placówki: nie mamy oddziału intensywnej terapii ani sprzętu reanimacyjnego. Noworodki, które wymagają pilnej pomocy, w tym podania tlenu, wysyłamy do szpitala. Nie dysponujemy odpowiednim sprzętem, aby je tutaj przyjąć – przyznaje lekarz i pokazuje nam urządzenie do ogrzewania wcześniaków, które sam skonstruował. Na drewnianej poprzecznej belce wiszą na kablach 4 żarówki. Pod nimi mały materacyk. Mamy łzy w oczach.


© UNICEF/Suder

 O potrzebach swojego szpitala dr Hachimi opowiada z dużą precyzją – Pilnie potrzebujemy sprzętu do reanimacji noworodków i dzieci starszych. Niezbędne są inkubatory, lampy i stoły do reanimacji, a także łóżeczka dla małych pacjentów. W salach brakuje materaców i łóżek, dlatego nie możemy przyjąć wszystkich chorych. Nie mamy butli z tlenem, a przecież są one niezbędne przy ratowaniu życia dzieci w ciężkim stanie. Brak tlenu zmusza nas do odsyłania pacjentów – tłumaczy dr Hachimi.
Zdjęcia, które zrobiliśmy w ośrodku mówią same za siebie. Dzięki wsparciu UNICEF wiele zmieniło się na lepsze, ale nadal potrzebujemy pomocy, mówi dr Hachimi.

© UNICEF/Suder

© UNICEF/Suder

© UNICEF/Suder

© UNICEF/Suder

© UNICEF/Suder

Artur Żmijewski komentuje – Żadna Polka nie chciałaby rodzić w takich warunkach. I apeluje do Darczyńców UNICEF – Jeszcze niedawno to my, Polacy, otrzymywaliśmy pomoc z UNICEF. Pamiętajmy o tym. Pomóżmy matkom w Mali bezpiecznie rodzić swoje dzieci!

Pomóc może każdy z nas. Wystarczy wejść na stronę unicef.pl/afryka i przekazać darowiznę.

Środki zebrane w ramach tej kampanii przeznaczymy na sprzęt dla położnych, które odwiedzają matki rodzące w domach, leki, szczepionki oraz wyposażenie ośrodków zdrowia w aparaturę medyczną, która posłuży do ratowania życia dzieci w Mali (m. in. inkubatory, resuscytatory).


www.unicef.pl

czwartek, 10 grudnia 2015

Doktor Burski w sutannie

Artur Żmijewski znany jest widzom głównie jako doktor Burski w serialu "Na dobre i na złe". Już niedługo jednak będą oni musieli przyzwyczaić się do jego nowego wizerunku. Zamiast w lekarskim kitlu zobaczymy go bowiem na ekranie w... sutannie. Niedawno spotkaliśmy aktora na planie nowego serialu "Ojciec Mateusz", gdzie wciela się w tytułową postać księdza detektywa.

Jak pan się czuje w sutannie? Podobno mundur kształtuje człowieka?

Dobrze, nie sprawia mi to wielkiego kłopotu. Nie mam wrażenia, że jestem w nim zamknięty i ograniczony.

Czego możemy się spodziewać po "Ojcu Mateuszu"? Słyszałem, że choć jest to licencyjna wersja kręcona na podstawie włoskiego pierwowzoru "Don Mateo", to została ona przystosowana do polskich warunków. Czym wasza opowieść będzie się różniła od oryginału?

Cóż więcej mogę odpowiedzieć na to pytanie? Czym nasz serial będzie się różnił od oryginału, widzowie zobaczą dopiero, kiedy będzie gotowy i pojawi się na ekranie. Na razie sami troszeczkę eksperymentujemy, mamy pewne założenia, ale wolałbym o tym nie opowiadać. Lepiej to samemu ocenić. Na pewno nie będzie to kalka serialu włoskiego. U nas są inne postacie i inne wątki, a scenariusz nie jest spisany jeden do jednego z tamtego serialu i tak sfilmowany.

Czy będzie to poważny serial kryminalny z pościgami i strzelaninami, czy raczej pogodna opowieść detektywistyczna z elementami komediowymi?

To nie jest poważna opowieść kryminalna. Nie ma tego we włoskiej wersji, nie będzie też i w polskiej. To nie jest kino sensacyjne i nigdy nie było to naszym założeniem.

Kim jest tytułowy ojciec Mateusz?

Na pewno będzie to ksiądz nieszablonowy. Nie będziemy tu mocno eksploatowali sfery duszpasterskiej, wręcz przeciwnie. Na pierwszym planie będzie wątek detektywistyczny i jego pasja do rozwiązywania zagadek kryminalnych. To będzie taki detektyw w sutannie, umysł analityczny z dość dużą energią życiową. Chciałbym, żeby ojciec Mateusz miał w sobie dobrą energię w stosunku do innych ludzi, z którymi się styka i dawał widzom dobry przekaz energetyczny. Myślę, że cały serial będzie miał w sobie pozytywną energię, na to liczymy. A on, no cóż, ma być energiczny i nietypowy.

Jakim sprawom będzie stawił czoła ojciec Mateusz?

Będą to sprawy czysto kryminalne i z kościołem nie będą miały nic wspólnego. Mogę tylko powiedzieć, że będzie się zajmował sprawami ciekawymi. Wątek kościelny będzie się pojawiał tylko dlatego, że mój bohater jest księdzem.

Wszystkie sprawy kryminalne będzie pan rozwiązywał sam, czy będzie pan miał jakiego� pomocnika?

Jak na razie ksiądz Mateusz najchętniej kontaktuje się z aspirantem Noculem, którego gra Michał Piela. Trudno go jednak nazwać prawą ręką ojca Mateusza. To raczej mój bohater naprowadza go na pewne wątki, które powinny być wzięte pod uwagę w śledztwie. A on wprowadza w życie jego rady.

Rozumiem, że ojciec Mateusz będzie nieco w cieniu, a cały splendor spadnie na policję?

Ojciec Mateusz będzie osobą, która pomaga aspirantowi Noculowi w otwieraniu nowych wątków. Mój bohater nie będzie prowadził śledztw na własną rękę tylko po to, aby na koniec poinformować o ich wynikach policję, ale będzie naprowadzał go na pewne tropy i ślady.

Wzorował się pan na włoskim pierwowzorze?

Widziałem kilka oryginalnych odcinków, ale nie zamierzam się na tej wersji wzorować. Chcemy, żeby nasz serial różnił się od oryginału możliwie najpiękniej.

Spotykamy się w Sandomierzu. Czy akcja całego serialu będzie się toczyła tutaj?

Tak, cała opowieść osadzona jest w Sandomierzu i tu będziemy kręcili plenery. Chcemy, aby to piękne miasto nadało naszemu filmowi specyficzną atmosferę. Oczywiście z technicznego punktu widzenia ciężko tu kręcić wszystkie sceny, bo nie da się przez kilka miesięcy utrzymać całej produkcji i aktorów z dala od ich miejsc zamieszkania i teatrów, w których na co dzień pracują. Ja też od września będę zajęty w Teatrze Narodowym i trudno, żebym codziennie wyjeżdżał dwieście kilometrów od domu. Dlatego wnętrza - plebania, kościół i komisariat będą w Warszawie lub gdzieś w okolicach.

Jak się panu podoba miasto? Miał pan już okazję, żeby je zwiedzić?

Bardzo mi się podoba, choć oglądam je głównie podczas kręcenia zdjęć, bo nie mam czasu na spacery. Pracę zaczynamy wcześnie rano, a kończymy wieczorem. Byłem tu już wiele lat temu i bardzo mi się podobało, ale różnica między tym, co było kiedyś, a teraz jest ogromna. Teraz miasto jest odremontowane i dużo ładniejsze. Ma też tę zaletę, że nie ma tu wielu turystów i czuje się powietrze...

Jak mieszkańcy reagują na pana widok w sutannie?

Zdziwieniem, ale jest to raczej pozytywne zaskoczenie.

A pan nie zdziwił się, kiedy dostał tę propozycję?

Jestem aktorem i grywam różne role, raz księży, raz policjantów, raz złodziei, a innym razem lekarzy. Nigdy nie ukrywałem, że w mojej pracy interesuje mnie zmienność i nie chcę się przywiązywać do jednego wizerunku. I mam nadzieję, że tak się nie stanie.

Do tej pory kojarzył się pan z postacią lekarza, doktora Burskiego z "Na dobre i na złe". Zastanawiał się pan, jak widzowie będą reagowali na rolę ojca Mateusza?

Nie wiem jak zareagują. Chciałbym stworzyć postać wiarygodną, która zapisze się w pamięci widzów w fajny sposób. Po to, to robię.

Nie boi się pan zaszufladkowania?

A dlaczego miałbym się bać? Rola księdza jest jak każda inna, przynajmniej ja jš tak traktuję. Gdyby mi miała zamknąć drogę do dalszej pracy, to dziwnie bym się czuł. Moi koledzy też grali księży, Piotr Adamczyk wcielił się nawet w papieża, nie przeszkadza mu to jednak w graniu innych ról i to z dużym sukcesem. Niedawno mogliśmy go podziwiać nawet w lekkiej komedii romantycznej "Nie kłam kochanie". I dał radę. Nie mam poczucia misji w moim zawodzie. Wiem, że muszę swoją pracę wykonywać na tyle rzetelnie, żeby dać ludziom wiarygodny produkt. Nie zamierzam też ewangelizować widowni. To nie mój cel.

Serial jest osadzony w kościele, bo jego bohaterem jest ksiądz, ale nie na tym się skupiamy. Pokazujemy fajne historie, które powinny widzom dać trochę do myślenia. Każdy odcinek to zamknięta historia, w której zawarty jest pewien ładunek emocjonalny i morał.

Czy konsultował się pan z kimś w sprawach kościelnych?

Dotychczas nie było takiej potrzeby.

Lubi pan zagadki kryminalne?

Lubię i jak jest taka okazja to oglądam filmy kryminalne. Ale nie jestem pasjonatem tylko takiego kina, po prostu lubię oglądać dobre filmy, zarówno kryminalne, obyczajowe jak i melodramaty. Gatunek nie ma dla mnie większego znaczenia. Uważam, że kino jest po to, aby dawać ludziom to, co lubią oglądać, Ono ma być dla nich rozrywkę i rodzajem zabawy, która daje trochę do myślenia.


Będzie pan miał czas na wakacje?

Cały czas jestem w pracy. O ile pogoda będzie nam sprzyjać zdjęcia do serialu potrwają cztery miesiące. Na razie kręcimy trzynaście odcinków, a co będzie dalej, to się okaże. Nie wiem, jakie będš dalsze losy tego serialu i nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

http://film.wp.pl/

środa, 12 sierpnia 2015

Artur Żmijewski: Bohaterowie są z krwi i kości


- Co Cię tak zainteresowało w scenariuszu, że postanowiłeś zagrać Pawła Sikorę?

A.Ż.: Już zanim dostałem scenariusz do ręki wiedziałem, że serial „Odwróceni” jest oparty na dokumentalnym „Alfabecie Mafii’. To oznaczało, że ta historia ma szansę być prawdziwa. Scenariusz okazał się naprawdę ciekawy i gęsty. To mi się w tym tekście od samego początku bardzo podobało. Bohaterowie są z krwi i kości. Mają swoje problemy, tajemnice, mają tę głębię. Ich filmowe życie wciąga. To oczywiście daje aktorowi szansę do pracy, do takiego zawodowego kombinowania. 

- Od początku chciałeś zagrać tę postać, czy „przymierzałeś” się także do innych?

A.Ż.: Poszedłem na próby z przekonaniem, że chcę się wcielić właśnie w tę postać. Był taki moment, kiedy ważyło się, kto tę rolę ostatecznie zagra. Ja też zacząłem mieć wątpliwości, ale na szczęście zostały one szybko rozwiane. Ja tę postać naprawdę bardzo polubiłem. Powiem szczerze, że ona mi bardzo pasuje. Sikora jest we mnie bardzo mocno osadzony. Myślę nawet, że podobnie jak ja jest zodiakalnym baranem. Lubię go za to, że jest człowiekiem niejednoznacznym, takim ostatnim sprawiedliwym. On ma kręgosłup moralny, jasne zasady, którymi kieruje się w życiu. To jest oczywiście przyjaźń, to jest sprawiedliwość - takie wyświechtane pojęcia, które dzisiaj nie są specjalnie w modzie. On w ogóle nawet z wyglądu nie przystaje do dzisiejszych czasów. Jeździ starą skodą fabią, nie ugania się za pieniędzmi. Dla walki z bandytami poświęca w pewien sposób swoje życie osobiste. To facet po przejściach, doświadczony przez życie. Niczego nie udaje i to podoba mi się najbardziej w tej postaci. 

- Czy pojedynek między Blachą a Sikorą będzie atrakcyjny dla widzów? 

A.Ż.: Pojedynek między Sikora i Blachą to kluczowa sprawa dla całego serialu, bez niego nie byłoby całej tej historii. Ich relacja opiera się na nieustannym balansowaniu. Nigdy do końca nie wiadomo, który z nich ma przewagę. Cały czas jest między nimi napięcie. Nawet jeśli dochodzi między nimi do jakiegoś porozumienia - co jest naturalne, gdy ludzie spędzają ze sobą czas, współpracują - to napięcie cały czas jest obecne. Trzeba sobie uświadomić, że podobnie jak Blacha nie może zostać zdemaskowany w Pruszkowie, tak Sikora też nie może wyłożyć wszystkich swoich kart na stół. I też nie wszyscy w policji muszą o tym wiedzieć. Dlatego oni nie mówią sobie wszystkiego. Ciągle starają się uzyskać przewagę... 

-Ta walka dotyczy tylko Sikory i Blachy? 

A.Ż.: W pewnym sensie jest to pojedynek aktorski nas wszystkich, bo tak są napisane te postaci - jesteśmy rozstawieni po różnych stronach barykady. Ale atmosfera na planie jest zupełnie inna – jest pełna współpraca, porozumienie. Natomiast zawodowo, gdyby tego nieustannego pojedynku nie było, to wszystko byłoby letnie, a to się musi, po prostu musi gotować. 

-A jaki jest ten mafijny, filmowy Pruszków? Czy taki, jak czytaliśmy o nim w gazetach? Czy zupełnie inny? 

A.Ż.: Powiem tak - trudno jest mi ocenić rzeczywisty Pruszków i odróżnić go od filmowego. Na pewno mogę powiedzieć, że ten nasz filmowy jest niezwykle różnorodny i barwny, jeśli chodzi o plejadę postaci i typy charakterologiczne. Każda z tych postaci jest inna i to nie tylko w sensie psychiki. Bohaterowie różnią się bardzo fizycznie. Na tym polega też smak i atrakcyjność całej tej historii. Ci groźni ludzie wyglądają momentami zupełnie śmiesznie. To jest zupełnie świeże spojrzenie na polskich gangsterów. 

http://film.wp.pl/

środa, 8 lipca 2015

Artur Żmijewski laureatem nagrody festiwalu Orange Kino Letnie Sopot-Zakopane 2015

fot. Agencja Zoom

UNICEF Polska składa serdeczne gratulacje Arturowi Żmijewskiemu, który 4 lipca odebrał nagrodę Diamentowego Klapsa Filmowego. Gala miała miejsce w Sopocie, podczas 8. edycji festiwalu Orange Kino Letnie. Nagroda przyznawana jest aktorce lub aktorowi za osobowość wnoszącą do kina wiele emocji i pozytywnej energii.
Taką osobą jest właśnie Artur Żmijewski - Wszechstronny aktor, który stworzył kilkadziesiąt niezapomnianych ról kinowych, telewizyjnych oraz teatralnych, reżyser oraz przede wszystkim wspaniały człowiek, Ambasador Dobrej Woli UNICEF,powiedział Paweł Adamski, Prezes Outdoor Cinema, organizator festiwalu.
Aktor od lat kreuje postacie w ulubionych filmach, serialach oraz spektaklach teatralnych, wnosząc na ekran i scenę wyjątkowe emocje oraz dostarczając publiczności niepowtarzalnych przeżyć filmowych. Tym samym Diamentowy Klaps Filmowy dołączył do kilkudziesięciu nagród, którymi dotychczas wyróżniona została twórczość aktora.
Festiwal, na którym się znajdujemy jest dla mnie szczególny. Zawsze marzyłem, będąc bardzo młodym, żeby na wielkim ekranie, pod gołym niebem oglądać projekcje filmowe. Dzisiaj mam poczucie, że marzenia mogą się spełnić. Dziękuję, że tak tłumnie przybyliście i gratuluję Wam tego wyboru na fantastyczne spotkania z wielkim kinem,mówił Artur Żmijewski odbierając nagrodę z rąk Katarzyny Figury i Borysa Szyca.
Jesteśmy dumni, że Artur Żmijewski współpracuje z UNICEF. Od samego początku swoją pracę na rzecz dzieci traktuje bardzo poważnie i jest zawsze rzetelnie przygotowany.Był z nami w Afryce i na własne oczy widział, jak UNICEF pomaga dzieciom. Dzięki jego zaangażowaniu UNICEF Polska zebrał fundusze m.in. na wyposażenie aż dziesięciu ośrodków dożywiania dzieci w Etiopii,powiedział Marek Krupiński, Dyrektor Generalny UNICEF Polska.
Artur Żmijewski od 2007 r. pełni funkcję Ambasadora Dobrej Woli UNICEF. Propaguje przestrzeganie praw dziecka i aktywnie wspiera programy UNICEF. W 2008 r. zdecydował się przyłączyć do Małgorzaty Foremniak, aby razem apelować o pomoc dla najmłodszych dzieci w Demokratycznej Republice Konga. W 2014 r. wsparł kampanię UNICEF na rzecz niedożywionych dzieci w Sudanie Południowym.


www.unicef.pl

wtorek, 27 stycznia 2015

Artur Żmijewski jako Paddington


Nowe wcielenie Artura Żmijewskiego - najsłynniejszy brytyjski miś – Paddington. Od stycznia na ekranach kin jego głos bawi nas i wzrusza. Ile w nim samym jest z misia oraz dlaczego nie cierpi się spieszyć, opowiada Hance Halek.

Kiedy spotkał się pan z Misiem Paddingtonem po raz pierwszy w życiu?

Nie tak dawno. Proszę pamiętać, że przyszedłem na świat w głęboko siermiężnej komunie i nie miałem żadnych szans nawet na zobaczenie książki z Paddingtonem. To były czasy „Wilka i Zająca”, „Rozbójnika Rumcajsa”, „Bolka i Lolka”.

Kto robił na panu największe wrażenie?
Chyba Bolek i Lolek jako tandem, najmniej lubiłem moment, gdy pojawiała się Tola – wtedy nieważna była już przygoda jako taka, bo punkt ciężkości przenosił się na rywalizację pomiędzy dwoma chłopakami na temat jednej dziewczyny… Z Paddingtonem natomiast zakolegowałem się niedawno, dając mu głos, i żałuję, że nie znałem go w dzieciństwie, na pewno byłaby to jedna z moich ulubionych postaci.
Dlaczego?
On jest prawdziwy, nawet jeśli robi rzeczy straszne. Jest wyrwany z peruwiańskiej dżungli i nagle włożony do świata, w którym co prawda zna język, ale – jak się okazuje – to zbyt mało. Miś, owszem, dogaduje się z ludźmi, jednak zupełnie nie rozumie ich zachowań. Dżungla miejska jest bowiem kompletnie inna niż ta peruwiańska i trudno te dwa światy na siebie przełożyć. Sam doświadczam czasem podobnych stanów, gdy np. wyjeżdżam na urlop i wchodzę w jego rytm. Przez pierwsze parę dni chodzę, czasem bez sensu, z miejsca na miejsce, po tygodniu zaczynam się uspokajać, a po kolejnych kilku dniach mogę zacząć odpoczywać.
Ma pan e-maila?
Tak, choć długo się broniłem.

Konto na Facebooku?
Przed tym będę się bronił do końca życia, bo uważam, że niezależnie od zapędów tabloidalnych, które nas dziś dotykają, każdy powinien mieć swój fragment prywatności. Nie czuję potrzeby dzielenia się z całym światem tym, że właśnie teraz rozmawiamy, co mamy na talerzach, jak jesteśmy ubrani i czy nas to zadowala. To nasza sprawa. Kogo w Berlinie czy Lublinie może obchodzić, co ja teraz robię?

Myślę, że, niestety, wiele osób.
Może tak, ale mówię tu o swoim myśleniu. Są rzeczy, którymi dzielę się tylko z najbliższymi i tymi, z którymi mam interes się dzielić. Dlatego ani Facebook, ani Twitter, ani też konto na Instagramie mnie nie interesują. Nie chcę iść za tępym odruchem społecznym i całym tym pośpiechem, bo już wiem, że nie ma takiego samolotu, na który nie można się nie spóźnić. Pamiętam, jak z Janem Englertem siedzieliśmy na lotnisku w Warszawie, czekając na odlot do Wrocławia, wiedząc, że nie odlecimy na czas ani o siódmej, o dziewiątej też nie. O dziesiątej, kiedy powinniśmy już być w charakteryzatorni we Wrocławiu, producent oświadczył: „bierzcie taksówkę”. I co? Zdjęcia się odbyły. Nie zapomnę też, jak faszerowałem się olbrzymią ilością leków przeciwgorączkowych i byłem wieziony przez mojego teścia do Teatru Narodowego, gdzie odgrywałem swoją rolę w „Kartotece”, a potem w charakterze zwłok wracałem do domu. Ale parę lat później, gdy nie byłem nawet w stanie wstać z łóżka, przedstawienia zostały odwołane i świat się nie zawalił. Tak, zdecydowanie nie cierpię presji, pośpiechu, SMS-ów wysyłanych hurtem z jednego kliknięcia do wszystkich, w dodatku jeszcze ściągniętych z Internetu z jakąś okropną choinką. Byle szybciej.

A nie korci pana, żeby czasem takiej osobie odpisać… „spadaj”?

(śmiech) Chciała pani powiedzieć po prostu „spierdalaj”? Tak… Korci mnie, nóż mi się w kieszeni otwiera, ale… jestem dobrze wychowany, więc i tak każdemu odpisuję bardzo osobiście (śmiech). Czasem też oddzwaniam do osób, które uporczywie usiłują prowadzić ze mną SMS-ową rozmowę, bo wychodzę z założenia, że skoro mają czas, by się rozpisywać, to równie dobrze możemy pogadać, tym bardziej że SMS-y to często skróty bez interpunkcji, a ja zgadzam się z profesorem Bralczykem, że to nie jest bez znaczenia, czy robi się komuś laskę czy łaskę. Uważam, że SMS-y powinny spełniać funkcję czysto informacyjną w sytuacji, gdy naprawdę nie ma czasu. W każdej innej wolę kontakt bezpośredni. Prawdziwy.

Czy to łączy pana z Paddingtonem?
Tak. On jest prostolinijny i ma przejrzysty system wartości. Białe–czarne, dobre–złe. Jest tak zdrowo naiwny, i to jest jego wielka zaleta. Każdy z nas powinien taki być.

Ale to bywa niebezpieczne, przecież pan wie.
Bo można wtedy dostać zdrowo po dupie? Wiem, ale wciąż wierzę, że nawet w takim świecie, w jakim żyjemy, można spotkać tak samo zdrowo naiwnych i stworzyć grupę. Ja taką mam. Wiem, że nie każdemu muszę się podobać i nie z każdym lubić, w związku z tym otaczam się ludźmi, z którymi jest mi dobrze być. Zresztą ja zawsze byłem niby w środku, ale trochę z boku. Na studiach zamiast mieszkać z kolegami w akademiku, wracałem codziennie do domu, do swojego świata. Bo jak mówi Paddington: „Po co mamy jechać do Londynu, skoro żyjemy w najpiękniejszym miejscu na świecie?”. I ma rację, ponieważ jeżeli człowiek ma zdrowie, fajną robotę, świetną rodzinę – to może być szczęśliwy wszędzie, i na Hawajach, i w Pcimiu Dolnym. Dziś jednak, jak widzę, się gna, się goni, się pędzi, żeby szybciej, niby lepiej, bo ma się jakieś irracjonalne poczucie, że świat bez nas przestanie istnieć. Otóż nie. Spotkało mnie w życiu bardzo przykre doświadczenie, gdy odszedł Maciek Kozłowski, i potem, gdy odszedł Krzysiek Kolberger… Mogłem spędzić z nimi więcej czasu. Żałowałem. Ale na ich miejsce przyszli inni… Spotykajmy się więc z przyjaciółmi, patrzmy, jak rosną nasze dzieci, pozwólmy sobie na rzeczy najważniejsze. W czasie teraźniejszym. Moja babcia Janina, zawsze gdy ktoś ją pytał, co będzie na wiosnę, zwykła była mawiać: „A skąd ja mam to wiedzieć? Może ja już nie będę żyła na wiosnę?”. I miała rację. Wszystko musi mieć swój czas. Tak też rozumiem sens oddzielania moich różnych żyć – prywatnego od zawodowego. Siebie w domu od postaci, którą gram na scenie czy w filmie.

Jerzy Stuhr mówi, że założenie butów postaci to moment, kiedy aktor wchodzi w rolę.
Określenie tego w jednoznaczny sposób jest trudne, bo czasem gramy premierę, a roli jeszcze nie ma. Bywa, że ona powstaje dopiero po kilku kolejnych przedstawieniach, gdy dochodzimy do tego, że to jest właśnie „to” i rosną nam skrzydła. Profesor Łapicki uważał, że premiera jest tylko pewnym etapem pracy, a nie końcem przedstawienia, i ja się z tym zgadzam. Ale rozumiem też, co mówi Jerzy Stuhr, bo gdy w czasie prób zakłada się na siebie buty i kostium, to jakoś nas to ustawia do formy roli. Nasz zawód nie istnieje w próżni. Przywołam po raz kolejny profesora Łapickiego, który mawiał: „W łazience przed lustrem możesz być genialny, ale gdy przychodzisz na próbę, spotykasz się z drugim człowiekiem, który jest w swojej łazience równie genialny. Stajecie naprzeciwko siebie na scenie, musicie wypracować kompromis, po czym trzeba go skonfrontować z widownią, która weryfikuje, czy to na pewno jest ta sama łazienka”. Bywają więc sytuacje, kiedy my, aktorzy, mamy wrażenie, że publiczność w teatrze jest wycieczką Węgrów albo Finów, którzy kompletnie nie rozumieją, co my do nich mówimy (śmiech).

Co wtedy?
Trzeba trzymać dystans wobec sytuacji, a jeśli się da, spontanicznie podkoloryzować emocje, i to w czasie rzeczywistym. Bo widz może być usatysfakcjonowany tym, co ogląda czy słyszy tylko wtedy, kiedy w jakikolwiek sposób go to porusza. Powoduje wielką radość albo ogromny smutek. Tak rozumiem każdy rodzaj sztuki… Dlatego tak fascynujące jest dla mnie patrzeć, jak muzycy na scenie wszystko na gorąco przeżywają, ile ich to emocjonalnie kosztuje, by wydobyć dźwięki z trąbki czy saksofonu. Jak Miles Davis grał emocją? A Chick Corea, Herbie Hancock, Aretha Franklin, Janis Joplin? Boże, a Bon Scott, jak on śpiewał?! Widzi pani, w sztuce nie ma nic gorszego niż takie zwykłe relacjonowanie rzeczywistości. Emocje muszą być.

A gdy wraca pan do domu po pracy, to co się dzieje z takimi emocjami? Wiesza je pan na wieszaku w przedpokoju?
Wygaszam je, bo gdybym tego nie robił, już dawno byłbym w psychiatryku. A wygaszanie zaczynam już w mieście, które temu sprzyja. Przejechanie z jednego końca Warszawy na drugi w godzinach szczytu to 90 minut w jedną stronę.

A zdarza się panu otwierać okno, wyciągać łokieć i wrzeszczeć na innych kierowców?
Łokcia nie wyciągam, ale klnę.

Spieprzaj, dziadu?
Oj, taki łagodny to ja nie bywam. Jak klnę, to po całości. Przeklinanie doskonale oczyszcza emocje. Staram się oczywiście powstrzymywać przy dzieciach, ale jest też tak, że w naszych domowych relacjach każdy zachowuje się jak chce, bo dom jest po to, by dać możliwość bycia sobą wobec tych, którzy też chcą być sobą. Wiele lat temu obiecałem sobie, że nie będę zmuszał dzieci do rzeczy, które ich nie interesują. Oczywiście, poza nauką, bo uważam, że szkoła niesie jakąś podstawową wiedzę o świecie.

A jak radzi sobie pan z rozpoznawalnością?
Na szczęście szybko uświadomiłem sobie, że jeśli uwierzę, że jestem kimś innym, kimś lepszym, to po prostu przegrałem. Widuję czasem ludzi, którzy na przyjęciu, w domu czy na imieninach u przyjaciół nie przestają być „gwiazdami”, i naprawdę im współczuję, bo nie dość, że okłamali samych siebie, to robią wszystkim dokoła, szczególnie bliskim, okropną przykrość. Jak musi czuć się matka czy brat kogoś, komu nagle kompletnie odpieprza? Widziałem też dość wcześnie te wszystkie połamane kręgosłupy, którym tak walnęło pod deklem, że wydawało im się, że są wybitne, jedyne, nietykalne – ich upadki były naprawdę straszne. Ale to też pokazuje, jak różni jesteśmy… Ja myślę sobie, że mój zawód jak mało który funkcjonuje pod szczególną presją. Bo jeśli malarz dopracuje się własnego środka wyrazu, to staje się on jego znakiem rozpoznawczym, natomiast gdy aktor dorobi się swojego stylu, natychmiast staje się ofiarą jednej, piątej recenzji, z której wynika, że stał się sztampowy, nie szuka, że się skończył albo wypalił. W tym sensie paradoksalnie zawód aktora daje mi szansę, żeby mi nie odbiło.

Kto dziś jest dla pana autorytetem?
Pamiętam moje pierwsze wejście do szkoły teatralnej, gdy zobaczyłem Jana Łomnickiego, Jana Englerta, Maję Komorowską, mnóstwo ludzi z ekranu, i traktowałem ich jako kompletnie odizolowanych od życia. Jako wybitne postaci. I do dziś tak zostało, choć gdy kiedyś poszedłem do toalety i spotkałem w niej Łomnickiego, doznałem szoku: „Jak to? To on też musi sikać?”. Nie mogłem tego pojąć, ale w końcu poczułem ulgę (śmiech). A inni? Dziś już nie ma zbyt wielu, których szanowałem, nie ma profesora Bronisława Geremka i Krzysztofa Skubiszewskiego, Tadeusza Mazowieckiego, Jacka Kuronia. Mam poczucie, że nasz świat staje się nieco płytki i nie chodzi mi o religijność, filozofię czy głęboką psychologię. My po prostu w codziennym życiu chcemy mieć wszystko podane na talerzu. Trzeba brać przykład z Misia Paddingtona i pozwolić sobie czuć. Przecież to widać, komu z oczu źle patrzy, a komu lepiej. I to gołym okiem.

Artur Żmijewski aktor teatralny (Teatr Narodowy, Teatr Współczesny, Ateneum), filmowy („Oszukane”, „Mój rower”, „Katyń”, „Psy”) oraz telewizyjny („Ojciec Mateusz”). Swojego charakterystycznego głosu użyczył wielu produkcjom dubbingowym (tytułowy „Miś Paddington” czy Alex w „Madagaskarze”). Ambasador dobrej woli UNICEF. W 2005 roku otrzymał Złoty Krzyż Zasługi.


zwierciadlo.pl

czwartek, 11 grudnia 2014

Artur Żmijewski: Ten film był bardzo osobistym przeżyciem

Zagrał w ponad czterdziestu filmach. W każdym z osobna ogrywał rolę niedoścignioną oraz wyjątkową. Staje się rekordzistą jeśli chodzi o role grane w Teatrze Telewizji. Jest aktorem Teatru Narodowego w Warszawie, to jednak nie przeszkadza mu w tym by występować na dużych ekranach. Mieliśmy okazję podziwiać go w filmie „Ostania misja”, „ W pustyni i w puszczy” czy też „Nigdy w życiu”. Od 1999 roku gra rolę lekarza, Jakuba Burskiego w serialu "Na dobre i na złe”.

Już od 21 września 2007 będziemy świadkami kolejnej roli Artura Żmijewskiego w filmie Andrzeja Wajdy „Post mortem. Opowieść katyńska”.

Jak pan wspomina pracę na planie filmu „Post Mortem. Opowieść katyńska”?

Artur Żmijewski: Przyznam, że ten film przeżywam w sposób szczególny: pełny jest sytuacji, w których próbuję sobie wyobrazić siebie. Nigdy wcześniej nie miałem takiego odczucia, nawet kiedy kręciłem z Jerzym Kawalerowiczem film o polskim zesłańcu Wincentym Migulskim, opisanym przez Tołstoja. 

Tym razem moja wyobraźnia na planie zadziałała w sposób zupełnie inny niż dotychczas. Nagle uświadomiłem sobie, że te setki ludzi, którzy stoją wokół mnie na planie, uosabiają zaledwie ułamek tej ludzkiej masy, którą zakatowano w Katyniu. W książkach wygląda to inaczej, ale kiedy widzi się to na własne oczy, świadomość, że mordując tak wielką część inteligencji odebrano Polsce głowę, myśl i sumienie – jest szczególnie przejmująca. Zwłaszcza, kiedy ta refleksja, jak w moim przypadku, pojawia się w trakcie kręcenia sceny nad dołami katyńskimi.

Nad tym widokiem złożonych w masowym grobie ciał – choćby to były tylko świetnie ucharakteryzowane manekiny, jak na planie „Post mortem” – nie można przejść obojętnie. Tu trzeba czapki uchylić przed charakteryzatorami i dekoratorami, którzy tę scenę przygotowali. 

Jazda kamery wzdłuż tego grobu, nad ciałami przed chwilą zamordowanych musi robić kolosalne wrażenie... Dla każdego z nas ten film był bardzo osobistym przeżyciem, to oczywiste. Zwłaszcza jeśli pamięta się, że do tej pory takiego filmu nie można było nakręcić. „Post mortem” to pierwszy film fabularny o Katyniu, a taki utwór, odwołujący się do przeżyć konkretnych ludzi, pokazujący jak to mogło być naprawdę – bo przecież prawdy o tym, jak to było w Katyniu, już chyba nie poznamy - robi większe wrażenie niż niejeden dokument. 

To była pańska pierwsza praca z Wajdą?

Artur Żmijewski: Nie, po raz pierwszy spotkałem się z panem Andrzejem kilka lat temu, przy filmie „Wyrok na Franciszka Kłosa”, gdzie grałem niemieckiego oficera. „Post Mortem” to moje drugie spotkanie z Wajdą i po raz drugi w mundurze.

Może to, co powiem, zabrzmi trochę trywialnie, ale z panem Andrzejem pracuje się po prostu łatwo. Odnosi się wrażenie, że nic w jego obecności nie stwarza problemu. Bo nawet jeśli ten problem się pojawi, to on go błyskawicznie rozwiąże.

Na czym to polega? Przede wszystkim na tym, że ma on niesamowite doświadczenie, fantastyczny warsztat i jeszcze jedno – najważniejsze: zanim zacznie kręcić film, widzi go w swojej głowie. A przy tym jest otwarty na propozycje, pracuje przecież z ludźmi, którzy mają swoje pomysły, być może czasem lepsze od jego, a jeżeli tak jest to on się na to bardzo szybko godzi. Potrafi słuchać – jest w tym niesamowity – a wiedząc, jak ma to wyglądać, bo on to od razu w głowie montuje, nie pozwala sobie na puste przebiegi, niepotrzebne duble, czy kręcenie scen, których i tak potem nie użyje. To sprawia, że pracuje się z nim fantastycznie. A do tego potrafi wprowadzić taką fajną ludzką atmosferę na planie. 

Wszyscy chcą pracować dla niego: wiedzą, że ich wysiłek, każdego człowieka na planie, będzie doceniony. Chcą dla niego pracować, bo to jest wielka frajda.


Do kogo zaadresowałby pan „Post Mortem”?

Artur Żmijewski: Przede wszystkim do tych, którzy chodzą do kina, a więc młodych. Choć akurat w tym wypadku średnia wieku osób, które zobaczą ten film, znacząco wzrośnie. Ten film będzie chciało obejrzeć mnóstwo ludzi, również tych, którzy od lat nie chodzą do kina. Powód tego zainteresowania jest prosty: zbrodnia katyńska dotyka osobistych losów wielu rodzin. 

Mojej rodziny zbrodnia katyńska akurat bezpośrednio nie dotknęła, ale w rodzinie żony zginęło dwóch braci. Od kiedy znamy się z Pauliną ten temat ciągle powraca. Tak więc temat katyński – samej zbrodni i związanego z nim kłamstwa – tkwi we mnie dosyć głęboko.

Ten film należy potraktować jako pewne świadectwo i pewien głos w dyskusji – i to bardzo szerokiej, zaczynającej od Katynia i innych zbrodni przeciwko ludzkości, a kończącej na pytaniu, czy lepiej być euroentuzjastą czy eurosceptykiem? Chciałbym, żeby ten film dał do myślenia, jakie sytuacje powodują, że do takich zbrodni, do takich tragedii dochodzi? Bo takie procesy zaczynają się niepostrzeżenie, łatwo je zlekceważyć. Kiedy uczymy się o nich w szkole, ich istota do nas nie dociera. Kiedy jednak odczujemy to na sobie, na swej rodzinie, zaczniemy się zastanawiać, czy to jednak nie ma racji profesor Bartoszewski, więzień obozu koncentracyjnego, który wyciąga rękę w geście pojednania do ludzi, którzy byli wtedy po drugiej stronie. 

Gdyby ten film uruchomił w nas takie myślenie, to może byśmy stali się trochę lepsi.

http://film.wp.pl/

poniedziałek, 25 listopada 2013

Artur Żmijewski wcale nie jest taki święty. Łatwiej mu zagrać esesmana i gangstera, niż księdza

Artur Żmijewski wcale nie jest taki święty. Łatwiej mu zagrać esesmana i gangstera, niż księdza



Serialowy Ojciec Mateusz pogodził się już z tym, że jest postrzegany przez pryzmat swoich serialowych kreacji. Ma jednak nadzieję, że nie zamkną mu one drogi do dużych ról filmowych. Już za kilka miesięcy zobaczymy Artura Żmijewskiego w ekranizacji Kamieni na szaniec.

MenStream.pl: Od lat zwycięża Pan w rankingach polskiej edycji miesięcznika Playboy na najbardziej pożądanego męskiego partnera na kolacji. Czuje się Pan wzorem do naśladowania?

Artur Żmijewski: Nie, w ogóle. Cóż ja mogę na to poradzić? To miłe, jeżeli ktoś tak myśli, ale ja tego typu rankingi traktuję jako część mojego zawodu. Pewna pula ról powoduje, że jestem kojarzony jako wzór partnera i tak jestem postrzegany jako osoba prywatna. Przez ludzi, którzy przecież zupełnie mnie nie znają. Nie zgłaszam do tych zestawień swojej kandydatury. Nie mam na to wpływu.



A nie męczy to Pana? To już latami te ochy i achy.
Nie bardzo. Wysoka pozycja w takich rankingach żyje własnym życiem, nie uwiera specjalnie.

Tylko nie wiem, czy Pan wie, ale nie tylko o kolacji jest tu mowa. Nazwałbym to kompletnym pakietem, bo wygrywa Pan też w głosowaniu na partnera na jedną noc i na wymarzonego kandydata na męża. No ideał po prostu.

Trudno może w to uwierzyć, ale nie śledzę tego. Moją postawę zawodową i moje myślenie o aktorstwie kształtował kompletnie inny świat i takie plebiscyty nie miały żadnego znaczenia. Nie czekałem na chwilę, kiedy ktoś mnie tam umieści i nie zabiegałem o to.

Ale chyba choć trochę łechce? Z Panem Polki są gotowe na wszystko.

Jasne, że łechce i myślę, że każdego faceta by łechtało. Człowiekowi w ogóle jest miło, jak jest doceniony. Te zestawienia też tak traktuję jako przejaw pewnej sympatii.


Sympatii? Toż to pożądanie i uwielbienie w czystej postaci!
Skoro Pan tak twierdzi. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie mylą mój wizerunek prywatny z wykreowanym nie tylko przecież przeze mnie. Pisarz czy malarz siedzi sobie w zaciszu i tworzy. Potem dopiero konfrontuje dzieło z rzeczywistością. Proces tworzenia jest związany z samotnością i intymnością, której aktor nie ma. Każdy z nas genialnie buduje swojej role w łazience, przy goleniu. Gdy przychodzi jednak do skonfrontowania tego z widzem, albo chociaż z drugim kolegą, to okazuje się, że nasze wyobrażenia być może nie do końca są trafne, że trzeba do tego inaczej podejść. Okazuje się, że trzeba wpleść wizje innych aktorów, reżysera, scenarzystów. Efekt końcowy to wypadkowa pracy pewnej grupy ludzi. Nasza robota odbywa się na widoku publicznym. Nieustannie jesteśmy poddawani tej publicznej ocenie.

Dobrze Pan sobie radzi z tymi życiem na widoku. Nic specjalnie sensacyjnego nie można znaleźć w licznych plotkarskich serwisach. Jak się buduje taki szczelny mur wokół swojego prywatnego życia?

Kiedyś wystarczyło nie dawać powodów, by nie być na celowniku. Teraz rynek jest tak wielki, że zainteresowanie mediów rozkłada się na więcej osób. Ja też rzeczywiście nie uczestniczę w celebryckim życiu, które potem mogłoby być komentowane przez tabloidy. Nie interesuje mnie bywanie na bankietach. Nie wyprowadzam też swojej rodziny pod obiektywy paparazzich. Staram się trzymać od show biznesu z daleka i żyć w miarę normalnie. Nie zawsze mi się to udaje, ponieważ bywają takie sytuacje, że się nie przemknę.

Zawsze można założyć czapkę z daszkiem i ciemne okulary.

Ja się nie ukrywam. Nigdy tego nie robiłem, bo nie mam powodów. Jak jadę na zakupy to nie udaję, że jestem kimś innym. Śmieci też wynoszę jako Artur Żmijewski. Nie dajmy się zwariować. Życie jest realne, a tylko moja praca jest fikcją, na którą się umawiam z widzem.

Ale ostatnio taka grzeczna ta fikcja. Od 20 lat, czyli roli w Psach gra pan tylko pozytywne postaci.

Po Psach pojawiałem się jeszcze jako szwarccharakter. Ze wszystkich kilkudziesięciu ról filmowych dużo było tych złych. Tyle, że siła telewizji sprawia, że głównie kojarzy mnie się jako doktora Burskiego, a teraz jako księdza-detektywa. Na szczęście Burski powoli odchodzi już w niepamięć i ludzie rzadko mnie o tę postać pytają. Widać czas działa na moją korzyść i mam nadziej, że zadziała tak, jak w przypadku Janusza Gajosa, który na początku swojej kariery zagrał rolę o strasznej sile rażenia. Długo nie mógł potem zagrać czegoś tak nośnego. Grywał przecież fantastyczne role, ale one się zupełnie nie przebijały. W teatrze też udowadniał przez lata, że jest wybitnym aktorem i wszyscy, którzy mieli okazję go zobaczyć, wiedzieli o tym. Problemem była jednak skala, ról teatralnych nie widać w telewizji.

Po Katyniu z 2007 roku przez kilka lat nie miał Pan ról kinowych. Przed rokiem wszedł na ekrany Mój Rower w tym Oszukane. W 2014 zobaczymy Pana w Kamieniach na Szaniec.

Kamieniach na Szaniec gram niewielką rolę, ale za to bardzo ją lubię. Jestem ojcem Rudego. To jest taki kontrapunkt i tło dla opowieści o młodych ludziach i ich emocjach. Danusia Stenka jest moją żoną, więc mieliśmy szansę się spotkać i to była dla mnie też duża frajda. Ważne, że do spotkania doszło w zupełnie innym kontekście, niż w Nigdy w Życiu z którym też byliśmy kojarzeni przez lata. Rzadkie pojawianie się w kinie, tłumaczę sobie tak: życie idzie do przodu, kolejne wyzwania przed nami. Nikt nie wie, co będzie za dwa, trzy lata.



Nie słyszę frustracji, że duże role Pana omijają, że się o Pana nie biją.



Może dlatego, że moje marzenie zawodowe spełniło się bardzo wcześnie. Na trzecim roku studiów zagrałem Gustawa Konrada w Lawie w reżyserii Tadeusza Konwickiego. Nie ma frustracji, bo nauczyłem się w życiu z otwartością przyjmować to, co mnie spotyka. Na początku mojej kariery ktoś udzielił mi dobrej rady: zagrałeś Konrada i inne dobre role u fantastycznych reżyserów. Nagle przyjdzie taka, której się nie spodziewasz i powiesz nie, bo czekasz na Hamleta. Potem odmówisz kolejnej i tak przez lata. Potem już będzie za późno, żeby tego Hamleta zagrać. To mi dało dużo do myślenia. Uświadomiłem sobie, że ten zawód nie polega na tym, żeby zagrać Hamleta. Chodzi o to, żeby grać różne role. Im bardziej będą one zróżnicowane, tym ciekawiej.

Dawno nie zagrał Pan żadnej demonicznej postaci. Nie ciągnie Pana?

Wyroku na Franciszka Kłosa u Wajdy zagrałem esesmana i powiem, że bardzo lubię takie rzeczy grywać.

Ale to było 13 lat temu...

Odwrócę trochę tę optykę i zapytam, na ile sposobów można zagrać dobrego? Na ile sposobów można się uśmiechać, robić pogodną minę, a na ile sposobów można być złym? Zło ma znacznie więcej twarzy, jest bardziej atrakcyjne, interesujące. Przyciąga ludzi i ciągnie również aktorów. Jest to na swój sposób łatwe.

Chce Pan powiedzieć, że trudniej być Ojcem Mateuszem niż Wolfem z Psów, czy esesmanem?

Bardziej się trzeba nagimnastykować. By wiarygodnie i atrakcyjnie dla widza zagrać tego dobrego, trzeba mocniej się starać. Za to w teatrze zagrałem dużo takich mówiąc delikatnie - niejednoznacznych postaci, czarne charaktery zdarzały mi się niezwykle często. Szersza publiczność niestety tego nie widzi. Zatem dla mnie te dwa nurty cały czas istnieją. Nie zanudzam się tą jedną rolą i tą dobrą stroną. Ona po prostu jest bardziej widoczna.

Ale może Burski z księdzem swoją świętością przekonali również reżyserów, którzy stawiają na innych?

Wywiad został przeprowadzony podczas II Festiwalu Aktorstwa Filmowego we Wrocławiu

Aktorów w Polsce jest wielu i można wybierać. Nie będę oceniał, czy to dobrze, że ktoś gra w siedmiu, czy pięciu filmach w roku. Lepiej oczywiście, żeby widz mógł oglądać różnych aktorów na ekranie. Tyle, że łatwiej korzystać z wzorców, które się sprawdzają, to nie wymaga odwagi. Wojtek Wójcik, który mnie zobaczył w swojej wizji młodego kasiarza w Trzech dniach bez wyroku i Władysław Pasikowski, który zrobił ze mnie w Psach kompletnie kogoś innego, to ludzie odważni. Dali mi kompletnie nie przystające do mojego wizerunku zadanie. Do tego trzeba mieć dużo wyobraźni.


Poukładany domator - to Pańskie słowa.

Życie aktora jest związane z nieustającym obcowaniem z ludźmi. Ten zawód nie funkcjonuje w próżni tylko w relacji z kilkoma, bądź kilkudziesięcioma osobami, często też z milionami. Dlatego nie chcę odpoczywać w jeszcze większej grupie ludzi. Zdecydowanie nie lubię kurortów z zatłoczonymi deptakami. To nie mój świat, ja chcę mieć po pracy trochę ciszy.


Krzysztof Janoś 
2013-11-25


menstream.pl/