piątek, 25 grudnia 2015

Artur Żmijewski: trzeba żyć, a nie umierać

- Obok ciebie stoi człowiek. A potem nagle go nie ma. Nie ma tego człowieka w jednej sekundzie. I to nie powoduje w tobie poczucia straty? Że człowiek był i go nie ma? Że jest śmierć, choć mogło jej nie być? Ja tego inaczej nie potrafię wytłumaczyć – mówi Artur Żmijewski, ambasador UNICEF Polska, w rozmowie z Januszem Schwertnerem.


Akcja UNICEF Polska w Mali miała miejsce na początku września. Uczestniczyli w niej m.in. aktor Artur Żmijewski, fotograf Marcin Suder i dziennikarz Onetu Janusz Schwertner. To rozmowa o beznadziei, jaka panuje w Mali, ale także o sile i pragnieniach, jakie mają w sobie jego mieszkańcy.

W Mali tysiące dzieci umiera w pierwszych dniach po narodzinach. Sytuacja jest dramatyczna, ale Ty możesz ją zmienić! Dołącz do akcji ratowania życia dzieci i mam w Mali, wejdź na stronę www.afryka.unicef.pl i przekaż darowiznę. Uratuj dziecko w Afryce.

Wszystkie zdjęcia wykonał Marcin Suder.

Janusz Schwertner: Pamiętasz ten dzień, gdy stwierdziłeś, że chciałbyś spalić ubrania, które masz na sobie?

Artur Żmijewski: Chwilę wcześniej opuściliśmy sale operacyjne w jednym z ośrodków zdrowia. Od razu przywołały mi na myśl to, co zobaczyłem lata wcześniej w Etiopii. Jeden lekarz, kilka pielęgniarek. W pomieszczeniach kartony z lekami i jakieś marne środki medyczne do leczenia pacjentów. Po szpitalu biegały psy, wokół wisiały pajęczyny, gdzieś leżał stary silnik, kawałek koca, trochę łóżek. W Mali było podobnie: jakieś powywalane sprzęty, brudne kartony, nagle jakiś zdezelowany motocykl. Tak, dobrze pamiętam ten dzień i tamte słowa.

Miałem wtedy podobne odczucia.
Dla każdego człowieka, który świadomie myśli o higienie, to jest dojmujące. Jak wchodzisz na blok operacyjny w cywilizowanym kraju, to jest śluza i musisz przejść przez proces przebierania się, mycia, wchodzenia w sterylne ciuchy. A w Mali czujesz ten brud, te zarazki, bakterie, które wnikają w ciebie… Masz poczucie, że za chwilę to cię zaatakuje gdzieś z zewnątrz. Poczucie opresyjności jest przerażające. Trzeba było być tam na miejscu, żeby zdać sobie sprawę, w jak koszmarnych warunkach można żyć. Inaczej żaden ojciec, żadna matka, tego nie zrozumie.
W Mali średnio co roku umiera sto tysięcy dzieci, wiele z nich już w trakcie samego porodu. Gdy byliśmy w tym szpitalu, powiedziałeś, że nikt nie chciałby tam operować nawet zwierzęcia.
Jak sobie człowiek to wszystko uświadamia, to dopiero czuje, jak bardzo naturalnym odruchem jest pomoc. Z jednej strony trafiają do nas te przerażające statystyki, z drugiej – my przecież w Mali codziennie rozmawialiśmy z konkretnymi ludźmi, z rodzinami, z rodzicami. Sam szukałeś takich historii, które opowiadały o poszczególnych dramatach. My chcemy, żeby tych dramatów było jak najmniej.

Porozmawiajmy o tych historiach. Mnie utkwiło w pamięci bardzo wiele obrazów. Zaraz opowiemy trochę o tym, co spotyka kobiety, matki, które rodzą w szpitalach, które przypominają rzeźnie. Ale perspektywa faceta też nie jest łatwa. Pamiętam, że w jednym z ośrodków widzieliśmy ojca, który z całych sił trzymał dziecko za rękę. Nie wiadomo, czy ono przeżyło – chorowało na malarię, a lekarze choć wiedzieli jak pomóc, nie mieli już na to środków.
Ktoś mógłby pomyśleć, że przerażające statystyki śmiertelności dzieci w Mali biorą się z jakiejś dużej epidemii, np. eboli, albo z powodu rozprzestrzeniającego się AIDS. Ale to nie tak. Infekcje dróg oddechowych, malaria, cholera, zapalenia… Choroby, które u nas leczy się bardzo łatwo, tam sieją strach i odbierają życie.
Jeden z lekarzy nam to powiedział: najgorzej jest patrzeć na śmierć, która przychodzi z błahego powodu.
A dla choroby nie ma granicy, której nie byłaby w stanie przekroczyć. Wiesz, samo uświadomienie sobie, w jakiej sprawie my tam pojechaliśmy, jest dojmujące. My tam byliśmy po to, by mniej dzieci i kobiet umierało przy porodzie. Bo owszem, masywny krwotok może spowodować śmierć, ale na Boga, nie tak często! Dla Europejczyka dzień narodzin dziecka kojarzy się z radością. Kobiety mogą bać się bólu i cierpienia, jakie towarzyszy w trakcie porodu, ale nie powinny bać się śmierci!
Wejdź na www.afryka.unicef.pl i przekaż darowiznę. Pomóż mamom w Mali bezpiecznie rodzić swoje dzieci - apeluje Artur Żmijewski, Ambasador Dobrej Woli UNICEF.

Wrócę jeszcze do tego ojca, który w całej swojej miłości, ale i bezsilności, towarzyszył swojemu dziecku. On miał tę okropną świadomość, że wszyscy wokół wiedzą, jak pomóc, tylko że nikt nie ma do tego narzędzi.
Ja mam w głowie obraz chłopca z Etiopii, gdzie także byłem z misją UNICEF-u. Chłopak miał dwanaście albo trzynaście lat, wyglądał tak, jak na zdjęciach dzieci, które żyły w Auschwitz. Ten dzieciak leżał na czymś, co miało być łóżkiem, na jakimś starym zdezelowanym silniku. Ojciec trzymał go za rękę. Podszedłem do lekarza zapytać, jakie są rokowania. "Proszę pana, beznadziejne. Nie mamy tylko pewności, czy śmierć przyjdzie dziś, czy jutro, czy za dwa dni. Ale z pewnością nie później". Skala beznadziei jest ogromna.
Mówiłeś, że ten chłopak w wieku trzynastu lat ważył tyle, co wówczas Twój kilkuletni syn.
Tak, to porażające, gdy sobie to uzmysłowisz. To wszystko kwestia wyobraźni; nie zdajemy sobie sprawy z tego,  w jak koszmarnych warunkach żyją miliony ludzi na świecie
Wkurzenie rośnie, gdy słyszy się o rzekomo gigantycznej skali nędzy w Polsce?
Ja powiem to wprost: te słowa, które gdzieś zawisły w przestrzeni publicznej, były bezczelne. Po prostu bezczelne. Zresztą, ja to sprawdziłem. W Sikasso ponad 84 procent osób żyje w nędzy, poniżej granicy ubóstwa. W Polsce – w zależności od tego, jaki miernik przyjąć – można mówić o 7,5-13 procentach. Proporcja jest kompletnie odwrócona!

Obaj dobrze wiemy, że  ubóstwo w Polsce istnieje. Sęk w tym, że u nas – i w całym cywilizowanym świecie – istnieją mechanizmy, które są w stanie tej sytuacji, lepiej lub czasem niestety gorzej, przeciwdziałać.
O to właśnie mi chodzi. U nas ludzie mają się do kogo zwrócić o pomoc, tam takiej możliwości nie ma. W tym sensie, ja zawsze uważam, że to jest kwestia skali. Już po pobycie w Etiopii uświadomiłem sobie pewne rzeczy. Jeśli tam umiera sto tysięcy dzieci przez rok – to tak, jakby nagle wymarło całe Opole. Czy jesteśmy w stanie sobie to wyobrazić? Nagle nie ma całego miasta. Dla mnie to porażające.
Ja widziałem w Polsce miejsca bardzo biedne, widziałem ludzi żyjących w nędzy. Ale mówienie dziś o ogromnej skali beznadziei, to grube nadużycie. I to chyba najbardziej delikatne słowo, jakiego można użyć.
Wracam myślami do tego, co widzieliśmy w Mali, w szpitalach, na oddziałach położniczych i ginekologicznych. Tam ma się poczucie, że brakuje wszystkiego.
Dramatycznie to wygląda. Nie ma nic albo prawie nic. Postawy lekarzy nieraz są heroiczne, bo od czasu do czasu udaje się kogoś wyleczyć, nawet jeśli nie ma się do tego środków. Cóż, czasem podstawowe narzędzia to wiedza, w jaką są wyposażeni ci medycy i para rąk. Gdy się wie, jak prawidłowo wykonać ucisk, żeby zatamować krwawienie jakiejś części ciała, to przy pomocy kawałka szmaty i paska już można pomóc.
Trudno jest wyobrazić sobie warunki, w jakich kobiety rodzą w Mali. W jakich warunkach dzieci przychodzą na świat. Bo też trudno na przykład wyobrazić sobie, żeby gdzieś u nas jakąkolwiek kobietę spotkało to, co jedną z młodych dziewczyn, którą tam spotkaliśmy. Przez trzy-cztery dni leżała bez żadnej pomocy, była w stanie agonalnym i ktoś w końcu zawiózł ją do szpitala. Cud, bo przez cesarkę dziecko przyszło na świat i było zdrowe. Tam panuje całkowita beznadzieja. A skoro tak jest – to my chyba mamy obowiązek ją zmniejszać.
Do dziś dobrze pamiętamy historię małej Abimaty i jej matki, która nie zdążyła przyjechać na czas do szpitala w Sikasso – jednej z głównej miejscowości na południu Mali. Wieziona przez swojego męża na motocyklu, po absurdalnie beznadziejnej drodze, zostawiała za sobą ślady krwi. W nocy dostała silnego krwotoku, a gdy dojechała do szpitala  – po prostu wykrwawiła się na śmierć.
Wcześniej trafiła do lokalnego ośrodka zdrowia, skąd odesłano ją do Sikasso. Podróżowanie po Mali można zrozumieć tylko, jeśli się tam było. Pamiętasz, jak usłyszeliśmy, że przez ponad półtorej godziny będziemy jechać 25 kilometrów? Nikomu z nas to nie mieściło się głowie. Ale jeśli nie ma drogi, tylko jest jakiś lej po potoku, który przyszedł po ostatniej ulewie, to jak wyprzedzić śmierć?
Takie historie były codziennością.
I to się wydaje abstrakcyjne. W Polsce nawet w najbardziej odległych miejscach, masz telefon komórkowy, często internet, sąsiadów – a nawet jeśli nie, to masz klucze i samochód i w ciągu kilkunastu minut jesteś gdzieś, gdzie można udzielić ci pomocy. A jeśli nie możesz pojechać sam, to przyjedzie karetka. A zauważyłeś, ile karetek stało w pobliżu szpitala w Sikasso?
Nie widziałem żadnej.
Była jedna,  może jakaś druga była akurat gdzieś na trasie. I to jest kolejny gigantyczny problem. A zauważyłeś, że w punkcie medycznym mieli chłodnię do przechowywania leków? Ale nie mieli prądu, który mógłby ją zasilać. A nawet jeśli chowali gdzieś agregat prądotwórczy, to potrzebowaliby paliwa. Tylko że paliwo sprzedawano tam w małych butelkach, wlewano wprost do baku tych małych motorów czy samochodów, które podjeżdżały. Zakres problemów jest ogromny i dotyczy wszystkiego. Strasznie chcemy z UNICEFem to rozwiązywać. Dostarczać szczepionki, podstawowe leki, żeby leczyć infekcje, choroby. Żeby pomagać im normalnie przychodzić na świat. A wtedy Malijczycy będą mogli pracować nad tym, by poprawić swoją sytuację. Załatwić agregat prądotwórczy, prąd, jedzenie.
Artur Żmijewski apeluje: Walczymy o życie każdego dziecka i mamy w Mali, ale potrzebujemy Twojej pomocy. Przekaż darowiznę na www.afryka.unicef.pl i ocal dziecko. Wpłać teraz darowiznę online – to zajmie Ci tylko kilka minut. Pamiętaj, że działając z UNICEF masz pewność, że Twoja darowizna dotrze do Mali. Zebrane na pomoc dla Afryki środki przeznaczone zostaną między innymi na wyposażenie szpitali, zakup zestawów dobezpiecznych porodów, leków i opatrunków. Twoja darowizna pozwoli na zakup inkubatorów, zestawów do resuscytacji noworodków i szczepionek przeciwko tężcowi noworodkowemu.

Historia matki Abimaty, o której wspomnieliśmy przed chwilą, była tylko jedną z wielu innych, podobnych do niej. Pamiętasz rozmowy z członkami rodziny jednej z kobiet, która zginęła w drodze do szpitala? Miała rodzić kolejny raz w życiu, planowała, że to będzie jej ostatnie dziecko.
To był absolutnie dramatyczny przypadek. Ta kobieta odchodząc powiedziała jeszcze słowa, które chyba każdemu z nas zapadły w pamięć. „Ja nie chcę już więcej rodzić”. Żeby wypowiedzieć takie zdanie, trzeba być u kresu wytrzymałości. Nasza wyobraźnia chyba nie jest w stanie tego przetrzymać, a wyobraźnia matki? Takiej w Polsce, której narodziny dziecka kojarzą się z największą radością? To nie mieści się w głowie. Dla tej kobiety poród oznaczał tortury i cierpienie. Niestety, tego ostatniego porodu nie przeżyła.
Rozmawiałem długo z jej mężem. Z uporem powtarzał mi, że Bóg tak zdecydował. Trudno było się z tym pogodzić; cieszyłem się na myśl, że dzięki akcji UNICEF-u uda się Bogu trochę dopomóc.
Ja wolałbym nie jeździć w takie miejsca i nie słuchać, że Bóg tak chciał. Bo gdyby ona wcześniej trafiła do szpitala, to by przeżyła.
Mówienie o drogach w kontekście Mali i podróży, jakie muszą odbywać tamtejsze kobiety, kojarzy się z koszmarem. U nas, w Polsce, to problem komunikacyjny...
...a tam sprawa życia i śmierci. Tak, tak to wygląda. I radzą sobie z tym tak, jak mogą. Przypominasz sobie na przykład, jak oznakowują niebezpieczne zdarzenia na drogach? Kładą gałęzie w odległości kilkunastu metrów przed i za samochodem. Chciałbym, żebyśmy zrozumieli, że ten ich koszmarny świat, jest także naszym światem. Że ci ludzie są bardzo podobni do nas i są gdzieś bardzo blisko. I dramatycznie potrzebują pomocy.
Jeśli pokażemy im, że u nas świat wygląda lepiej, to oni będą do tego dążyć. Mam takie poczucie, trochę egoistyczne: pomagając tym ludziom, pomagamy też sobie. Jeżeli czynimy ten świat trochę lepszym, to sprawiamy, że staje się on także lepszy i bezpieczniejszy dla nas.  Nie tylko w tej małej enklawie, jaką jest Europa, ale także w Afryce czy na Bliskim Wschodzie, gdzie ludzie zrozumieją, że nasza obecność jest nie po to, by znów ich wykorzystać, lecz po to, by zrobić dla nich coś dobrego. Coś konkretnego.
W jednej z wiosek dość długo tłumaczyłeś plemiennej starszyźnie istotę i ważność karmienia piersią. Pod koniec jeden z mężczyzn podszedł do Ciebie i w imieniu całej społeczności obiecał, że tamtejsze kobiety zaczną stosować tę metodę.
W tej wiosce ludzie nie wiedzieli, że tak należy. Nie wiedzieli, że karmienie piersią to jest podstawa, że każda matka chce to robić, bo poza odczuciem bliskości, jest to po prostu wygodniejsze. Nie mówiąc już o tym, jak duże znaczenie ma karmienie piersią w pierwszej fazie rozwoju dziecka. To też pokazuje, o jakiej skali beznadziei my mówimy. A równocześnie – daje nam pewność, że możemy z nią walczyć. My w tej wiosce zostawiliśmy kawałek nadziei. Od teraz dzieci będą tam zdrowsze, bo będą karmione piersią.
No tak, starszyzna obiecała to ambasadorowi UNICEF-u.
Mnie to wtedy naprawdę bardzo ucieszyło. Bo poza wszystkim, to dowód, że bycie ambasadorem nie oznacza czegoś płytkiego i celebryckiego, tylko to jest pewien rodzaj zobowiązania. Ci ludzie traktują tę funkcję jako taką, którą należy szanować. To nie zmienia nic w tym sensie, że czuję się nagle kimś piekielnie ważnym; ale ważne jest to, jak oni się odnoszą do tej potencjalnej pomocy. Oni nas traktują poważnie, dlatego my też tak powinniśmy ich traktować.  Nie powinniśmy mówić o nich jak o ludziach gorszego sortu, bo nie mamy do tego prawa.

Jednego dnia kilka godzin spędziliśmy w szkole. Byłem pod wrażeniem mądrości dzieci, z którymi mieliśmy okazję porozmawiać.
Tak, pytaliśmy je o to, jak widzą swoją przyszłość. Nie miały jakichś wielkich wymagań.
No, poza częścią chłopaków, którzy chcieli zostać Lewandowskimi.
Tak, to był kolejny dowód na to, jaki świat jest mały. Ale zazwyczaj te ich marzenia były bardzo niewielkie. Ktoś chciał być nauczycielem, ktoś lekarzem. Bo oni w o ogóle chcą być kimś. A jeżeli znikąd nie nadejdzie pomoc, to nie dostaną tej szansy. Nie uda się im wyedukować na tyle, żeby zostać budowniczymi, żeby budować drogi czy kanalizację.
Nauczyciele, z którymi spędziłem dłuższą chwilę, nazwali się "nosicielami marzeń". Mówili, że to gigantyczna radość zobaczyć jednego ze swoich uczniów po latach w telewizji – na przykład w roli medycznego eksperta. Takie przypadki im się zdarzały, choć więcej nasuwało im się dramatycznych wspomnień. Ale mnie uderzyło coś innego: jak ich zapytałem, czego pilnie potrzebują, to nie mówili o jakichś wielkich rzeczach. Nie skarżyli się. Odpowiedzieli, że byliby bardzo wdzięczni za wybudowanie nowej salki.
Tak, bo tam na 1500 uczniów przypadały dwie sale lekcyjne. Ponad setka chodziła na jedne zajęcia. Czasem rozmawiam z kolegami i oni się skarżą, że ich dzieci muszą chodzić do klasy, gdzie jest trzydzieści osób. I pytam się ich, co wy wiecie o problemach szkolnictwa? Owszem, to jest nieprawidłowe. Ale tam to jest nieprawidłowe jeszcze bardziej. Czyli co, mamy to zostawić i zająć się tylko sobą? Czy wiedząc, jak wygląda tamten świat, mamy zostawić te dzieci, a nasze samopoczucie będzie lepsze? U nas będzie dwudziestu ośmiu zamiast trzydziestu dwóch uczniów i nagle poczujemy się lepiej?
Też tak pozytywnie wspominasz te dzieciaki, jak ja?
Były świetne. Grzeczne, mądre, doskonale pracowały z nauczycielem. To po raz kolejny potwierdza to, co myślę tych ludziach, których tam spotkaliśmy: oni nie mają innych potrzeb niż my. Są tacy sami. Z tą różnicą, że my pragnień mamy więcej i te nasze są bez sensu; bo pędzimy w miejsca, które są nam kompletnie do szczęścia niepotrzebne.

Z tej szkoły pamiętam też dziewczynkę, która wybiegła z sali lekcyjnej. Zwróciła naszą uwagę, bo wyróżniała się czerwonymi włosami. Zapatrzyłem się na nią. Dopiero później się dowiedziałem, że barwa jej włosów świadczy o skrajnym niedożywieniu. Spośród innych wyróżniała się tym, że najdłużej nie jadła. Ty myślisz czasem o tych ludziach, których spotykasz na misjach? Wracasz do nich wspomnieniami?
Ja zastanawiam się, jak tym ludziom się wiedzie. Na przykład czy Abimata jeszcze żyje? Pamiętam, że jak rozmawialiśmy z fantastyczną pracownicą UNICEF-u, panią Miriam, to powiedziała, że niestety szanse na jej przeżycie są małe. A ja przypominam sobie te wielkie oczy tego dzieciątka. Wiele momentów do mnie wraca. Pamiętasz „Big Mamę” – kobietę, która karmiła dzieci w jednej z wiosek? Ale najczęściej wracają te myśli przygnębiające, te beznadziejne szpitale. Dla nas to jest nie do wyobrażenia. I przychodzi nieraz taka myśl do głowy, że my jesteśmy strasznie rozpuszczeni przez życie. I ogromnie uprzywilejowani. Żyjemy w zupełnie abstrakcyjnym świecie.
A gdy słyszysz takie wypowiedzi jak ta jednego z ordynatorów oddziału położniczo-ginekologicznego we Wrocławiu – że kobiety w Polsce rodzą w skandalicznych warunkach – to jesteś po prostu zmęczony?
Nie, ja nie czuję się zmęczony, ja słysząc takie słowa czuję obrzydzenie. Dlatego że ja widziałem, jak wygląda rodzenie dzieci w nieludzkich warunkach. I tego typu wypowiedzi – jeśli je się zestawi z możliwościami polskiej służby zdrowia – są nie do przyjęcia. Chciałbym powiedzieć, że to jest nadużycie, ale to zwyczajne obrzydlistwo.
Trudniej Ci się rozmawia z ludźmi po tych powrotach? Po powrocie z Mali?
Nigdy nie określałem tego w ten sposób, ale być może tak jest. Mam często poczucie, że ludzie próbują spłycać pewne rzeczy, których ja spłycać nie chcę, bo moja świadomość jest kompletnie inna po takiej podróży. Często jeździ się w nawet najbardziej odległe miejsca, ale nie widzi się prawdziwego świata. Bo pojechało się do hotelu, popływać w ciepłej wodzie, poopalać. A my tam w Mali widzieliśmy świat zupełnie przerażający. Z tej perspektywy powrót do domu, do realności, codzienności, jest rzeczywiście trudny.
I tak, być może teraz sobie to uświadomiłem, trudniej rozmawia się wtedy z ludźmi. Wracasz do domu, a tu nagle wszystko toczy się zupełnie innym trybem niż to, co działo się przed chwilą. Jest taki rodzaj niezgody w Tobie, który popycha wielu ludzi, by zmieniać świat. Choćby Marcina Sudera, który był z nami w Mali. Gdyby nie jego bunt, świadomość, że swoimi zdjęciami z Afryki, z Bliskiego Wschodu, może zrobić coś dobrego, to z pewnością nie decydowałby się na powrót do tamtego świata.
Marcinowi pokazałem list od jednej z czytelniczek, który przyszedł do nas po publikacji reportażu z Mali. Napisała, że pod wpływem jego zdjęcia, byłaby skłonna choćby i adoptować Abimatę. Dla Marcina była to duża sprawa, dowód, że jego praca ma sens.
Nie dziwię się.
A Tobie – co daje największą satysfakcję?
Trudno to określić.
To brzmi, jakby ta Afryka, podróżowanie tam z UNICEF-em, było naturalnym odruchem.
Tak, ja tak to traktuję. Bo co innego? Na pewno poczucie obowiązku, które masz, gdy już wiążesz się z taką organizacją jak UNICEF. Podjąłeś się, wziąłeś odpowiedzialność, więc się nie zatrzymuj w połowie drogi. Przecież gdybym się nagle wycofał, to sprzeniewierzyłbym się wszystkiemu, o czym przed chwilą opowiadałem. Te wyjazdy się traktuje naturalnie, rozmawiam później o nich w domu, z rodziną, przyjaciółmi. Pytają czasem, czy się nie boję. Ale czy ja się mogę bać? Nie bardzo. Poza tym, głęboko wierzę, że mój strach ściąga reakcję niewspółmierną; to by mnie paraliżowało, nie mógłbym wejść w te miejsca, w których muszę być. Nie mógłbym później o tym wszystkim opowiadać.


Często powtarzasz, że jako ambasador, jesteś sercem i umysłem wszystkich tych, którym później opowiadasz o tragedii, jaka spotyka ludzi gdzieś pozornie daleko od nas.
Tak. Bo jeżeli ja będę w stanie uświadomić każdemu, że ci ludzie mają te same potrzeby, że są tacy sami jak my, choć mają inny kolor skóry, inaczej wyglądające oczy i są może trochę wyżsi albo niżsi, to może wszyscy zrozumiemy, ze bezwzględnie trzeba pomagać. Że trzeba uratować każdego człowieka, którego się da. Żeby dziecko nie traciło matki, matka nie żyła z poczuciem straty albo żeby jakiś facet nie żył ze świadomością, że odeszła jego córka i żona.
Trzeba żyć, a nie umierać. A śmierć przedwczesna nie ma żadnego sensu. Umieranie ludzi dlatego, że nikt nie chce im pomóc, nie ma żadnego sensu. Nie ma zgody na taką śmierć.
A jeśli ktoś mówi inaczej? To co my możemy mu powiedzieć?
Nie wiem, w jaki sposób to wytłumaczyć. Ale mam takie poczucie, że każdy doświadczył w życiu straty człowieka, którego kochał. I nawet jeśli nasza pomoc trafia do ludzi, których osobiście nie znamy, to czy zwalnia nas to z walki o to, by zapobiegać śmierci przychodzącej zbyt szybko?
Wyobraź sobie, że obok ciebie stoi człowiek. A potem nagle go nie ma. Nie ma tego człowieka w jednej sekundzie. I to nie powoduje w tobie poczucia straty? Że człowiek był i go nie ma? Nie masz poczucia, że to strata, nawet jeśli go nie znałeś?  Że jest śmierć, choć mogło jej nie być? Po prostu będziesz stał obok i nie zareagujesz?
Ja tego inaczej nie potrafię wytłumaczyć.
http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/artur-zmijewski-trzeba-zyc-a-nie-umierac-wywiad/5k0810

środa, 23 grudnia 2015

Artur Żmijewski: "Jestem oczami, uszami, węchem i wzrokiem tych, którzy nigdy tam nie byli"

Artur Żmijewski: "Jestem oczami, uszami, węchem i wzrokiem tych, którzy nigdy tam nie byli"




Pojechał do Etiopii i do Mali. Po to, by zobaczyć miejsca… najbrzydsze. "Jestem oczami, uszami, węchem i wzrokiem tych, którzy nigdy tam nie byli" - mówi "Urodzie Życia" ambasador UNICEF-u Artur Żmijewski.
 
- Kim jest Abimata?
Kiedy ją poznałem, miała 15 dni. Dziś powinna mieć 12 tygodni. Jej matka, Kadia, umarła przy porodzie. Druga żona jej ojca nie chciała się nią zająć. Abimata została więc oddana pod opiekę szwagierce ojca, która jest osobą ponad 50-letnią. Czyli, jak na malijskie standardy, stoi nad grobem. To dziecko, kruszyna, jest karmione mlekiem w proszku. Ale mleko trzeba rozrobić w wodzie. A dostęp do wody i jej jakość to tam ogromny problem. Dziewczynka ma małe szanse na przeżycie.
 
- Jej matka zmarła podczas porodu. Wioska, w której urodziła się dziewczynka, położona jest zaledwie 17 kilometrów od szpitala. W Polsce często większe odległości pokonujemy w drodze do pracy.
Czasem, kiedy jadę z jednego końca Warszawy na drugi, spędzam w samochodzie dwie godziny. W Mali pokonanie 17 kilometrów to cała wyprawa. Pamiętam, jak kilka lat temu, również z UNICEF-em, byłem w Etiopii. Dojechaliśmy do jednej z wielu podobnych sobie wiosek. Ktoś podszedł do nas i powiedział: z tych chmur za 10 minut spadnie deszcz, jeżeli nie wyjedziecie w tej chwili, to nie wyjedziecie przez najbliższy tydzień. Szybko zapakowano nas do samochodu – ledwo zdążyliśmy. Tam deszcz rozrywa drogi. Osioł albo skuter to często jedyny środek transportu, którym można przewieźć ciężarną. I trzeba modlić się o to, by nie dostała krwotoku. Niejedna kobieta zmarła w takiej drodze.
 
- Mali nie jest pana pierwszą wyprawą z UNICEF-em. Wcześniej była Etiopia. Współpracuje pan z Polskim Komitetem Narodowym UNICEF-u od ponad ośmiu lat. Da się przygotować psychicznie na to, co tam się zastaje?
Zawsze na miejscu zdaję sobie sprawę, że to poza spektrum mojej wyobraźni. Nie jestem w stanie uwierzyć w to, co widzę. Oczywiście, z czasem człowiek się z tym jakoś oswaja, ale nigdy do końca. Większość ludzi z tak zwanego cywilizowanego świata, żyjących na co dzień w dobrobycie, jedzie tam, aby zobaczyć najładniejsze, najciekawsze miejsca i rzeczy. Misja UNICEF-u pokazuje rzeczy najprawdziwsze, czyli ten świat najbrzydszy.








- Odwracał pan wzrok?

Nie. Staram się tego nie robić. Czasem przymrużę oczy. Taki wentyl bezpieczeństwa. Ale w końcu po to tam jadę, aby tę prawdę zobaczyć, żeby później ludziom w miarę wiarygodnie o tym opowiedzieć. Jeżeli sam nie zechcę poczuć tamtej rzeczywistości do głębi, to nie zdołam tego zrobić w ogóle. Inaczej nie umiałbym zrozumieć emocji ludzi, których spotykam na miejscu. Dzięki podróżom do ich świata uświadamiam sobie, że tak naprawdę większość ludzi na Ziemi żyje w warunkach, które zasługują na pomoc. Często lepianka z klepiskiem do spania, z wiązką słomy pod głową jest ich jedynym dobytkiem. Nie mają nic więcej. To my żyjemy w enklawie. W naszej zachodniej cywilizacji często uważamy się za pępek świata. Tymczasem jesteśmy zaledwie częścią, i to niewielką. Częścią uprzywilejowaną.

 
- Wiele osób patrzy krytycznie na niebieską koszulkę z białym logo. Uważają, że u nas też jest dużo biedy, że lepiej pomagać tym, którzy są obok.
Bo nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ludzie mogą i muszą żyć. A tak w XXI wieku żyć nie powinni. Mamy wobec nich dług. Kiedyś czerpaliśmy garściami z afrykańskich ziem. Jeżeli jedynymi osiągnięciami, które mielibyśmy tam po sobie pozostawić, byłyby blacha falista na domkach, motorower i komórka, to jest to zdecydowanie za mało. Tym ludziom absolutnie należy się pomoc. To, że tego nie dostrzegamy, utrudnia zwyczajne odruchy solidarności. Kiedy przyjmowałem funkcję Ambasadora Dobrej Woli, nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. Uświadomiłem to sobie dopiero podczas pierwszej misji w Etiopii, a właściwie po powrocie, gdy musiałem wszystkim tłumaczyć, jak to wygląda. Jestem ustami i uszami, węchem i wzrokiem ludzi, którzy nigdy tam nie byli. Muszę to wszystko przekazać w wiarygodny sposób Kowalskiemu, bo to w jego imieniu tam jeżdżę. Wielką daje mi radość, gdy Kowalski zrozumie, że to autentyczna potrzeba. Koszt jednego SMS-a jest mniejszy niż koszt litra paliwa. A my za tę kwotę kupujemy kilka szczepionek na polio, gruźlicę i odrę.
 
- Która z wielu potrzeb jest w Mali najbardziej paląca?
Wszystko zaczyna się od edukacji. Raz: edukacja dotycząca higieny, rzeczy najprostszych; dwa: nauka czytania, pisania, liczenia; trzy: myślenia. Dzieciak, który będzie umiał czytać, będzie czytał książki, a jak będzie czytał książki, to będzie czytał o świecie, który jest inny. Nie zamknie się w miejscu, które widzi, nie będzie miał wyobrażenia wyłącznie obrazkowego. A to sprowokuje marzenia i pytania, wśród których znajdzie się pytanie o przyszłość, o to, kim chciałby być.



- Ale czy poczucie, że ta pomoc z zewnątrz to tylko kropla w morzu potrzeb, nie zniechęca do pomocy w ogóle?
Nie zniechęca, ponieważ widziałem efekty tej pomocy. Widziałem radość dzieci, które wyzdrowiały. Widziałem szczęście ich rodziców. I nawet jeśli nie wiem, jak potoczą się dalsze losy tych, którym pomagamy, to nie zmienia mojego przekonania, że każdy człowiek na tę pomoc zasługuje i każde życie jest ważne!

 
- Świat wartości zależy od szerokości geograficznej?
Nie wydaje mi się. Inna jest kwestia podejścia do wartości, szczególnie tych duchowych. Tam świat duchowy jest bardziej powszechny. Nikogo nie trzeba przekonywać, że w naszej cywilizacji jest odwrotnie. Nie jest sztuką pojechać tam z kolejną misją humanitarną, zawieźć mleko, masło i chleb. Sztuką jest pomoc w uświadomieniu, że często proste czynności i wiedza mogą pomóc w przeżyciu. Nie można wybierać: dać im rybę czy wędkę. Musimy dać im rybę i jednocześnie nauczyć, jak się korzysta z wędki.
 
- Po co to panu? Mocna pozycja w kinie, szczęśliwa rodzina, dom. Nie byłoby łatwiej usiąść wieczorem przed kominkiem z cygarem i whisky?
Od lat nie palę, a whisky piję okazjonalnie. Dostałem od życia, od ludzi tak dużo, że moim obowiązkiem jest dzielić się choć częścią. Wierzę, że energia, którą dajesz, wraca. I nie chodzi o egoistyczne: ja ci dam, ty mi kiedyś oddasz. To zwyczajne: skoro mogę, to chcę. Wcale nie uważam, że robię wiele. Czym jest kilka, kilkanaście dni na misji? W dodatku wracam bogatszy, niż wyjeżdżam – o wiedzę, doświadczenia, świadomość, punkt odniesienia. Oni zostają.



- Ktoś może pomyśleć: OK, Żmijewskiemu za rok stuknie pięćdziesiątka i szuka nowego sposobu na realizowanie siebie.
Pogodziłem się z upływem czasu, nie boję się go. Pogodziłem się z tym, że świat się zmienia i ja się zmieniam. Nawet z okularami na nosie się pogodziłem. Bywało mi wygodniej i bywało mi sprawniej, ale nie czuję potrzeby, by z tym walczyć. Mogę to zaakceptować z godnością albo być w tym śmiesznym. Tej drugiej ewentualności wolałbym uniknąć. W jednym przedstawieniu w Teatrze Narodowym zmarł jeden z kolegów. Został zastąpiony przez kolejnego. Później zmarł kolejny i też został zastąpiony. A przedstawienie trwało. Staram się mieć dystans, żeby nie zwariować. Bez dystansu się nie da. Nikt z nas nie jest niezastąpiony. Świat bez nas będzie trwał, nie zawali się. Ja tylko mogę nie dać dupy w tym wszystkim, muszę przekazać moim dzieciom to, co jest w życiu ważne. Moje „ambasadorowanie” to nie kwestia tego, że za rok skończę 50 lat. Po prostu pamiętam czasy, kiedy UNICEF pomagał Polakom. Mamy cholernie krótką pamięć. Przecież dopiero na początku XXI wieku jako Polska uzyskaliśmy prawo do organizowania takich akcji. Wcześniej byliśmy wyłącznie ich beneficjantami. To zobowiązuje, by oddać. Zobowiązuje każdego, nie tylko mnie. Będę umierał ze świadomością, że my jako UNICEF, jako Polacy zapaliliśmy nadzieję w niejednym człowieku. Świat pędzi. Trzeba zaakceptować to z godnością.

 
Rozmawiał  Dawid Kubiatowski
 
Jeżeli chcesz pomóc lub dowiedzieć się więcej, wejdź na: unicef.pl/Afryka
 
Cały wywiad z Arturem Żmijewskim w nowym numerze magazynu "Uroda Życia", styczeń 2016.





party.pl

niedziela, 20 grudnia 2015

Uratuj dziecko w Afryce


Sytuacja w Mali była niestabilna. Misja UNICEF Polska w regionie Sikasso była pierwszą od kilku lat. Walczyliśmy o życie każdego dziecka i mamy w Mali.
Dziękujemy za przekazaną pomoc!
Dziś musimy zapewnić ratujące życie szczepienia dla Nepalu. Kliknij UNICEF NEPAL i przekaż darowiznę!







www.unicef.pl

piątek, 18 grudnia 2015

Z wizytą w Centralnym Ośrodku Zdrowia w Sikasso


© UNICEF/Suder

Konstytucja Mali gwarantuje każdemu obywatelowi dostęp do opieki medycznej. Jak to wygląda w rzeczywistości? We wrześniu tego roku wspólnie z Ambasadorem Dobrej Woli, Arturem Żmijewskim, odwiedziliśmy Centralny Ośrodek Zdrowia w Sikasso, dużym mieście na południu kraju. To placówka, do której trafiają pacjenci z całego regionu.

Mimo ogromnego zaangażowania lekarzy, pielęgniarek i położnych sytuacja na oddziałach położniczym i pediatrycznym jest bardzo trudna.

Dr Poma Hachimi, lekarz pediatra, jasno określa potrzeby placówki: nie mamy oddziału intensywnej terapii ani sprzętu reanimacyjnego. Noworodki, które wymagają pilnej pomocy, w tym podania tlenu, wysyłamy do szpitala. Nie dysponujemy odpowiednim sprzętem, aby je tutaj przyjąć – przyznaje lekarz i pokazuje nam urządzenie do ogrzewania wcześniaków, które sam skonstruował. Na drewnianej poprzecznej belce wiszą na kablach 4 żarówki. Pod nimi mały materacyk. Mamy łzy w oczach.


© UNICEF/Suder

 O potrzebach swojego szpitala dr Hachimi opowiada z dużą precyzją – Pilnie potrzebujemy sprzętu do reanimacji noworodków i dzieci starszych. Niezbędne są inkubatory, lampy i stoły do reanimacji, a także łóżeczka dla małych pacjentów. W salach brakuje materaców i łóżek, dlatego nie możemy przyjąć wszystkich chorych. Nie mamy butli z tlenem, a przecież są one niezbędne przy ratowaniu życia dzieci w ciężkim stanie. Brak tlenu zmusza nas do odsyłania pacjentów – tłumaczy dr Hachimi.
Zdjęcia, które zrobiliśmy w ośrodku mówią same za siebie. Dzięki wsparciu UNICEF wiele zmieniło się na lepsze, ale nadal potrzebujemy pomocy, mówi dr Hachimi.

© UNICEF/Suder

© UNICEF/Suder

© UNICEF/Suder

© UNICEF/Suder

© UNICEF/Suder

Artur Żmijewski komentuje – Żadna Polka nie chciałaby rodzić w takich warunkach. I apeluje do Darczyńców UNICEF – Jeszcze niedawno to my, Polacy, otrzymywaliśmy pomoc z UNICEF. Pamiętajmy o tym. Pomóżmy matkom w Mali bezpiecznie rodzić swoje dzieci!

Pomóc może każdy z nas. Wystarczy wejść na stronę unicef.pl/afryka i przekazać darowiznę.

Środki zebrane w ramach tej kampanii przeznaczymy na sprzęt dla położnych, które odwiedzają matki rodzące w domach, leki, szczepionki oraz wyposażenie ośrodków zdrowia w aparaturę medyczną, która posłuży do ratowania życia dzieci w Mali (m. in. inkubatory, resuscytatory).


www.unicef.pl

czwartek, 10 grudnia 2015

Doktor Burski w sutannie

Artur Żmijewski znany jest widzom głównie jako doktor Burski w serialu "Na dobre i na złe". Już niedługo jednak będą oni musieli przyzwyczaić się do jego nowego wizerunku. Zamiast w lekarskim kitlu zobaczymy go bowiem na ekranie w... sutannie. Niedawno spotkaliśmy aktora na planie nowego serialu "Ojciec Mateusz", gdzie wciela się w tytułową postać księdza detektywa.

Jak pan się czuje w sutannie? Podobno mundur kształtuje człowieka?

Dobrze, nie sprawia mi to wielkiego kłopotu. Nie mam wrażenia, że jestem w nim zamknięty i ograniczony.

Czego możemy się spodziewać po "Ojcu Mateuszu"? Słyszałem, że choć jest to licencyjna wersja kręcona na podstawie włoskiego pierwowzoru "Don Mateo", to została ona przystosowana do polskich warunków. Czym wasza opowieść będzie się różniła od oryginału?

Cóż więcej mogę odpowiedzieć na to pytanie? Czym nasz serial będzie się różnił od oryginału, widzowie zobaczą dopiero, kiedy będzie gotowy i pojawi się na ekranie. Na razie sami troszeczkę eksperymentujemy, mamy pewne założenia, ale wolałbym o tym nie opowiadać. Lepiej to samemu ocenić. Na pewno nie będzie to kalka serialu włoskiego. U nas są inne postacie i inne wątki, a scenariusz nie jest spisany jeden do jednego z tamtego serialu i tak sfilmowany.

Czy będzie to poważny serial kryminalny z pościgami i strzelaninami, czy raczej pogodna opowieść detektywistyczna z elementami komediowymi?

To nie jest poważna opowieść kryminalna. Nie ma tego we włoskiej wersji, nie będzie też i w polskiej. To nie jest kino sensacyjne i nigdy nie było to naszym założeniem.

Kim jest tytułowy ojciec Mateusz?

Na pewno będzie to ksiądz nieszablonowy. Nie będziemy tu mocno eksploatowali sfery duszpasterskiej, wręcz przeciwnie. Na pierwszym planie będzie wątek detektywistyczny i jego pasja do rozwiązywania zagadek kryminalnych. To będzie taki detektyw w sutannie, umysł analityczny z dość dużą energią życiową. Chciałbym, żeby ojciec Mateusz miał w sobie dobrą energię w stosunku do innych ludzi, z którymi się styka i dawał widzom dobry przekaz energetyczny. Myślę, że cały serial będzie miał w sobie pozytywną energię, na to liczymy. A on, no cóż, ma być energiczny i nietypowy.

Jakim sprawom będzie stawił czoła ojciec Mateusz?

Będą to sprawy czysto kryminalne i z kościołem nie będą miały nic wspólnego. Mogę tylko powiedzieć, że będzie się zajmował sprawami ciekawymi. Wątek kościelny będzie się pojawiał tylko dlatego, że mój bohater jest księdzem.

Wszystkie sprawy kryminalne będzie pan rozwiązywał sam, czy będzie pan miał jakiego� pomocnika?

Jak na razie ksiądz Mateusz najchętniej kontaktuje się z aspirantem Noculem, którego gra Michał Piela. Trudno go jednak nazwać prawą ręką ojca Mateusza. To raczej mój bohater naprowadza go na pewne wątki, które powinny być wzięte pod uwagę w śledztwie. A on wprowadza w życie jego rady.

Rozumiem, że ojciec Mateusz będzie nieco w cieniu, a cały splendor spadnie na policję?

Ojciec Mateusz będzie osobą, która pomaga aspirantowi Noculowi w otwieraniu nowych wątków. Mój bohater nie będzie prowadził śledztw na własną rękę tylko po to, aby na koniec poinformować o ich wynikach policję, ale będzie naprowadzał go na pewne tropy i ślady.

Wzorował się pan na włoskim pierwowzorze?

Widziałem kilka oryginalnych odcinków, ale nie zamierzam się na tej wersji wzorować. Chcemy, żeby nasz serial różnił się od oryginału możliwie najpiękniej.

Spotykamy się w Sandomierzu. Czy akcja całego serialu będzie się toczyła tutaj?

Tak, cała opowieść osadzona jest w Sandomierzu i tu będziemy kręcili plenery. Chcemy, aby to piękne miasto nadało naszemu filmowi specyficzną atmosferę. Oczywiście z technicznego punktu widzenia ciężko tu kręcić wszystkie sceny, bo nie da się przez kilka miesięcy utrzymać całej produkcji i aktorów z dala od ich miejsc zamieszkania i teatrów, w których na co dzień pracują. Ja też od września będę zajęty w Teatrze Narodowym i trudno, żebym codziennie wyjeżdżał dwieście kilometrów od domu. Dlatego wnętrza - plebania, kościół i komisariat będą w Warszawie lub gdzieś w okolicach.

Jak się panu podoba miasto? Miał pan już okazję, żeby je zwiedzić?

Bardzo mi się podoba, choć oglądam je głównie podczas kręcenia zdjęć, bo nie mam czasu na spacery. Pracę zaczynamy wcześnie rano, a kończymy wieczorem. Byłem tu już wiele lat temu i bardzo mi się podobało, ale różnica między tym, co było kiedyś, a teraz jest ogromna. Teraz miasto jest odremontowane i dużo ładniejsze. Ma też tę zaletę, że nie ma tu wielu turystów i czuje się powietrze...

Jak mieszkańcy reagują na pana widok w sutannie?

Zdziwieniem, ale jest to raczej pozytywne zaskoczenie.

A pan nie zdziwił się, kiedy dostał tę propozycję?

Jestem aktorem i grywam różne role, raz księży, raz policjantów, raz złodziei, a innym razem lekarzy. Nigdy nie ukrywałem, że w mojej pracy interesuje mnie zmienność i nie chcę się przywiązywać do jednego wizerunku. I mam nadzieję, że tak się nie stanie.

Do tej pory kojarzył się pan z postacią lekarza, doktora Burskiego z "Na dobre i na złe". Zastanawiał się pan, jak widzowie będą reagowali na rolę ojca Mateusza?

Nie wiem jak zareagują. Chciałbym stworzyć postać wiarygodną, która zapisze się w pamięci widzów w fajny sposób. Po to, to robię.

Nie boi się pan zaszufladkowania?

A dlaczego miałbym się bać? Rola księdza jest jak każda inna, przynajmniej ja jš tak traktuję. Gdyby mi miała zamknąć drogę do dalszej pracy, to dziwnie bym się czuł. Moi koledzy też grali księży, Piotr Adamczyk wcielił się nawet w papieża, nie przeszkadza mu to jednak w graniu innych ról i to z dużym sukcesem. Niedawno mogliśmy go podziwiać nawet w lekkiej komedii romantycznej "Nie kłam kochanie". I dał radę. Nie mam poczucia misji w moim zawodzie. Wiem, że muszę swoją pracę wykonywać na tyle rzetelnie, żeby dać ludziom wiarygodny produkt. Nie zamierzam też ewangelizować widowni. To nie mój cel.

Serial jest osadzony w kościele, bo jego bohaterem jest ksiądz, ale nie na tym się skupiamy. Pokazujemy fajne historie, które powinny widzom dać trochę do myślenia. Każdy odcinek to zamknięta historia, w której zawarty jest pewien ładunek emocjonalny i morał.

Czy konsultował się pan z kimś w sprawach kościelnych?

Dotychczas nie było takiej potrzeby.

Lubi pan zagadki kryminalne?

Lubię i jak jest taka okazja to oglądam filmy kryminalne. Ale nie jestem pasjonatem tylko takiego kina, po prostu lubię oglądać dobre filmy, zarówno kryminalne, obyczajowe jak i melodramaty. Gatunek nie ma dla mnie większego znaczenia. Uważam, że kino jest po to, aby dawać ludziom to, co lubią oglądać, Ono ma być dla nich rozrywkę i rodzajem zabawy, która daje trochę do myślenia.


Będzie pan miał czas na wakacje?

Cały czas jestem w pracy. O ile pogoda będzie nam sprzyjać zdjęcia do serialu potrwają cztery miesiące. Na razie kręcimy trzynaście odcinków, a co będzie dalej, to się okaże. Nie wiem, jakie będš dalsze losy tego serialu i nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

http://film.wp.pl/