sobota, 16 stycznia 2010

RÓŻCZKA I ŻMIJEWSKI CHARYTATYWNIE

RÓŻCZKA I ŻMIJEWSKI CHARYTATYWNIE

Znani aktorzy promują nowa akcję UNICEF. Jak jeszcze pomagają gwiazdy?




CHARYTATYWNY SHOW-BIZNES
DODA CHARYTATYWNIE I... Z PUPĄ NA WIERZCHU
Nie oszukujmy się, polskie gwiazdy nie mogą pomagać tak spektakularnie jak ich Hollywoodzcy koledzy. Po prostu nie stać ich na przekazywanie biednym astronomicznych kwot , starają się jednak jak mogą i to nie tylko w momentach, kiedy dzieje się tragedia.
Ostatnim przykładem takiej działalności są Magdalena Różczka i Artur Żmijewski . Aktorzy promują kampanię UNICEF-u "Reszta w Twoich rękach", która ma na celu niesienie pomocy dzieciom w najuboższych rejonach świata. Nie przypadkowo promocji towarzyszą wielkie monety , akcja ma bowiem na celu przekonanie Polaków, by przy płaceniu za zakupy, resztę pobierali w tzw. Dobrych Dukatach. Każdy Dukat to równowartość 4 złotych, za które UNICEF następnie kupuje szczepionki, środki opatrunkowe, żywność.
Artur Żmijewski, który od lat działa jako ambasador dobrej woli UNICEF w towarzystwie nowicjuszki w tej dziedzinie - Magdaleny Różczki.

Użyczanie swoich nazwisk i wizerunków przez znane osoby w celu promowania akcji charytatywnych jest najpopularniejszą formą pomocy jednak to nie jedyny sposób sławnych, by pomagać. Polscy aktorzy, piosenkarze i celebryci od kilku lat z inicjatywy Oliviera Janiaka tworzą Kalendarz Dżentelmeni . Dochód ze sprzedaży kalendarzy przeznaczony jest na zakup butów dla dzieci z domów dziecka. Do innego kalendarza pozują panie. Gwiazdy wspierają akcję "Chronię życie przed rakiem szyjki macicy" pozując do kalendarza "Dbam o zdrowie" . Gwiazdy zza oceanu mają nieco większe pole do popisu. Moga na przykład zaprojektować ubrania, jak Gwyneth Paltrow , Katie Holmes czy Victoria Beckham , perfumy jak Antonio Banderas .
Akcje podejmowane przez gwiazdy można mnożyć, ale ważne jest jedno - mimo sławy i bogactwa znani nie zapominają o najbardziej potrzebujących i za to je kochamy.



plejada.pl

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Staram się dawać dobry przykład

Staram się dawać dobry przykład

7 grudnia, w niedzielny wieczór, usiądziemy całymi rodzinami przed telewizorami, włączymy Jedynkę, zanurzymy się po uszy w popcornie i obejrzymy pierwszy odcinek serialu "Ojciec Mateusz". Z Arturem Żmijewskim o kondycji katolicyzmu, porządnych ludziach i dobrodziejstwach telewizji rozmawia Agnieszka Kropielnicka, która odwiedziła plan zdjęciowy w Sandomierzu.


Ależ pana pędzą w kółko na tym rowerze! Stop, akcja, dubel - i znów od początku.
Uff. Nawet chciałem od razu przeprosić, jestem trochę zmęczony. A jeszcze rynek pochyły, więc sporo trzeba jeździć pod górkę. Jak się tak podjedzie piąty, siódmy, dziesiąty raz... To wymaga kondycji dwudziestolatka. Ale ma nawet dobre strony, bo... 

...osłabiony wysiłkiem będzie pan mniej czujny i zdradzi więcej szczegółów ze swojego życia intymnego. 
(Chwila konsternacji) Nie to miałem na myśli. Zaznam w ten sposób trochę rowerowego sportu, bo na co dzień mój rower stoi w domu i przeszkadza. A tak, pod przymusem, trochę się rozruszam. Tylko ten bruk. Bądźmy szczerzy, to nic miłego. 

Przed chwilą widziałam, jak chłopak z ekipy filmowej specjalnie wabi okruszkami gołębie na drogę, żeby pan mógł w nie wpadać rowerem z pełną prędkością. Mordercy.
A próbowała pani kiedyś przejechać gołębia rowerem? 

Pewnie.
Więc pani wie, że to absolutnie niemożliwe. Gołębiom nie dzieje się krzywda, można nawet powiedzieć, że tutejsze stado jest jednym z głównych aktorów serialu. 


Czy dlatego wybraliście do plenerowych zdjęć Sandomierz? Te ptaki są lepsze od innych?
Sandomierz fotografuje się jak Toskania, przybiera ciepłe kolory, a serial miał być ciepły, przytulny. Oczywiście nie w sensie jakichś rozlanych glutów, ale fajnej życiowej pogody. A taki krajobraz do niej chyba nastraja, proszę się rozejrzeć. Bursztynowe powietrze, pelargonie, czerwone dachy. Takie rzeczy do uśmiechu. 

Spadziste bruki, wąskie uliczki, bladobłękitne niebo. Tak sobie siedzieć i patrzeć... Aż mi przykro, że muszę przejść do tematu, który wymyśliłam.
A co, jest straszny? Czy pani w tym ślicznym, spokojnym mieście tropi sensacje, czy dla pani interesujące są skazy, wady, okropieństwa, rysy? W mieście, we mnie, na planie? Tacy właśnie teraz jesteśmy, my ludzie, takie ma być wszystko w tym spsiałym świecie, w którym skandal stał się miarą sukcesu? 

Pan mnie prowokuje tym wykładem?
A jak pani myśli?

Tak, to od razu widać w pana oczach. Świecą podstępną złośliwością. Nie spodziewałam się tego po dobrym, bogobojnym człowieku. Katoliku. W dodatku praktykującym, prawda?
Tak. 

Przy okazji, ciekawi mnie, jak praktykujący katolik czuje się w roli księdza? Czy to nie bluźnierstwo?
Jak się czuję? Głupio! To deli-katna sytuacja. Jestem aktorem, a noszę szaty liturgiczne i udaję, że odprawiam liturgiczne obrzędy. I to w dodatku w konkretnym kościele, a nie w dekoracji zbudowanej na potrzeby filmu. Ale z dnia na dzień czuję się tam coraz swobodniej i te konflikty wewnętrzne są coraz mniej wyraźne. To oczywiście nie znaczy, że zamierzam pozostać po drugiej stronie ołtarza już na zawsze.

Cieszę się. Zna pan określenie "kościelny atak śmiechu"? Nie chcę pana urazić, ale czy miewacie, częsty w miejscach kultu, odruch chichotania? 
Aż tak nie, chociaż... Była taka sytuacja, kiedy jedna pani statystka piąty czy szósty raz podchodziła do mnie w scenie udzielania komunii. Któryś raz pada komenda "stop!", a ona zatrzymała się z otwartymi ustami akurat przede mną, ale hostii nie dostała. Stoimy tak i ona pyta w końcu: "A czy to, co pan daje, to jest prawdziwa hostia?". Oczywiście uspokoiłem ją, że nie, nie jest poświęcona. To niedopuszczalne. 

Straszny jest teraz skandal w katolickim świecie, bo jakiś Kanadyjczyk wstawił na YouTube film, na którym karmi poświęconą hostią kaczki. U nas pewnie będzie większy, kiedy ktoś swarliwy zacznie pytać o wątek hostii w "Ojcu Mateuszu" i nie posłucha wyjaśnienia. A czy nie dość już skandali wokół polskiego Kościoła? Pedofilia, złodziejstwo, księża o faszystowskich zapędach...
Ja bym odwrócił bieg tej rozmowy. Pani mówi o wielkiej liczbie skandali w Kościele, a gdzie ich nie ma? A pomówienia Leppera? A te wszystkie komisje śledcze, począwszy od afery Rywina? Od wieków wiadomo, że absolutnie każde środowisko ma swoją czarną owcę, która jest zdolna napsuć mnóstwo krwi. A w środowisku kościelnym, które ma wskazywać drogę, pomagać, chronić, poświęcać się ze wszystkich sił, to jest zwyczajnie wyraźniejsze. 

Ludzi chyba najbardziej irytował obyczaj ukrywania występków księży przez duchownych najwyższych rangą. Dobro Kościoła przedkładali nad dobro skrzywdzonych wyznawców.
I właśnie wylezienie tych paskudztw na światło dzienne oznacza początek procesu zdrowienia. Wiemy przynajmniej jedno - nie każdy w tym świecie chce zamieść wszystko pod dywan. Proszę pamiętać, że Kościół w dzisiejszych, skomplikowanych czasach też szuka sobie drogi, jak każdy z nas. Jeśli ma pani coś za złe Kościołowi, wybaczy mu pani, patrząc na siebie i swoje błędy życiowe. A tak w Kościele, jak i poza nim jest mnóstwo tych, którzy wykrzywiają założenia. Ja bym tym ludziom powiedział tylko jedno: pamiętajcie, że katolicyzm w założeniu jest MIŁOŚCIĄ, a nie NIENAWIŚCIĄ! 

Pan prawie wstał. Pan jest idealistą!
A tak, i do tego marzycielem! I dziwi mnie, a nawet wkurza, że po stronie agresywnej i po nieagresywnej modne jest powoływanie się na osobę zmarłego papieża Jana Pawła II, który nigdy nie pokazał po sobie agresji (wystarczyło na niego popatrzeć), nawet jeśli ją w sobie miał. Gniew i niezadowolenie czasem tak, jak w przypadku teologii wyzwolenia, ale nigdy agresji. 


A teologia wyzwolenia mówiła o Chrystusie jako o sprytnym polityku.
I dziwi się pani, że papieża rozgniewała?

Nie. A jak to się stało, że religia w naszym kraju skupia wokół siebie tak wielu ludzi pełnych nienawiści, plujących jadem, agresywnych?
Ludzie pełni kompleksów, na nieszczęście obdarzeni charyzmą (nie ma w historii świata bardziej niebezpiecznej mieszanki), potrafią skupić wokół siebie innych zakompleksionych.

Czas, miejsce i państwo jest tu obojętne. Najsłabszych dodatkowo zastraszają i tak zbiera się grono wyznawców. To się może przytrafić religii i każdemu innemu środowisku. A Jedwabne? A pogrom kielecki? Wiem, nie odpowiadam wprost, ale chyba można zrozumieć, o co mi chodzi. I jeszcze jedno - nie jestem fanem Radia Maryja i czytuję "Gazetę Wyborczą".

I oto religia w naszym kraju przestała zachowywać swoją funkcję - łączenia, wspierania i godzenia. Jak to zmienić?
Niech pani pyta mądrzejszych ode mnie. Jest teraz mnóstwo pretensji do Kościoła, że jest konserwatywny, ale jaki ma być, jeśli nie konserwatywny? Przecież to jego istota. Kościół ma być silny, trwały i - tak! - dogmatyczny. Oczywiście powinien ewoluować wraz ze zmianami cywilizacyjnymi, ale w żadnym wypadku dostosowywać się do wymagań pana Kowalskiego. Co by pomyśleli ludzie o Kościele, który się nagina do każdego życzenia?

Niczym przedstawiciel handlowy. Trochę mnie pan przekonał.
Nie powinniśmy na ten temat rozmawiać, bo o tym, jaki Kościół winien być, debatują zawsze najmądrzejsze głowy, nic nam do tego. Tak jak debatowano na II Soborze Watykańskim, który przyniósł Kościołowi ogromne zmiany.

A może jednak świecki prostak, taki jak pan, pan Kowalski czy ja, powinien zostać wysłuchany?
A czego by pani chciała?

Choćby tego, żeby msza święta przestała wyglądać jak odcinek "Benny Hilla". Pan nie widział zakonnicy w mojej parafii. Jak wielki czarny kot waliła bezładnie łapami w klawisze i fałszywie mruczała. Kiwała się na stołku, kurzyło się z niej jak z komina, bo miała zetlały habit. A religijny obrzęd musi być mistyczny. Wprowadzać w rodzaj transu.
Musi? 

Nie sądzi pan, że za odchodzenie Polaków od Kościoła należy winić także śmieszność obrzędów i fatalną oprawę muzyczną?
Byłem niedawno w Los Angeles na mszy gospel i rzeczywiście jest coś takiego. To bardzo widać - jakiego to daje wiernym kopa, jaki power, zgadzam się, oni wyszli z kościoła i mogli biec zawojować świat. Czułem wręcz pewność, że cokolwiek się z nimi stanie, przeżyją, przetrwają. Byli ogromnie podniesieni na duchu.

A czy nie po to chodzimy do kościoła? Żeby wyjść i z podniesionym czołem poddać się narowom szefa czy wreszcie zabrać dzieci i uciec od męża, który bije nas przez lata?
Nie, nie! Wiara katolicka to wiara serca i rozumu! Nie magiczne obrzędy. Nie prymitywne oddziaływania.

Ilu jest serdecznych i rozumnych? Większość z nas to nieuki i prymitywy.
Dlatego nie uważam, że trafi się do większości społeczeństwa poprzez upajanie ich w kościołach dobrą muzyką (choć w niektórych wypadkach umiejętności organistów mogłyby być trochę lepsze), bo kiedy zaczną chodzić do świątyń świadomie, może być już za późno. Trzeba działać poprzez wykształcenie. Uparte, latami, kształcenie rozumu, charakteru. I wierzę, że każdy człowiek wykształcony staje się mądry, a każdy człowiek mądry staje się dobry. No, może nie każdy.

Czyli na drodze do dobra nie ma innego wyjścia, jak przymusowe poszerzanie horyzontów. Jak to robić?
Prosto! Zaczynamy ab ovo - my, rodzice.

Pan jest ojcem trójki dzieci, wierzę, że pan wie, co robi.
I staram się, jak mogę. Na początek trzeba w miarę możliwości pokazywać dzieciom rzeczy inne niż te, które znają. Dla jednych to będzie wyjazd na drugą półkulę, dla innych wyjazd do miasta, dla innych - sąsiednie województwo. Jako pierwsze okno na świat znakomite są książki. Choć nie wszystkie kierunki medialne mi się podobają, znakomita jest także telewizja. 

Nawołuje pan dzieci do oglądania telewizji? Będzie pan idolem najmłodszych.
I tak masę czasu spędzają przed telewizorem, więc warto zadbać, żeby oglądały rzeczy wartościowe. Są ludzie, którzy świat poza swoim domem, obejściem oglądają tylko tym sposobem.

Ale to nie wystarczy.
Wystarczy na początek, żeby pobudzić ciekawość, a ona może prowadzić dalej do odkrywania inności, następnie do akceptacji. Poznanie sprawia, że przestajemy się bać odmienności.

I przestajemy rzucać w Murzynów bananami.
Tak, oczywiście. Wiem, że mówię banalne rzeczy, ale skoro chce pani rozmawiać o katolickiej wierze z katolikiem, to zacznijmy od rzeczy najprostszych.

Ależ mnie właśnie o to chodzi. W tej masie wyborów ludzie zapomnieli o podstawach. Jak pan wychowuje własne dzieci?
Po prostu daję dobry przykład. To znaczy, czy on jest dobry, nie mnie oceniać. Powiem inaczej - jeśli czegoś wymagam, sam muszę to robić. Do cholery, takie głupoty, jak trzymanie łokci przy sobie podczas jedzenia! Jak mógłbym tego wymagać, sam trzymając łokcie wyżej uszu czy rozwalony nad talerzem zupy... Jak mógłbym wymagać ustawiania kapci w rządku, gdybym sam rozwłóczał je po całym domu? Powiem szczerze - nie do końca jestem zwolennikiem bezstresowego wychowywania dzieci.

Konsekwentni rodzice, stresowe wychowanie, uparte wykształcenie i co jeszcze?
To bardzo ważne - wielkie autorytety.

Wielkie co?
Autorytety.

Są jakieś?
A NIE MA?! To nie jest temat do żartów. Wielkie pozytywne autorytety emanujące pozytywną energią, które mówią: "Próbujmy rozumieć siebie, a nie walczyć, próbujmy współżyć, a nie wojować, budujmy, a nie psujmy".

Oczy się panu świecą, pan w to wierzy naprawdę.
A pani nie?

Wierzę. Kto jest pańskim autorytetem?


Władysław Bartoszewski, który po przejściach w Auschwitz potrafi być rzecznikiem dialogu polsko-niemieckiego. Ogarnął ten świat tak dalece i tak mocno, że przestał się go bać.






piątek, 27 sierpnia 2004

"Nie jestem aktorem serialowym" - wywiad z A. Żmijewskim

FilmWeb: Scenariusz "Ławeczki" powstał na podstawie popularnej sztuki Aleksandra Gelmana, której brawurowa inscenizacja w reżyserii Macieja Wojtyszki Joanną Żółkowską Januszem Gajosem w rolach głównych, uważana jest za jedną z najlepszych spektakli w historii Teatru Telewizji. 
Czy przygotowując się do roli w filmie Macieja Żaka inspirował się Pan rolą Janusza Gajosa? Czy w ogóle fakt, że będzie Pan porównywany do Gajosa ułatwiał, czy utrudniał Panu pracę? 
Artur Żmijewski: Muszę przyznać, że świadomość roli Janusza Gajosa w ogóle mi nie ciążyła. Po prostu od samego początku założyłem sobie, iż nie będę się na niej wzorował. Znam ją oczywiście, bowiem kilkakrotnie oglądałem spektakl, ale tym bardziej chciałem się od niej odciąć. 
Już na samym początku, kiedy zastanawiałem się nad postacią Piotra, nad tym, z której strony go ugryźć, postanowiłem, że nie będę się kreacją Gajosa sugerował. Z tego też powodu nie oglądałem sztuki Wojtyszki już na długo przed rozpoczęciem zdjęć. 
Przyznam szczerze, że to dopiero dziennikarz uświadomili mi, iż mogę niejako "rywalizować" z Januszem Gajosem. Ja w ogóle o tym nie myślałem. 

FilmWeb: Jak w takim razie przygotowywał się Pan do roli? 
Artur Żmijewski: Najprostszym sposobem jest popracowanie trochę nad tekstem i zrozumienie jakim on jest w sensie werbalnym. Potem dopiero szuka się tego, co można między wierszami zawrzeć. 


Tworząc postać Piotra opierałem się na własnych wyobrażeniach i przemyśleniach. Chciałem, żeby był to bohater przede wszystkim prawdziwy. 

FilmWeb: Zdjęcia do "Ławeczki" zostały nakręcono w rekordowo krótkim czasie. Czy było łatwo? 
Artur Żmijewski: Nie było łatwo, było piekielnie trudno. Wymagało to od nas maksymalnej koncentracji i doskonałej organizacji. Gdybyśmy wcześniej nie odbyli kilku prób i nie uzgodnili jaki film, w jaki sposób chcemy nakręcić i jakie postaci chcemy zagrać to nigdy by nam się to nie udało. 
Zanim rozpoczęliśmy zdjęcie spotkaliśmy się kilka razy w Warszawie, gdzie omówiliśmy wszystkie szczegóły. Później, już po przyjeździe do Szczecina, zwyczajnie sprzyjały nam okoliczności. Przez te kilkanaście dni nad morzem praktycznie się ze sobą nie rozstawaliśmy. Nie dość, że spędzaliśmy sporo czasu na planie to jeszcze mieszkaliśmy w jednym hotelu zatem pod koniec każdego dnia spotykaliśmy się przy kolacji i omawialiśmy plan zadań na dzień następny. 

FilmWeb: Czy zdarzało się Wam improwizować na planie? Sceny wesela, podczas których na statku przebywa kilkadziesiąt osób na pewno obfitowały w tego rodzaju okazje. 
Artur Żmijewski: Nie, nie robiliśmy czegoś takiego. Niewielki budżet i bardzo krótki czas zdjęć zmusiły nas do tego, żeby działać zgodnie z założonym wcześniej planem. Nie było mowy o żadnych improwizacjach. 

FilmWeb: Jak ocenia Pan bohatera, w którego rolę się wciela? Jest to bowiem postać, która może podzielić publiczność. Z osób, które widziały film część uznała Piotra za sympatycznego, ale byli i tacy, których do siebie zniechęcił. 
Artur Żmijewski: Moim zdaniem Piotr nie jest typowym czarnym charakterem, który z definicji musi i chce czynić zło. To człowiek "przeciągnięty" przez życie, pełen bolesnych doświadczeń, który swoje niepowodzenia w życiu osobistym rekompensuje częstymi miłostkami. 
Nie ma ludzi idealnych. Każdy z nas ma swoje wady i lęki. Bardzo często sami - podobnie jak Piotr - szukamy jakiegoś wyjścia awaryjnego pozwalającego na uniknięcie własnych zobowiązań. 
Dla mnie Piotr jest przede wszystkim człowiekiem niepewnym siebie, pogubionym. Sam o sobie wielu rzeczy nie wie. Usiłuje się ich dowiedzieć, ale jednocześnie tak bardzo boi się tego, co może odkryć, że odwleka tę konfrontację w nieskończoność. Nie odróżnia już fikcji od prawdy. Uwierzył, że można oprzeć swoje życie na kłamstwie i teraz nie potrafi się z tego wyplątać. To w gruncie rzeczy postać bardzo nieszczęśliwa, która powinna wzbudzać nie niechęć, a współczucie. 
Dla mnie z tej sytuacji płynie bardzo prosty morał. Im mniej kłamstwa w naszym życiu a więcej szczerości, tym żyć nam się będzie łatwiej. 

FilmWeb: Wspomniał Pan, że tak szybka realizacja zdjęć nie byłaby możliwa, gdybyście Państwo wcześniej nie uzgodnili jaki film chcecie zrobić. Jaka zatem miała być "Ławeczka"? Dowcipną opowieścią o miłości, czy też może gorzką historią o rozczarowaniu i kłamstwie? 
Artur Żmijewski: Chcieliśmy zrobić przede wszystkim film prawdziwy, opowiadający o kawałku życia i odpowiedni dla każdego widza, który chce przyjść do kina i obejrzeć historię, która naprawdę może się wydarzyć. 
Dla mnie osobiście "Ławeczka" to historia o kłamstwie i o jego niszczycielskiej sile. To film o dwojgu skrajnie różnych ludzi, którzy dążą do tego samego - do porozumienia."Ławeczkę" kręciliśmy z myślą o widzach, którzy nie boją się stawiania pytań. Czy Piotr i Kasia mogą się zejść? Czy tego chcą? Czy w ogóle możliwe jest między nimi porozumienie? Mam nadzieję, że film ten skłoni publiczność do zastanowienia się nad tymi pytaniami. 

FilmWeb: Jest pan aktorem, który od kilku lat cieszy się ogromną popularnością miedzy innymi dzięki udziałowi w serialu "Na dobre i na złe". Już na konferencji prasowej byliśmy świadkami, iż dla wielu osób Pan po prostu jest doktorem Burskim. Czy świadomość tego, że większości widzów kojarzy się Pan z tą właśnie rolą nie ciąży Panu, nie przeszkadza? 
Artur Żmijewski: Zacznijmy od tego, że ja nie traktuję swojej kariery - co usiłują wmówić mi niektórzy dziennikarze - jako kariery serialowej. Niektórzy dziennikarze podczas rozmów ze mną czynili z tego wręcz zarzut, jednak ja nie usiłuję nawet z nimi polemizować gdyż nie jestem aktorem, który zawdzięcza swoją popularność i karierę tylko i wyłącznie serialowi. 
Nigdy o sobie nie mówiłem i nie myślałem jako o aktorze serialowym. Żałuję tylko, że pisząc o mnie dziennikarze często zapominają wspomnieć, że od wielu lat jestem etatowym aktorem Teatru Narodowego. Teatr jest moim pierwszym miejscem pracy i tam spędzam najwięcej czasu, z teatrem związałem się zresztą dużo wcześniej zanim zostałem zaangażowany do serialu. Jestem aktorem. Gram różne role, ale też w różnych mediach. 

FilmWeb: Czyli jednak przeszkadza Panu... 
Artur Żmijewski: Nie przeszkadza, może co najwyżej niekiedy męczy albo irytuje. To wizerunek, który kreuje się w głowach ludzi obserwujących naszą pracę, ale znających jej efekty tylko z mediów najszerzej dostępnych. Nikomu z tych osób na ogół nie przychodzi do głowy, że serial to zaledwie część mojej zawodowej aktywności. 
Nie mam natomiast wpływu na to, że ludzie, którzy oglądają nas co tydzień traktują nas jak domowników. W końcu już od kilku lat ponad 10 milionów widzów co tydzień ogląda mnie, moich kolegów i koleżanki w "Na dobre i na złe". Zrozumiałym jest więc, iż dla części z nich stajemy się już nie aktorami, ale bohaterami, których odtwarzamy. Mam tego świadomość, ale nie ciąży mi to. Nie dostaję również z tego powodu zawrotów głowy. Staram się zachować spokój i koncentrować się na swojej pracy, której mam naprawdę wiele i to nie tylko w serialu. 

FilmWeb: Jednak popularność jaką zdobył Pan dzięki roli w serialu już dawno wykroczyła poza ramy telewizyjnego ekranu. Oprócz Telekamery w zeszłym roku został Pan po raz pierwszy uznany przez czytelników magazynu Viva za najprzystojniejszego Polaka. Co Pan sądzi o tego typu nagrodach? 
Artur Żmijewski: Nigdy nie startowałem do tytułu Mistera Universum, nigdy nie było to też moim marzeniem. Nie mam niestety stosownych wymiarów, jak ubiegający się o ten tytuł i zapewne odpadłbym w przedbiegach. 
Na tę nagrodę patrzę przez pryzmat sympatii i popularności jaką cieszę się wśród widzów pamiętając, złożyło się na nią kilka lat mojej pracy. Traktuję ją z pewnym dystansem, ale odbieram ją jako nagrodę za pracę, którą wykonuję bowiem jest ona najlepszym dowodem na to, iż cieszy się ona uznaniem widzów. 

FilmWeb: Proszę mi jeszcze powiedzieć kilka słów na temat najbliższych Pana planów zawodowych. Jakiś czas temu pańskie nazwisko pojawiło przy okazji kompletowania obsady serialu "Pl-Boy", ale o projekcie na razie nic się nie mówi. 
Artur Żmijewski: I tak to niestety w większości przypadków jest z tymi planami, dlatego też nie lubię o nich mówić. Zapowiada się bowiem jakiś film. Informacje pojawiają się w gazetach i w internecie, a później, w większości przypadków, albo zostaje on opóźniony, albo w ogóle zawieszony. 
To czego jestem pewien to tego, że z początkiem sezonu rozpoczynamy próby w Teatrze Narodowym "Ryszarda II", w którym gram jedną z głównych ról. 
Co do planów filmowych, to póki one nie są sprecyzowane wolę o nich nie opowiadać. 

FilmWeb: Dziękuję bardzo za rozmowę.