poniedziałek, 8 grudnia 2008

Staram się dawać dobry przykład

Staram się dawać dobry przykład

7 grudnia, w niedzielny wieczór, usiądziemy całymi rodzinami przed telewizorami, włączymy Jedynkę, zanurzymy się po uszy w popcornie i obejrzymy pierwszy odcinek serialu "Ojciec Mateusz". Z Arturem Żmijewskim o kondycji katolicyzmu, porządnych ludziach i dobrodziejstwach telewizji rozmawia Agnieszka Kropielnicka, która odwiedziła plan zdjęciowy w Sandomierzu.


Ależ pana pędzą w kółko na tym rowerze! Stop, akcja, dubel - i znów od początku.
Uff. Nawet chciałem od razu przeprosić, jestem trochę zmęczony. A jeszcze rynek pochyły, więc sporo trzeba jeździć pod górkę. Jak się tak podjedzie piąty, siódmy, dziesiąty raz... To wymaga kondycji dwudziestolatka. Ale ma nawet dobre strony, bo... 

...osłabiony wysiłkiem będzie pan mniej czujny i zdradzi więcej szczegółów ze swojego życia intymnego. 
(Chwila konsternacji) Nie to miałem na myśli. Zaznam w ten sposób trochę rowerowego sportu, bo na co dzień mój rower stoi w domu i przeszkadza. A tak, pod przymusem, trochę się rozruszam. Tylko ten bruk. Bądźmy szczerzy, to nic miłego. 

Przed chwilą widziałam, jak chłopak z ekipy filmowej specjalnie wabi okruszkami gołębie na drogę, żeby pan mógł w nie wpadać rowerem z pełną prędkością. Mordercy.
A próbowała pani kiedyś przejechać gołębia rowerem? 

Pewnie.
Więc pani wie, że to absolutnie niemożliwe. Gołębiom nie dzieje się krzywda, można nawet powiedzieć, że tutejsze stado jest jednym z głównych aktorów serialu. 


Czy dlatego wybraliście do plenerowych zdjęć Sandomierz? Te ptaki są lepsze od innych?
Sandomierz fotografuje się jak Toskania, przybiera ciepłe kolory, a serial miał być ciepły, przytulny. Oczywiście nie w sensie jakichś rozlanych glutów, ale fajnej życiowej pogody. A taki krajobraz do niej chyba nastraja, proszę się rozejrzeć. Bursztynowe powietrze, pelargonie, czerwone dachy. Takie rzeczy do uśmiechu. 

Spadziste bruki, wąskie uliczki, bladobłękitne niebo. Tak sobie siedzieć i patrzeć... Aż mi przykro, że muszę przejść do tematu, który wymyśliłam.
A co, jest straszny? Czy pani w tym ślicznym, spokojnym mieście tropi sensacje, czy dla pani interesujące są skazy, wady, okropieństwa, rysy? W mieście, we mnie, na planie? Tacy właśnie teraz jesteśmy, my ludzie, takie ma być wszystko w tym spsiałym świecie, w którym skandal stał się miarą sukcesu? 

Pan mnie prowokuje tym wykładem?
A jak pani myśli?

Tak, to od razu widać w pana oczach. Świecą podstępną złośliwością. Nie spodziewałam się tego po dobrym, bogobojnym człowieku. Katoliku. W dodatku praktykującym, prawda?
Tak. 

Przy okazji, ciekawi mnie, jak praktykujący katolik czuje się w roli księdza? Czy to nie bluźnierstwo?
Jak się czuję? Głupio! To deli-katna sytuacja. Jestem aktorem, a noszę szaty liturgiczne i udaję, że odprawiam liturgiczne obrzędy. I to w dodatku w konkretnym kościele, a nie w dekoracji zbudowanej na potrzeby filmu. Ale z dnia na dzień czuję się tam coraz swobodniej i te konflikty wewnętrzne są coraz mniej wyraźne. To oczywiście nie znaczy, że zamierzam pozostać po drugiej stronie ołtarza już na zawsze.

Cieszę się. Zna pan określenie "kościelny atak śmiechu"? Nie chcę pana urazić, ale czy miewacie, częsty w miejscach kultu, odruch chichotania? 
Aż tak nie, chociaż... Była taka sytuacja, kiedy jedna pani statystka piąty czy szósty raz podchodziła do mnie w scenie udzielania komunii. Któryś raz pada komenda "stop!", a ona zatrzymała się z otwartymi ustami akurat przede mną, ale hostii nie dostała. Stoimy tak i ona pyta w końcu: "A czy to, co pan daje, to jest prawdziwa hostia?". Oczywiście uspokoiłem ją, że nie, nie jest poświęcona. To niedopuszczalne. 

Straszny jest teraz skandal w katolickim świecie, bo jakiś Kanadyjczyk wstawił na YouTube film, na którym karmi poświęconą hostią kaczki. U nas pewnie będzie większy, kiedy ktoś swarliwy zacznie pytać o wątek hostii w "Ojcu Mateuszu" i nie posłucha wyjaśnienia. A czy nie dość już skandali wokół polskiego Kościoła? Pedofilia, złodziejstwo, księża o faszystowskich zapędach...
Ja bym odwrócił bieg tej rozmowy. Pani mówi o wielkiej liczbie skandali w Kościele, a gdzie ich nie ma? A pomówienia Leppera? A te wszystkie komisje śledcze, począwszy od afery Rywina? Od wieków wiadomo, że absolutnie każde środowisko ma swoją czarną owcę, która jest zdolna napsuć mnóstwo krwi. A w środowisku kościelnym, które ma wskazywać drogę, pomagać, chronić, poświęcać się ze wszystkich sił, to jest zwyczajnie wyraźniejsze. 

Ludzi chyba najbardziej irytował obyczaj ukrywania występków księży przez duchownych najwyższych rangą. Dobro Kościoła przedkładali nad dobro skrzywdzonych wyznawców.
I właśnie wylezienie tych paskudztw na światło dzienne oznacza początek procesu zdrowienia. Wiemy przynajmniej jedno - nie każdy w tym świecie chce zamieść wszystko pod dywan. Proszę pamiętać, że Kościół w dzisiejszych, skomplikowanych czasach też szuka sobie drogi, jak każdy z nas. Jeśli ma pani coś za złe Kościołowi, wybaczy mu pani, patrząc na siebie i swoje błędy życiowe. A tak w Kościele, jak i poza nim jest mnóstwo tych, którzy wykrzywiają założenia. Ja bym tym ludziom powiedział tylko jedno: pamiętajcie, że katolicyzm w założeniu jest MIŁOŚCIĄ, a nie NIENAWIŚCIĄ! 

Pan prawie wstał. Pan jest idealistą!
A tak, i do tego marzycielem! I dziwi mnie, a nawet wkurza, że po stronie agresywnej i po nieagresywnej modne jest powoływanie się na osobę zmarłego papieża Jana Pawła II, który nigdy nie pokazał po sobie agresji (wystarczyło na niego popatrzeć), nawet jeśli ją w sobie miał. Gniew i niezadowolenie czasem tak, jak w przypadku teologii wyzwolenia, ale nigdy agresji. 


A teologia wyzwolenia mówiła o Chrystusie jako o sprytnym polityku.
I dziwi się pani, że papieża rozgniewała?

Nie. A jak to się stało, że religia w naszym kraju skupia wokół siebie tak wielu ludzi pełnych nienawiści, plujących jadem, agresywnych?
Ludzie pełni kompleksów, na nieszczęście obdarzeni charyzmą (nie ma w historii świata bardziej niebezpiecznej mieszanki), potrafią skupić wokół siebie innych zakompleksionych.

Czas, miejsce i państwo jest tu obojętne. Najsłabszych dodatkowo zastraszają i tak zbiera się grono wyznawców. To się może przytrafić religii i każdemu innemu środowisku. A Jedwabne? A pogrom kielecki? Wiem, nie odpowiadam wprost, ale chyba można zrozumieć, o co mi chodzi. I jeszcze jedno - nie jestem fanem Radia Maryja i czytuję "Gazetę Wyborczą".

I oto religia w naszym kraju przestała zachowywać swoją funkcję - łączenia, wspierania i godzenia. Jak to zmienić?
Niech pani pyta mądrzejszych ode mnie. Jest teraz mnóstwo pretensji do Kościoła, że jest konserwatywny, ale jaki ma być, jeśli nie konserwatywny? Przecież to jego istota. Kościół ma być silny, trwały i - tak! - dogmatyczny. Oczywiście powinien ewoluować wraz ze zmianami cywilizacyjnymi, ale w żadnym wypadku dostosowywać się do wymagań pana Kowalskiego. Co by pomyśleli ludzie o Kościele, który się nagina do każdego życzenia?

Niczym przedstawiciel handlowy. Trochę mnie pan przekonał.
Nie powinniśmy na ten temat rozmawiać, bo o tym, jaki Kościół winien być, debatują zawsze najmądrzejsze głowy, nic nam do tego. Tak jak debatowano na II Soborze Watykańskim, który przyniósł Kościołowi ogromne zmiany.

A może jednak świecki prostak, taki jak pan, pan Kowalski czy ja, powinien zostać wysłuchany?
A czego by pani chciała?

Choćby tego, żeby msza święta przestała wyglądać jak odcinek "Benny Hilla". Pan nie widział zakonnicy w mojej parafii. Jak wielki czarny kot waliła bezładnie łapami w klawisze i fałszywie mruczała. Kiwała się na stołku, kurzyło się z niej jak z komina, bo miała zetlały habit. A religijny obrzęd musi być mistyczny. Wprowadzać w rodzaj transu.
Musi? 

Nie sądzi pan, że za odchodzenie Polaków od Kościoła należy winić także śmieszność obrzędów i fatalną oprawę muzyczną?
Byłem niedawno w Los Angeles na mszy gospel i rzeczywiście jest coś takiego. To bardzo widać - jakiego to daje wiernym kopa, jaki power, zgadzam się, oni wyszli z kościoła i mogli biec zawojować świat. Czułem wręcz pewność, że cokolwiek się z nimi stanie, przeżyją, przetrwają. Byli ogromnie podniesieni na duchu.

A czy nie po to chodzimy do kościoła? Żeby wyjść i z podniesionym czołem poddać się narowom szefa czy wreszcie zabrać dzieci i uciec od męża, który bije nas przez lata?
Nie, nie! Wiara katolicka to wiara serca i rozumu! Nie magiczne obrzędy. Nie prymitywne oddziaływania.

Ilu jest serdecznych i rozumnych? Większość z nas to nieuki i prymitywy.
Dlatego nie uważam, że trafi się do większości społeczeństwa poprzez upajanie ich w kościołach dobrą muzyką (choć w niektórych wypadkach umiejętności organistów mogłyby być trochę lepsze), bo kiedy zaczną chodzić do świątyń świadomie, może być już za późno. Trzeba działać poprzez wykształcenie. Uparte, latami, kształcenie rozumu, charakteru. I wierzę, że każdy człowiek wykształcony staje się mądry, a każdy człowiek mądry staje się dobry. No, może nie każdy.

Czyli na drodze do dobra nie ma innego wyjścia, jak przymusowe poszerzanie horyzontów. Jak to robić?
Prosto! Zaczynamy ab ovo - my, rodzice.

Pan jest ojcem trójki dzieci, wierzę, że pan wie, co robi.
I staram się, jak mogę. Na początek trzeba w miarę możliwości pokazywać dzieciom rzeczy inne niż te, które znają. Dla jednych to będzie wyjazd na drugą półkulę, dla innych wyjazd do miasta, dla innych - sąsiednie województwo. Jako pierwsze okno na świat znakomite są książki. Choć nie wszystkie kierunki medialne mi się podobają, znakomita jest także telewizja. 

Nawołuje pan dzieci do oglądania telewizji? Będzie pan idolem najmłodszych.
I tak masę czasu spędzają przed telewizorem, więc warto zadbać, żeby oglądały rzeczy wartościowe. Są ludzie, którzy świat poza swoim domem, obejściem oglądają tylko tym sposobem.

Ale to nie wystarczy.
Wystarczy na początek, żeby pobudzić ciekawość, a ona może prowadzić dalej do odkrywania inności, następnie do akceptacji. Poznanie sprawia, że przestajemy się bać odmienności.

I przestajemy rzucać w Murzynów bananami.
Tak, oczywiście. Wiem, że mówię banalne rzeczy, ale skoro chce pani rozmawiać o katolickiej wierze z katolikiem, to zacznijmy od rzeczy najprostszych.

Ależ mnie właśnie o to chodzi. W tej masie wyborów ludzie zapomnieli o podstawach. Jak pan wychowuje własne dzieci?
Po prostu daję dobry przykład. To znaczy, czy on jest dobry, nie mnie oceniać. Powiem inaczej - jeśli czegoś wymagam, sam muszę to robić. Do cholery, takie głupoty, jak trzymanie łokci przy sobie podczas jedzenia! Jak mógłbym tego wymagać, sam trzymając łokcie wyżej uszu czy rozwalony nad talerzem zupy... Jak mógłbym wymagać ustawiania kapci w rządku, gdybym sam rozwłóczał je po całym domu? Powiem szczerze - nie do końca jestem zwolennikiem bezstresowego wychowywania dzieci.

Konsekwentni rodzice, stresowe wychowanie, uparte wykształcenie i co jeszcze?
To bardzo ważne - wielkie autorytety.

Wielkie co?
Autorytety.

Są jakieś?
A NIE MA?! To nie jest temat do żartów. Wielkie pozytywne autorytety emanujące pozytywną energią, które mówią: "Próbujmy rozumieć siebie, a nie walczyć, próbujmy współżyć, a nie wojować, budujmy, a nie psujmy".

Oczy się panu świecą, pan w to wierzy naprawdę.
A pani nie?

Wierzę. Kto jest pańskim autorytetem?


Władysław Bartoszewski, który po przejściach w Auschwitz potrafi być rzecznikiem dialogu polsko-niemieckiego. Ogarnął ten świat tak dalece i tak mocno, że przestał się go bać.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz