wtorek, 27 stycznia 2015

Artur Żmijewski jako Paddington


Nowe wcielenie Artura Żmijewskiego - najsłynniejszy brytyjski miś – Paddington. Od stycznia na ekranach kin jego głos bawi nas i wzrusza. Ile w nim samym jest z misia oraz dlaczego nie cierpi się spieszyć, opowiada Hance Halek.

Kiedy spotkał się pan z Misiem Paddingtonem po raz pierwszy w życiu?

Nie tak dawno. Proszę pamiętać, że przyszedłem na świat w głęboko siermiężnej komunie i nie miałem żadnych szans nawet na zobaczenie książki z Paddingtonem. To były czasy „Wilka i Zająca”, „Rozbójnika Rumcajsa”, „Bolka i Lolka”.

Kto robił na panu największe wrażenie?
Chyba Bolek i Lolek jako tandem, najmniej lubiłem moment, gdy pojawiała się Tola – wtedy nieważna była już przygoda jako taka, bo punkt ciężkości przenosił się na rywalizację pomiędzy dwoma chłopakami na temat jednej dziewczyny… Z Paddingtonem natomiast zakolegowałem się niedawno, dając mu głos, i żałuję, że nie znałem go w dzieciństwie, na pewno byłaby to jedna z moich ulubionych postaci.
Dlaczego?
On jest prawdziwy, nawet jeśli robi rzeczy straszne. Jest wyrwany z peruwiańskiej dżungli i nagle włożony do świata, w którym co prawda zna język, ale – jak się okazuje – to zbyt mało. Miś, owszem, dogaduje się z ludźmi, jednak zupełnie nie rozumie ich zachowań. Dżungla miejska jest bowiem kompletnie inna niż ta peruwiańska i trudno te dwa światy na siebie przełożyć. Sam doświadczam czasem podobnych stanów, gdy np. wyjeżdżam na urlop i wchodzę w jego rytm. Przez pierwsze parę dni chodzę, czasem bez sensu, z miejsca na miejsce, po tygodniu zaczynam się uspokajać, a po kolejnych kilku dniach mogę zacząć odpoczywać.
Ma pan e-maila?
Tak, choć długo się broniłem.

Konto na Facebooku?
Przed tym będę się bronił do końca życia, bo uważam, że niezależnie od zapędów tabloidalnych, które nas dziś dotykają, każdy powinien mieć swój fragment prywatności. Nie czuję potrzeby dzielenia się z całym światem tym, że właśnie teraz rozmawiamy, co mamy na talerzach, jak jesteśmy ubrani i czy nas to zadowala. To nasza sprawa. Kogo w Berlinie czy Lublinie może obchodzić, co ja teraz robię?

Myślę, że, niestety, wiele osób.
Może tak, ale mówię tu o swoim myśleniu. Są rzeczy, którymi dzielę się tylko z najbliższymi i tymi, z którymi mam interes się dzielić. Dlatego ani Facebook, ani Twitter, ani też konto na Instagramie mnie nie interesują. Nie chcę iść za tępym odruchem społecznym i całym tym pośpiechem, bo już wiem, że nie ma takiego samolotu, na który nie można się nie spóźnić. Pamiętam, jak z Janem Englertem siedzieliśmy na lotnisku w Warszawie, czekając na odlot do Wrocławia, wiedząc, że nie odlecimy na czas ani o siódmej, o dziewiątej też nie. O dziesiątej, kiedy powinniśmy już być w charakteryzatorni we Wrocławiu, producent oświadczył: „bierzcie taksówkę”. I co? Zdjęcia się odbyły. Nie zapomnę też, jak faszerowałem się olbrzymią ilością leków przeciwgorączkowych i byłem wieziony przez mojego teścia do Teatru Narodowego, gdzie odgrywałem swoją rolę w „Kartotece”, a potem w charakterze zwłok wracałem do domu. Ale parę lat później, gdy nie byłem nawet w stanie wstać z łóżka, przedstawienia zostały odwołane i świat się nie zawalił. Tak, zdecydowanie nie cierpię presji, pośpiechu, SMS-ów wysyłanych hurtem z jednego kliknięcia do wszystkich, w dodatku jeszcze ściągniętych z Internetu z jakąś okropną choinką. Byle szybciej.

A nie korci pana, żeby czasem takiej osobie odpisać… „spadaj”?

(śmiech) Chciała pani powiedzieć po prostu „spierdalaj”? Tak… Korci mnie, nóż mi się w kieszeni otwiera, ale… jestem dobrze wychowany, więc i tak każdemu odpisuję bardzo osobiście (śmiech). Czasem też oddzwaniam do osób, które uporczywie usiłują prowadzić ze mną SMS-ową rozmowę, bo wychodzę z założenia, że skoro mają czas, by się rozpisywać, to równie dobrze możemy pogadać, tym bardziej że SMS-y to często skróty bez interpunkcji, a ja zgadzam się z profesorem Bralczykem, że to nie jest bez znaczenia, czy robi się komuś laskę czy łaskę. Uważam, że SMS-y powinny spełniać funkcję czysto informacyjną w sytuacji, gdy naprawdę nie ma czasu. W każdej innej wolę kontakt bezpośredni. Prawdziwy.

Czy to łączy pana z Paddingtonem?
Tak. On jest prostolinijny i ma przejrzysty system wartości. Białe–czarne, dobre–złe. Jest tak zdrowo naiwny, i to jest jego wielka zaleta. Każdy z nas powinien taki być.

Ale to bywa niebezpieczne, przecież pan wie.
Bo można wtedy dostać zdrowo po dupie? Wiem, ale wciąż wierzę, że nawet w takim świecie, w jakim żyjemy, można spotkać tak samo zdrowo naiwnych i stworzyć grupę. Ja taką mam. Wiem, że nie każdemu muszę się podobać i nie z każdym lubić, w związku z tym otaczam się ludźmi, z którymi jest mi dobrze być. Zresztą ja zawsze byłem niby w środku, ale trochę z boku. Na studiach zamiast mieszkać z kolegami w akademiku, wracałem codziennie do domu, do swojego świata. Bo jak mówi Paddington: „Po co mamy jechać do Londynu, skoro żyjemy w najpiękniejszym miejscu na świecie?”. I ma rację, ponieważ jeżeli człowiek ma zdrowie, fajną robotę, świetną rodzinę – to może być szczęśliwy wszędzie, i na Hawajach, i w Pcimiu Dolnym. Dziś jednak, jak widzę, się gna, się goni, się pędzi, żeby szybciej, niby lepiej, bo ma się jakieś irracjonalne poczucie, że świat bez nas przestanie istnieć. Otóż nie. Spotkało mnie w życiu bardzo przykre doświadczenie, gdy odszedł Maciek Kozłowski, i potem, gdy odszedł Krzysiek Kolberger… Mogłem spędzić z nimi więcej czasu. Żałowałem. Ale na ich miejsce przyszli inni… Spotykajmy się więc z przyjaciółmi, patrzmy, jak rosną nasze dzieci, pozwólmy sobie na rzeczy najważniejsze. W czasie teraźniejszym. Moja babcia Janina, zawsze gdy ktoś ją pytał, co będzie na wiosnę, zwykła była mawiać: „A skąd ja mam to wiedzieć? Może ja już nie będę żyła na wiosnę?”. I miała rację. Wszystko musi mieć swój czas. Tak też rozumiem sens oddzielania moich różnych żyć – prywatnego od zawodowego. Siebie w domu od postaci, którą gram na scenie czy w filmie.

Jerzy Stuhr mówi, że założenie butów postaci to moment, kiedy aktor wchodzi w rolę.
Określenie tego w jednoznaczny sposób jest trudne, bo czasem gramy premierę, a roli jeszcze nie ma. Bywa, że ona powstaje dopiero po kilku kolejnych przedstawieniach, gdy dochodzimy do tego, że to jest właśnie „to” i rosną nam skrzydła. Profesor Łapicki uważał, że premiera jest tylko pewnym etapem pracy, a nie końcem przedstawienia, i ja się z tym zgadzam. Ale rozumiem też, co mówi Jerzy Stuhr, bo gdy w czasie prób zakłada się na siebie buty i kostium, to jakoś nas to ustawia do formy roli. Nasz zawód nie istnieje w próżni. Przywołam po raz kolejny profesora Łapickiego, który mawiał: „W łazience przed lustrem możesz być genialny, ale gdy przychodzisz na próbę, spotykasz się z drugim człowiekiem, który jest w swojej łazience równie genialny. Stajecie naprzeciwko siebie na scenie, musicie wypracować kompromis, po czym trzeba go skonfrontować z widownią, która weryfikuje, czy to na pewno jest ta sama łazienka”. Bywają więc sytuacje, kiedy my, aktorzy, mamy wrażenie, że publiczność w teatrze jest wycieczką Węgrów albo Finów, którzy kompletnie nie rozumieją, co my do nich mówimy (śmiech).

Co wtedy?
Trzeba trzymać dystans wobec sytuacji, a jeśli się da, spontanicznie podkoloryzować emocje, i to w czasie rzeczywistym. Bo widz może być usatysfakcjonowany tym, co ogląda czy słyszy tylko wtedy, kiedy w jakikolwiek sposób go to porusza. Powoduje wielką radość albo ogromny smutek. Tak rozumiem każdy rodzaj sztuki… Dlatego tak fascynujące jest dla mnie patrzeć, jak muzycy na scenie wszystko na gorąco przeżywają, ile ich to emocjonalnie kosztuje, by wydobyć dźwięki z trąbki czy saksofonu. Jak Miles Davis grał emocją? A Chick Corea, Herbie Hancock, Aretha Franklin, Janis Joplin? Boże, a Bon Scott, jak on śpiewał?! Widzi pani, w sztuce nie ma nic gorszego niż takie zwykłe relacjonowanie rzeczywistości. Emocje muszą być.

A gdy wraca pan do domu po pracy, to co się dzieje z takimi emocjami? Wiesza je pan na wieszaku w przedpokoju?
Wygaszam je, bo gdybym tego nie robił, już dawno byłbym w psychiatryku. A wygaszanie zaczynam już w mieście, które temu sprzyja. Przejechanie z jednego końca Warszawy na drugi w godzinach szczytu to 90 minut w jedną stronę.

A zdarza się panu otwierać okno, wyciągać łokieć i wrzeszczeć na innych kierowców?
Łokcia nie wyciągam, ale klnę.

Spieprzaj, dziadu?
Oj, taki łagodny to ja nie bywam. Jak klnę, to po całości. Przeklinanie doskonale oczyszcza emocje. Staram się oczywiście powstrzymywać przy dzieciach, ale jest też tak, że w naszych domowych relacjach każdy zachowuje się jak chce, bo dom jest po to, by dać możliwość bycia sobą wobec tych, którzy też chcą być sobą. Wiele lat temu obiecałem sobie, że nie będę zmuszał dzieci do rzeczy, które ich nie interesują. Oczywiście, poza nauką, bo uważam, że szkoła niesie jakąś podstawową wiedzę o świecie.

A jak radzi sobie pan z rozpoznawalnością?
Na szczęście szybko uświadomiłem sobie, że jeśli uwierzę, że jestem kimś innym, kimś lepszym, to po prostu przegrałem. Widuję czasem ludzi, którzy na przyjęciu, w domu czy na imieninach u przyjaciół nie przestają być „gwiazdami”, i naprawdę im współczuję, bo nie dość, że okłamali samych siebie, to robią wszystkim dokoła, szczególnie bliskim, okropną przykrość. Jak musi czuć się matka czy brat kogoś, komu nagle kompletnie odpieprza? Widziałem też dość wcześnie te wszystkie połamane kręgosłupy, którym tak walnęło pod deklem, że wydawało im się, że są wybitne, jedyne, nietykalne – ich upadki były naprawdę straszne. Ale to też pokazuje, jak różni jesteśmy… Ja myślę sobie, że mój zawód jak mało który funkcjonuje pod szczególną presją. Bo jeśli malarz dopracuje się własnego środka wyrazu, to staje się on jego znakiem rozpoznawczym, natomiast gdy aktor dorobi się swojego stylu, natychmiast staje się ofiarą jednej, piątej recenzji, z której wynika, że stał się sztampowy, nie szuka, że się skończył albo wypalił. W tym sensie paradoksalnie zawód aktora daje mi szansę, żeby mi nie odbiło.

Kto dziś jest dla pana autorytetem?
Pamiętam moje pierwsze wejście do szkoły teatralnej, gdy zobaczyłem Jana Łomnickiego, Jana Englerta, Maję Komorowską, mnóstwo ludzi z ekranu, i traktowałem ich jako kompletnie odizolowanych od życia. Jako wybitne postaci. I do dziś tak zostało, choć gdy kiedyś poszedłem do toalety i spotkałem w niej Łomnickiego, doznałem szoku: „Jak to? To on też musi sikać?”. Nie mogłem tego pojąć, ale w końcu poczułem ulgę (śmiech). A inni? Dziś już nie ma zbyt wielu, których szanowałem, nie ma profesora Bronisława Geremka i Krzysztofa Skubiszewskiego, Tadeusza Mazowieckiego, Jacka Kuronia. Mam poczucie, że nasz świat staje się nieco płytki i nie chodzi mi o religijność, filozofię czy głęboką psychologię. My po prostu w codziennym życiu chcemy mieć wszystko podane na talerzu. Trzeba brać przykład z Misia Paddingtona i pozwolić sobie czuć. Przecież to widać, komu z oczu źle patrzy, a komu lepiej. I to gołym okiem.

Artur Żmijewski aktor teatralny (Teatr Narodowy, Teatr Współczesny, Ateneum), filmowy („Oszukane”, „Mój rower”, „Katyń”, „Psy”) oraz telewizyjny („Ojciec Mateusz”). Swojego charakterystycznego głosu użyczył wielu produkcjom dubbingowym (tytułowy „Miś Paddington” czy Alex w „Madagaskarze”). Ambasador dobrej woli UNICEF. W 2005 roku otrzymał Złoty Krzyż Zasługi.


zwierciadlo.pl

czwartek, 11 grudnia 2014

Artur Żmijewski: Ten film był bardzo osobistym przeżyciem

Zagrał w ponad czterdziestu filmach. W każdym z osobna ogrywał rolę niedoścignioną oraz wyjątkową. Staje się rekordzistą jeśli chodzi o role grane w Teatrze Telewizji. Jest aktorem Teatru Narodowego w Warszawie, to jednak nie przeszkadza mu w tym by występować na dużych ekranach. Mieliśmy okazję podziwiać go w filmie „Ostania misja”, „ W pustyni i w puszczy” czy też „Nigdy w życiu”. Od 1999 roku gra rolę lekarza, Jakuba Burskiego w serialu "Na dobre i na złe”.

Już od 21 września 2007 będziemy świadkami kolejnej roli Artura Żmijewskiego w filmie Andrzeja Wajdy „Post mortem. Opowieść katyńska”.

Jak pan wspomina pracę na planie filmu „Post Mortem. Opowieść katyńska”?

Artur Żmijewski: Przyznam, że ten film przeżywam w sposób szczególny: pełny jest sytuacji, w których próbuję sobie wyobrazić siebie. Nigdy wcześniej nie miałem takiego odczucia, nawet kiedy kręciłem z Jerzym Kawalerowiczem film o polskim zesłańcu Wincentym Migulskim, opisanym przez Tołstoja. 

Tym razem moja wyobraźnia na planie zadziałała w sposób zupełnie inny niż dotychczas. Nagle uświadomiłem sobie, że te setki ludzi, którzy stoją wokół mnie na planie, uosabiają zaledwie ułamek tej ludzkiej masy, którą zakatowano w Katyniu. W książkach wygląda to inaczej, ale kiedy widzi się to na własne oczy, świadomość, że mordując tak wielką część inteligencji odebrano Polsce głowę, myśl i sumienie – jest szczególnie przejmująca. Zwłaszcza, kiedy ta refleksja, jak w moim przypadku, pojawia się w trakcie kręcenia sceny nad dołami katyńskimi.

Nad tym widokiem złożonych w masowym grobie ciał – choćby to były tylko świetnie ucharakteryzowane manekiny, jak na planie „Post mortem” – nie można przejść obojętnie. Tu trzeba czapki uchylić przed charakteryzatorami i dekoratorami, którzy tę scenę przygotowali. 

Jazda kamery wzdłuż tego grobu, nad ciałami przed chwilą zamordowanych musi robić kolosalne wrażenie... Dla każdego z nas ten film był bardzo osobistym przeżyciem, to oczywiste. Zwłaszcza jeśli pamięta się, że do tej pory takiego filmu nie można było nakręcić. „Post mortem” to pierwszy film fabularny o Katyniu, a taki utwór, odwołujący się do przeżyć konkretnych ludzi, pokazujący jak to mogło być naprawdę – bo przecież prawdy o tym, jak to było w Katyniu, już chyba nie poznamy - robi większe wrażenie niż niejeden dokument. 

To była pańska pierwsza praca z Wajdą?

Artur Żmijewski: Nie, po raz pierwszy spotkałem się z panem Andrzejem kilka lat temu, przy filmie „Wyrok na Franciszka Kłosa”, gdzie grałem niemieckiego oficera. „Post Mortem” to moje drugie spotkanie z Wajdą i po raz drugi w mundurze.

Może to, co powiem, zabrzmi trochę trywialnie, ale z panem Andrzejem pracuje się po prostu łatwo. Odnosi się wrażenie, że nic w jego obecności nie stwarza problemu. Bo nawet jeśli ten problem się pojawi, to on go błyskawicznie rozwiąże.

Na czym to polega? Przede wszystkim na tym, że ma on niesamowite doświadczenie, fantastyczny warsztat i jeszcze jedno – najważniejsze: zanim zacznie kręcić film, widzi go w swojej głowie. A przy tym jest otwarty na propozycje, pracuje przecież z ludźmi, którzy mają swoje pomysły, być może czasem lepsze od jego, a jeżeli tak jest to on się na to bardzo szybko godzi. Potrafi słuchać – jest w tym niesamowity – a wiedząc, jak ma to wyglądać, bo on to od razu w głowie montuje, nie pozwala sobie na puste przebiegi, niepotrzebne duble, czy kręcenie scen, których i tak potem nie użyje. To sprawia, że pracuje się z nim fantastycznie. A do tego potrafi wprowadzić taką fajną ludzką atmosferę na planie. 

Wszyscy chcą pracować dla niego: wiedzą, że ich wysiłek, każdego człowieka na planie, będzie doceniony. Chcą dla niego pracować, bo to jest wielka frajda.


Do kogo zaadresowałby pan „Post Mortem”?

Artur Żmijewski: Przede wszystkim do tych, którzy chodzą do kina, a więc młodych. Choć akurat w tym wypadku średnia wieku osób, które zobaczą ten film, znacząco wzrośnie. Ten film będzie chciało obejrzeć mnóstwo ludzi, również tych, którzy od lat nie chodzą do kina. Powód tego zainteresowania jest prosty: zbrodnia katyńska dotyka osobistych losów wielu rodzin. 

Mojej rodziny zbrodnia katyńska akurat bezpośrednio nie dotknęła, ale w rodzinie żony zginęło dwóch braci. Od kiedy znamy się z Pauliną ten temat ciągle powraca. Tak więc temat katyński – samej zbrodni i związanego z nim kłamstwa – tkwi we mnie dosyć głęboko.

Ten film należy potraktować jako pewne świadectwo i pewien głos w dyskusji – i to bardzo szerokiej, zaczynającej od Katynia i innych zbrodni przeciwko ludzkości, a kończącej na pytaniu, czy lepiej być euroentuzjastą czy eurosceptykiem? Chciałbym, żeby ten film dał do myślenia, jakie sytuacje powodują, że do takich zbrodni, do takich tragedii dochodzi? Bo takie procesy zaczynają się niepostrzeżenie, łatwo je zlekceważyć. Kiedy uczymy się o nich w szkole, ich istota do nas nie dociera. Kiedy jednak odczujemy to na sobie, na swej rodzinie, zaczniemy się zastanawiać, czy to jednak nie ma racji profesor Bartoszewski, więzień obozu koncentracyjnego, który wyciąga rękę w geście pojednania do ludzi, którzy byli wtedy po drugiej stronie. 

Gdyby ten film uruchomił w nas takie myślenie, to może byśmy stali się trochę lepsi.

http://film.wp.pl/

poniedziałek, 25 listopada 2013

Artur Żmijewski wcale nie jest taki święty. Łatwiej mu zagrać esesmana i gangstera, niż księdza

Artur Żmijewski wcale nie jest taki święty. Łatwiej mu zagrać esesmana i gangstera, niż księdza



Serialowy Ojciec Mateusz pogodził się już z tym, że jest postrzegany przez pryzmat swoich serialowych kreacji. Ma jednak nadzieję, że nie zamkną mu one drogi do dużych ról filmowych. Już za kilka miesięcy zobaczymy Artura Żmijewskiego w ekranizacji Kamieni na szaniec.

MenStream.pl: Od lat zwycięża Pan w rankingach polskiej edycji miesięcznika Playboy na najbardziej pożądanego męskiego partnera na kolacji. Czuje się Pan wzorem do naśladowania?

Artur Żmijewski: Nie, w ogóle. Cóż ja mogę na to poradzić? To miłe, jeżeli ktoś tak myśli, ale ja tego typu rankingi traktuję jako część mojego zawodu. Pewna pula ról powoduje, że jestem kojarzony jako wzór partnera i tak jestem postrzegany jako osoba prywatna. Przez ludzi, którzy przecież zupełnie mnie nie znają. Nie zgłaszam do tych zestawień swojej kandydatury. Nie mam na to wpływu.



A nie męczy to Pana? To już latami te ochy i achy.
Nie bardzo. Wysoka pozycja w takich rankingach żyje własnym życiem, nie uwiera specjalnie.

Tylko nie wiem, czy Pan wie, ale nie tylko o kolacji jest tu mowa. Nazwałbym to kompletnym pakietem, bo wygrywa Pan też w głosowaniu na partnera na jedną noc i na wymarzonego kandydata na męża. No ideał po prostu.

Trudno może w to uwierzyć, ale nie śledzę tego. Moją postawę zawodową i moje myślenie o aktorstwie kształtował kompletnie inny świat i takie plebiscyty nie miały żadnego znaczenia. Nie czekałem na chwilę, kiedy ktoś mnie tam umieści i nie zabiegałem o to.

Ale chyba choć trochę łechce? Z Panem Polki są gotowe na wszystko.

Jasne, że łechce i myślę, że każdego faceta by łechtało. Człowiekowi w ogóle jest miło, jak jest doceniony. Te zestawienia też tak traktuję jako przejaw pewnej sympatii.


Sympatii? Toż to pożądanie i uwielbienie w czystej postaci!
Skoro Pan tak twierdzi. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie mylą mój wizerunek prywatny z wykreowanym nie tylko przecież przeze mnie. Pisarz czy malarz siedzi sobie w zaciszu i tworzy. Potem dopiero konfrontuje dzieło z rzeczywistością. Proces tworzenia jest związany z samotnością i intymnością, której aktor nie ma. Każdy z nas genialnie buduje swojej role w łazience, przy goleniu. Gdy przychodzi jednak do skonfrontowania tego z widzem, albo chociaż z drugim kolegą, to okazuje się, że nasze wyobrażenia być może nie do końca są trafne, że trzeba do tego inaczej podejść. Okazuje się, że trzeba wpleść wizje innych aktorów, reżysera, scenarzystów. Efekt końcowy to wypadkowa pracy pewnej grupy ludzi. Nasza robota odbywa się na widoku publicznym. Nieustannie jesteśmy poddawani tej publicznej ocenie.

Dobrze Pan sobie radzi z tymi życiem na widoku. Nic specjalnie sensacyjnego nie można znaleźć w licznych plotkarskich serwisach. Jak się buduje taki szczelny mur wokół swojego prywatnego życia?

Kiedyś wystarczyło nie dawać powodów, by nie być na celowniku. Teraz rynek jest tak wielki, że zainteresowanie mediów rozkłada się na więcej osób. Ja też rzeczywiście nie uczestniczę w celebryckim życiu, które potem mogłoby być komentowane przez tabloidy. Nie interesuje mnie bywanie na bankietach. Nie wyprowadzam też swojej rodziny pod obiektywy paparazzich. Staram się trzymać od show biznesu z daleka i żyć w miarę normalnie. Nie zawsze mi się to udaje, ponieważ bywają takie sytuacje, że się nie przemknę.

Zawsze można założyć czapkę z daszkiem i ciemne okulary.

Ja się nie ukrywam. Nigdy tego nie robiłem, bo nie mam powodów. Jak jadę na zakupy to nie udaję, że jestem kimś innym. Śmieci też wynoszę jako Artur Żmijewski. Nie dajmy się zwariować. Życie jest realne, a tylko moja praca jest fikcją, na którą się umawiam z widzem.

Ale ostatnio taka grzeczna ta fikcja. Od 20 lat, czyli roli w Psach gra pan tylko pozytywne postaci.

Po Psach pojawiałem się jeszcze jako szwarccharakter. Ze wszystkich kilkudziesięciu ról filmowych dużo było tych złych. Tyle, że siła telewizji sprawia, że głównie kojarzy mnie się jako doktora Burskiego, a teraz jako księdza-detektywa. Na szczęście Burski powoli odchodzi już w niepamięć i ludzie rzadko mnie o tę postać pytają. Widać czas działa na moją korzyść i mam nadziej, że zadziała tak, jak w przypadku Janusza Gajosa, który na początku swojej kariery zagrał rolę o strasznej sile rażenia. Długo nie mógł potem zagrać czegoś tak nośnego. Grywał przecież fantastyczne role, ale one się zupełnie nie przebijały. W teatrze też udowadniał przez lata, że jest wybitnym aktorem i wszyscy, którzy mieli okazję go zobaczyć, wiedzieli o tym. Problemem była jednak skala, ról teatralnych nie widać w telewizji.

Po Katyniu z 2007 roku przez kilka lat nie miał Pan ról kinowych. Przed rokiem wszedł na ekrany Mój Rower w tym Oszukane. W 2014 zobaczymy Pana w Kamieniach na Szaniec.

Kamieniach na Szaniec gram niewielką rolę, ale za to bardzo ją lubię. Jestem ojcem Rudego. To jest taki kontrapunkt i tło dla opowieści o młodych ludziach i ich emocjach. Danusia Stenka jest moją żoną, więc mieliśmy szansę się spotkać i to była dla mnie też duża frajda. Ważne, że do spotkania doszło w zupełnie innym kontekście, niż w Nigdy w Życiu z którym też byliśmy kojarzeni przez lata. Rzadkie pojawianie się w kinie, tłumaczę sobie tak: życie idzie do przodu, kolejne wyzwania przed nami. Nikt nie wie, co będzie za dwa, trzy lata.



Nie słyszę frustracji, że duże role Pana omijają, że się o Pana nie biją.



Może dlatego, że moje marzenie zawodowe spełniło się bardzo wcześnie. Na trzecim roku studiów zagrałem Gustawa Konrada w Lawie w reżyserii Tadeusza Konwickiego. Nie ma frustracji, bo nauczyłem się w życiu z otwartością przyjmować to, co mnie spotyka. Na początku mojej kariery ktoś udzielił mi dobrej rady: zagrałeś Konrada i inne dobre role u fantastycznych reżyserów. Nagle przyjdzie taka, której się nie spodziewasz i powiesz nie, bo czekasz na Hamleta. Potem odmówisz kolejnej i tak przez lata. Potem już będzie za późno, żeby tego Hamleta zagrać. To mi dało dużo do myślenia. Uświadomiłem sobie, że ten zawód nie polega na tym, żeby zagrać Hamleta. Chodzi o to, żeby grać różne role. Im bardziej będą one zróżnicowane, tym ciekawiej.

Dawno nie zagrał Pan żadnej demonicznej postaci. Nie ciągnie Pana?

Wyroku na Franciszka Kłosa u Wajdy zagrałem esesmana i powiem, że bardzo lubię takie rzeczy grywać.

Ale to było 13 lat temu...

Odwrócę trochę tę optykę i zapytam, na ile sposobów można zagrać dobrego? Na ile sposobów można się uśmiechać, robić pogodną minę, a na ile sposobów można być złym? Zło ma znacznie więcej twarzy, jest bardziej atrakcyjne, interesujące. Przyciąga ludzi i ciągnie również aktorów. Jest to na swój sposób łatwe.

Chce Pan powiedzieć, że trudniej być Ojcem Mateuszem niż Wolfem z Psów, czy esesmanem?

Bardziej się trzeba nagimnastykować. By wiarygodnie i atrakcyjnie dla widza zagrać tego dobrego, trzeba mocniej się starać. Za to w teatrze zagrałem dużo takich mówiąc delikatnie - niejednoznacznych postaci, czarne charaktery zdarzały mi się niezwykle często. Szersza publiczność niestety tego nie widzi. Zatem dla mnie te dwa nurty cały czas istnieją. Nie zanudzam się tą jedną rolą i tą dobrą stroną. Ona po prostu jest bardziej widoczna.

Ale może Burski z księdzem swoją świętością przekonali również reżyserów, którzy stawiają na innych?

Wywiad został przeprowadzony podczas II Festiwalu Aktorstwa Filmowego we Wrocławiu

Aktorów w Polsce jest wielu i można wybierać. Nie będę oceniał, czy to dobrze, że ktoś gra w siedmiu, czy pięciu filmach w roku. Lepiej oczywiście, żeby widz mógł oglądać różnych aktorów na ekranie. Tyle, że łatwiej korzystać z wzorców, które się sprawdzają, to nie wymaga odwagi. Wojtek Wójcik, który mnie zobaczył w swojej wizji młodego kasiarza w Trzech dniach bez wyroku i Władysław Pasikowski, który zrobił ze mnie w Psach kompletnie kogoś innego, to ludzie odważni. Dali mi kompletnie nie przystające do mojego wizerunku zadanie. Do tego trzeba mieć dużo wyobraźni.


Poukładany domator - to Pańskie słowa.

Życie aktora jest związane z nieustającym obcowaniem z ludźmi. Ten zawód nie funkcjonuje w próżni tylko w relacji z kilkoma, bądź kilkudziesięcioma osobami, często też z milionami. Dlatego nie chcę odpoczywać w jeszcze większej grupie ludzi. Zdecydowanie nie lubię kurortów z zatłoczonymi deptakami. To nie mój świat, ja chcę mieć po pracy trochę ciszy.


Krzysztof Janoś 
2013-11-25


menstream.pl/

środa, 6 listopada 2013

ARTUR ŻMIJEWSKI: TRZEBA SOBIE POMAGAĆ


Artur Żmijewski kręci kolejne odcinki serialu "Ojciec Mateusz". Nam opowiada nie tylko o swoim życiu zawodowym, ale także o tym jak dobrze i trudno jednocześnie jest być amantem. Jest VIP-em unikatem. Prowadzi udane rodzinne życie, a najważniejszą wartością jest dla niego przyzwoitość. Skąd się biorą tacy wspaniali faceci?

Aleksandra Szarłat
: Zdarzyło się panu brać udział w bójce? 

Artur Żmijewski: Parokrotnie. Jak miałem naście lat.

Z jakim skutkiem?

Nieśmiertelnym, jak widać (śmiech). Zdarzały się wtedy tzw. solówki. To były czasy git-ludzi, którzy chodzili po ulicach i szukali zaczepki. Więc czasami trzeba było stanąć do boju. Nie za często, bo w takim środowisku się nie obracałem, ale kiedy ktoś mnie wyzwał, nie było wyjścia.

Stanął Pan kiedyś w czyjejś obronie?

Tak, to naturalne. Jeśli widziałem, że ktoś był poniżany, uważałem, że to moja powinność. Teraz, z perspektywy lat, jeszcze się co do tego upewniłem. Należy takie rzeczy robić, interesować się ludźmi. Kilka lat temu byliśmy z żoną na nartach w Szklarskiej Porębie. Zjeżdżaliśmy Lolobrygidą i zobaczyliśmy, że z krzaków próbuje się wydostać jakaś pani. Zatrzymaliśmy się, a żona zapytała, czy potrzebna jest pomoc. „Teraz już nie, odpowiedziała kobieta, ale od 15 minut usiłuję się stąd wydłubać i choć przejeżdża tędy mnóstwo osób, jedynie państwo zaproponowali mi pomoc”. Obowiązującą normą powinno być wzajemne pomaganie sobie, uśmiech na co dzień, dobre słowo. A przynajmniej nie wchodzenie sobie w drogę po to tylko, żeby wyrządzić krzywdę. Trzeba przeciwstawiać się chamstwu i bandytyzmowi na ulicach.


Czołowy amant polskiego kina mógłby jednak ucierpieć na urodzie. 

Blizny dodają męskości. Proszę zobaczyć twarz Roberta Więckiewicza. Oczywiście potrzebny jest też wdzięk, którego Robertowi nie brakuje. Poza tym każdy powinien być trochę idealistą. Bo jak się człowiek wyzbędzie ideałów i marzeń, co pozostaje? Życie ma wtedy wyłącznie sens wegetatywny.

Idealizmu Panu nigdy nie brakowało. Wyczuli to reżyserzy i na początku obsadzali Pana głównie w rolach romantycznych bohaterów. 

Po to, żeby je grać poszedłem do szkoły aktorskiej. I rola Konrada-Gustawa w „Lawie” przydarzyła mi się dlatego, że bardzo jej pragnąłem. Tadeusz Konwicki mnie wybrał i to było fantastyczne.

Dwadzieścia kilka lat od skończeniu szkoły i wciąż na topie. Główne role, nagrody publiczności. Przeżył Pan jakieś rozczarowania?

Chyba nie, chociaż… Moje romantyczne marzenia obróciły się przeciw mnie. Po jakimś czasie doszło do tego, że otrzymywałem tylko propozycje z repertuaru wielkich romantyków. Co w telewizji była rocznica śmierci któregoś z klasyków, mnie zapraszano do recytacji. Poczułem się tym znużony i zacząłem odmawiać. Nie chciałem być dyżurnym romantykiem. W aktorstwie szukałem przygody, chciałem się rozwijać, spotykać z różnymi ludźmi i grywać różne role. Tymczasem ta różnorodność nie przychodziła. W rezultacie nic nie robiłem. Ani w teatrze, ani w telewizji, ani w kinie. Myślano, że skoro odmawiam, widocznie nie chcę grać. Bardzo to przeżyłem.

Kilka lat temu powiedział Pan, że ma nadzieję, że życie zatoczy krąg i zamknie się pewien cykl, a Pan znów będzie grywał romantyczne postacie na zmianę z czarnymi charakterami. Jest Pan po czterdziestce, czy ten cykl się zamknął?

Myślę, że tak, bo grywam już role ojców. Pierwszy krąg przeszedł, inaczej dziś myślę. I wiem, że kiedy dostanę kolejną rolę podobną do tej, którą już kiedyś grałem, albo wręcz tę samą, nie powiem: mam na nią receptę. Bo jestem już kim innym. Bogatszy o doświadczenia, w innym 
miejscu życia. Dziś trudno by mi było wrócić do grania typowych amantów. Niosę za duży plecak.




Takich jak landrynkowy Rudolf Valentino. To już na pewno nie.


Adam z filmu „Nigdy w życiu”, zrealizowanego na podstawie powieści Katarzyny Grocholi, nie jest takim rycerzem bez skazy?

Kino to też rozrywka, podobnie jak teatr. Wielka sztuka narodziła się dlatego, że byli faceci, którzy ją sponsorowali. I w kinie powstają nie filmy intelektualne, ale także i te dla niewyrobionej publiczności. Wszyscy mają prawo do rozrywki. A jeśli zaproponowano mi udział w „Nigdy w życiu”, filmie opartym na ciekawym scenariuszu, który miał ludzi ubawić i wzruszyć i dodatkowo niósł ze sobą fajny przekaz, dlaczego miałbym odmówić?


Żeby nie uchodzić za przystojnego blondyna. W pewnym momencie nawet pan przytył i zapuścił zarost, żeby się tylko odciąć od tego wizerunku.

Nigdy nie chciałem się z nim identyfikować. Ale Pan Bóg obdarzył mnie tym, co mam i się z tego cieszę. Powiedzmy szczerze, ludziom przystojnym czy ładnym jest w życiu łatwiej. Jako młody aktor walczyłem z wizerunkiem amanta, dlatego że zazwyczaj kojarzy się on z kimś pustym i gogusiowatym. Nienawidziłem takiego myślenia, że ładny to głupi i jedyne na czym mu zależy, to to, żeby obracać panienki.

Ładna, czyli głupia, tak mężczyźni lubią mówić o kobietach.

Kobietom też tego nie zazdroszczę. To straszne uproszczenie. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, jak sami siebie zubożają, tak myśląc, czy to o kobietach, czy kategorii amanta. Rola zbudowana tylko na urodzie jest pusta. Żeby ją dopełnić, potrzebna jest jakaś motywacja, zadra czy brzydka cecha charakteru. Inaczej wszystko robi się letnie. Jeżeli kobieta znajdzie w sobie jakiś defekt psychiczny czy fizyczny, też jest ciekawsza. Ja też się zmieniłem. Czuję się dojrzalszy i widzę, że otoczenie również inaczej mnie traktuje. Nie bez znaczenia jest też to, że przerzedziły mi się włosy i posiwiała broda. Jestem mężczyzną.

Co to dzisiaj znaczy?

Mężczyzna to ktoś odpowiedzialny, to podstawowe kryterium. Facet musi być odpowiedzialny, reszta to rzeczy poboczne, które zależą wyłącznie od cech charakteru.

Kiedy po raz pierwszy poczuł się Pan mężczyzną?

Nie pamiętam konkretnego momentu. Zawsze czułem się bardziej dorosły, niż wskazywał na to mój wiek.

Dla kobiet przełomem jest często urodzenie pierwszego dziecka. 

Kiedy urodziła się moja córka, miałem 27 lat. Może ma Pani rację, że to był ten moment. Uświadomiłem sobie wtedy, że pojawił się ktoś, kto sobie sam nie poradzi. I nagle musiałem się nauczyć odpowiedzialności za inną osobę. Ale nie przyszło to z dnia na dzień.

Wiem, że jest Pan świetnym ojcem dla trójki dzieci: Ewy, Karola i Wiktora. A kto dla Pana był wzorcem męskości?

Z tym mam kłopot, ponieważ moi rodzice rozeszli się, kiedy miałem 8 lat. Brat jest o sześć lat starszy. Wychowywała nas mama. Z ojcem właściwie się nie spotykałem, więc nie miałem szansy go obserwować. Dziadek nie żył, wujków widywałem raz na jakiś czas. Tak naprawdę trochę sobie ten wzorzec wyobraziłem. Miałem w życiu różne momenty: taki, w którym byłem zachwycony nieuczeniem się i taki, kiedy uczyłem się bardzo dobrze. W pierwszej klasie ogólniaka, okresie najbardziej intensywnego poszukiwania męskich wzorców, grałem w kapeli w ramach tak 
zwanego ruchu amatorskiego. Przewodziło nami dwóch facetów: starszy ode mnie o kilkanaście lat Piotrek Nowotny, który przygotowywał mnie do konkursów recytatorskich, i Darek Zawadzki, starszy o 10. Spędzałem z nimi każdą wolną chwilę. To był ważny okres w moim życiu, myślę, że on mnie ukształtował. Ale nie miałem konkretnego autorytetu, którego bym się trzymał.


Kino również ma swój udział w kreowaniu wzorca męskości. Pana Polki pokochały za rolę doktora Burskiego w „Na dobre i na złe”. Każda chciałaby mieć partnera, który kieruje się szlachetnymi zasadami. Co dzisiaj po latach daje panu ta rola? Nie ma Pan wrażenia, że to jak wkładanie ciepłych kapci?

Nie. Przy tej roli zacząłem dojrzewać. Zmienił się i Jakub Burski, i ja. Bardzo się z tą postacią zżyłem. Jednak co jakiś czas muszę się z nią rozstać i poszukać czegoś innego. Gdybym grał tylko w tym serialu, pewnie byłoby tak jak pani mówi. Szczęśliwie udaje mi się jednocześnie pracować przy innych rzeczach. Podczas kręcenia „Na dobre i na złe”, wziąłem udział w siedmiu teatralnych premierach, kilku teatrach telewizji, paru filmach fabularnych i innych serialach.

Mężczyźni najwyraźniej mają dziś kłopot z tradycyjnie pojmowaną męskością. Unikają stałych związków, uciekają od odpowiedzialności, coraz częściej wpadają w depresje. Z czego to wynika?

Faceci się pogubili i nie bardzo potrafią odróżnić swoją płeć od przeciwnej, bo kobiety stały się tak silne. Nie radzą sobie z tym zwłaszcza słabsze jednostki. Kiedyś, gdy kobiety były uzależnione od mężczyzn - w końcu jeszcze do niedawna nie miały prawa wyborczego - łatwo było grać macho, także w tym najgorszym sensie. Dziś kobiety są świadome swojej siły. Pochłonięty codzienną gonitwą mężczyzna jest zaskoczony, gdy nagle okazuje się, że jego kobieta jest zupełnie samodzielna i w ogóle go nie potrzebuje. Męskie cechy zaczynają wtedy w nim zanikać, bo nie są nikomu potrzebne.

Czy to znaczy, że twardych facetów można jeszcze zobaczyć tylko w kinie? 

Skoro same kobiety nie chcą mieć wsparcia w mężczyźnie…

Ależ chcą, chcą… 

Role się przemieszały. Kiedyś to mężczyźni chcieli, żeby ich kobiety dobrze wyglądały. A dzisiaj jest odwrotnie. Więc mężczyźni zaczynają chodzić do kosmetyczek, przekłuwać sobie uszy… Wszystko robi się uniseksualne.

Pan chodzi do kosmetyczki, używa kremów pod oczy?

U kosmetyczki byłem ze dwa razy. Żona mnie namówiła. I nie wstydzę się, to normalne. Natomiast za zabójcze i dla kobiet, i dla mężczyzn, uważam zwariowany rytm życia. Na nic nie ma czasu, a już na pewno nie na to, żeby porozmawiać. I zaczynamy się mijać.


A ile pan spędza czasu w domu?

Każdą wolną chwilę. I zawsze nocuję (śmiech). Jadę do domu, kiedy tylko mogę. Nawet na pół godziny, między zdjęciami a przedstawieniem, żeby spotkać się z żoną czy dzieciakami. To mnie regeneruje. Lubię być w domu, choć czasami bywam nieznośny. Przychodzę rozdrażniony i chciałbym, żeby mi nie przeszkadzano. Zamykam się. Potrzebne mi są takie momenty, kiedy mogę się zatrzymać i pomyśleć. Mam w sobie coś z samotnika.

Dlatego jeździ pan na ryby?

Wstyd przyznać, od trzech lat nie byłem. Nie mam kiedy. Ale za to dużo czasu spędzam samotnie w samochodzie. Szybka jazda przy dobrej muzyce to mój sposób na nadmiar adrenaliny. Chętnie chodziłbym na siłownię, bo facetowi w stresie dobrze robi, kiedy może się upodlić fizycznie.



A wódeczka z kolegami?

Oczywiście, jestem przecież normalny.

A jak Pan wychowuje synów?

Niestety, rzadko się z nimi widuję, ale staram się z nimi pogadać i pobawić. Musiałem się nauczyć być ojcem dla chłopaków. Relacja między mną a córką jest zupełnie inna. Z Ewą mam świetny kontakt, ona jest już ukształtowana. To mała kobietka. W stosunku do chłopców wyznaję zasadę: od kochania i rozpieszczania jest mama, a tata od uspołeczniania.


Co to znaczy „uspołecznianie”?

Żona czasami usiłuje synów do czegoś przekonać i nic z tego nie wychodzi. Wtedy wkraczam ja. Przy chłopcach musi być w domu ktoś, kto zaprowadzi dyscyplinę. Inaczej można by zwariować. Łatwiej jest żyć człowiekowi, który ma poczucie odpowiedzialności, wie, że nie można się spóźniać, a do innych powinien odnosić się z szacunkiem. Że życie to nie same wygrane. Uważam, że to czego synów teraz nauczę, kiedyś może im się przydać.

W filmie „Doborowe towarzystwo” Dennis Quaid przestrzega chłopaka swojej nastoletniej córki i zapowiada, że jeśli nie będzie wobec niej w porządku, już on, ojciec, się z nim rozprawi. Dał się Pan już poznać od tej strony? 

Mimo że już przychodzi do nas wielu kolegów córki, nic takiego dotąd się nie zdarzyło. Może jest jeszcze na to za wcześnie? Ale znajduję w sobie pierwiastki wskazujące, że mógłbym się zachować podobnie. Czasem żartuję, że będę spuszczać kolejnych adoratorów po schodach. Mówię to niby żartem, ale jednak coś w tym jest. Jestem za to pewien, że gdyby moje dzieci zostały przez kogoś skrzywdzone, obudziłby się we mnie wampir.

Strasznie pan niemedialny: pracowity, dba o dom, kocha rodzinę, żona od lat ta sama… 

I na dodatek żony nie biję (śmiech). Może ja trochę staromodny jestem? Bo w moim środowisku powinienem skakać z kwiatka na kwiatek, nieustannie romansować, co chwila rozwodzić się, żenić i płodzić kolejne dzieci, każde z inną kobietą. Rzeczywiście, to mało medialne. Dobrze się sprzedaje sensacja, a nie coś tak pozornie nudnego jak moje życie. Ale osobiście bardzo się z niego cieszę.

I jest z czego. Dla mnie na tym właśnie polega prawdziwa męskość. A kto jest pana bohaterem?

Mam parę autorytetów, których się trzymam. Smutne jest tylko, że należą oni do dinozaurów na wymarciu albo wręcz odeszli. To prof. Władysław Bartoszewski i Jan Nowak-Jeziorański. Całym swoim życiem zaświadczyli, że warto być przyzwoitym. I czasami iść pod prąd, żyć po swojemu. Każdy powołuje się teraz na papieża, ale Wojtyła zmienił bieg wydarzeń, idąc konsekwentnie w tę samą stronę. Na tym polega mój idealizm, że chciałbym, żeby świat się nie popsuł do końca. I żebyśmy mogli propagować przyzwoite postawy tu, gdzie przyzwoitość nie jest w cenie.

Co by pan chciał, żeby pana synowie powiedzieli o panu za 20 lat?

Że ich ojciec był przyzwoitym facetem.

Rozmawiała: Aleksandra Szarłat

http://www.cialo-umysl-dusza.pl/