Artur Żmijewski kończy 50 lat: „Nie myślimy o tym, że z naszym odejściem nic się nie kończy”
Z
okazji okrągłej rocznicy urodzin życzymy wytrwałości oraz
wszystkiego najlepszego. Przypominamy w całości sesję ze stycznia
tego roku. Na końcu galerii bonus – Artur Żmijewski z 2001 roku
jako zwycięzca Viva Najpiękniejsi!
Jaka jest recepta Artura Żmijewskiego na zdrowie, dobry wygląd i samopoczucie?
Artur
Żmijewski:
Staram się, jak mogę. Staram się oszczędzać. Żeby zdrowia nie
stracić. Kiedy muszę wstać o piątej rano, kładę się wcześniej
spać. Nie mogę wtedy siedzieć – co uwielbiam – do dwunastej
wieczorem, tylko staram się, żeby o wpół do dziesiątej, za
kwadrans dziesiąta być w łóżku. Chodzi o to, żeby siedem godzin
spędzić w pościeli.
Co
na to jego rodzina?
Artur
Żmijewski: Są
przyzwyczajeni. Ja nie terroryzuję swojej rodziny. Jedyne, o co
proszę, to żeby nie włazić już do mnie do sypialni, żebym w
spokoju się wyciszał.
W
2001 roku powiedział z kolei co sądzi na temat gwiazdorstwa. Czy
jest gwiazdą?
Artur
Żmijewski: Myślę,
że moja podstawowa zaleta to zachowywanie – w tym całym
kołowrocie, jakim jest mój świat zawodowy – normalności. Jestem
całkowicie normalny. Nie ma we mnie cienia gwiazdorstwa, jakichś
"artystowskich odpałów". Sukces lub jego brak w życiu
zawodowym nie przekładają się u mnie na życie prywatne. W dodatku
jestem lojalny: jeśli z kimś złapię sztamę, to już –
trawestując pewien tytuł – na dobre i na złe.
Co
najbardziej wyprowadza go z równowagi u bliźnich?
Artur
Żmijewski: Bezmyślność.
Wydaje mi się, że głupim, samolubnym działaniem albo słowem
można zrobić bardzo dużo złego. Czasami wystarczy tylko na chwilę
przystanąć i zastanowić się nad tym, co się robi. Im dłużej
żyję, tym bardziej jestem przekonany, że w związkach
międzyludzkich należy wykazywać się delikatnością. Tak zostałem
wychowany. Uważam, że nie mogę spóźnić się do pracy – mimo
korków, indywidualnych katastrof – bo wiem, że czeka tam na mnie
40 osób. Proste. Jako człowiek, który jest ojcem rodziny, mam
znacznie więcej zobowiązań, niż kiedy byłem sam. Wtedy moje
życie było tylko moim życiem.
Artur Żmijewski …13 i 15 lat. Jeden jest w pierwszej, drugi w ostatniej klasie gimnazjum. To już młodzież. Dla starszego za chwilę będę musiał kupować bilet lotniczy dla dorosłych (śmiech). Moja córka Ewa skończyła 23 lata. Zrobiła licencjat w tłumaczeniach specjalistycznych z angielskiego i włoskiego, teraz studiuje historię muzyki jazzowej.
Córka
zaczęła swoje dorosłe życie. Czuje ojciec czuje
satysfakcję?
Artur Żmijewski: Czuję, bo widzę szczęśliwego człowieka. Dzieci mają teraz niesamowite możliwości. Mogą studiować wszystko i wszędzie. Mają inną perspektywę, inny ogląd rzeczywistości. Pod tym względem to jest naprawdę świetnie urządzony świat. (…) Rodzice często myślą o swoich dzieciach jak o istotach delikatnych i nieporadnych. Kiedy mój młodszy syn po raz pierwszy pojechał na obóz, byliśmy z żoną przekonani, że za dzień, dwa trzeba będzie po niego pojechać i zabrać do domu. Okazało się, że był zaradny, zorganizowany, zadowolony, a jak dzwoniliśmy do niego, to wręcz nie za bardzo miał czas, żeby z nami rozmawiać. On się w tym nowym świecie fantastycznie odnalazł. A my pielęgnowaliśmy w sobie typowy niepokój rodzica. Wierzę, że jak mu kiedyś będzie naprawdę źle, to powie, że potrzebuje pomocy.
Artur Żmijewski: Czuję, bo widzę szczęśliwego człowieka. Dzieci mają teraz niesamowite możliwości. Mogą studiować wszystko i wszędzie. Mają inną perspektywę, inny ogląd rzeczywistości. Pod tym względem to jest naprawdę świetnie urządzony świat. (…) Rodzice często myślą o swoich dzieciach jak o istotach delikatnych i nieporadnych. Kiedy mój młodszy syn po raz pierwszy pojechał na obóz, byliśmy z żoną przekonani, że za dzień, dwa trzeba będzie po niego pojechać i zabrać do domu. Okazało się, że był zaradny, zorganizowany, zadowolony, a jak dzwoniliśmy do niego, to wręcz nie za bardzo miał czas, żeby z nami rozmawiać. On się w tym nowym świecie fantastycznie odnalazł. A my pielęgnowaliśmy w sobie typowy niepokój rodzica. Wierzę, że jak mu kiedyś będzie naprawdę źle, to powie, że potrzebuje pomocy.
– Ale
czy to nas może wiecznie usprawiedliwiać?
Artur Żmijewski Ponad 20 lat temu jechałem do Warszawy małym fiatem. W pewnym momencie zatrzymałem się, bo na poboczu stał jakiś pan obok malucha i widać było, że potrzebuje pomocy. Okazało się, że ta pomoc miałaby polegać na tym, że mu pożyczę koło zapasowe, ponieważ on w ciągu godziny pechowo dwa razy złapał gumę i swoje też przebił. Zapytał, czy pożyczę mu mój zapas, a on mi da swój numer domowy i adres, pod którym wieczorem mogę koło odebrać. Ja się nie zastanawiałem, tylko mu to koło dałem. To był impuls. Niedawno przypomniała mi się ta historia… Mam głębokie przekonanie, że 25 lat temu tak jak ja postąpiłoby wielu ludzi. Byliśmy wtedy na siebie wyczuleni. Pomagaliśmy sobie. Teraz to coś, co nazywa się dobrobytem, karierą i postępem, sprawia, że gromadzimy swoje dobra i odgradzamy się od innych. Ludzie czasami mnie pytają: Jak się widzi taki ogrom nieszczęścia, jak w Sikasso, to czy ma sens pomaganie, skoro nie jesteś w stanie pomóc wszystkim? A mnie się wydaje, że to ma głęboki sens, bo skoro nie wszystkim, to choć jednemu.
Artur Żmijewski Ponad 20 lat temu jechałem do Warszawy małym fiatem. W pewnym momencie zatrzymałem się, bo na poboczu stał jakiś pan obok malucha i widać było, że potrzebuje pomocy. Okazało się, że ta pomoc miałaby polegać na tym, że mu pożyczę koło zapasowe, ponieważ on w ciągu godziny pechowo dwa razy złapał gumę i swoje też przebił. Zapytał, czy pożyczę mu mój zapas, a on mi da swój numer domowy i adres, pod którym wieczorem mogę koło odebrać. Ja się nie zastanawiałem, tylko mu to koło dałem. To był impuls. Niedawno przypomniała mi się ta historia… Mam głębokie przekonanie, że 25 lat temu tak jak ja postąpiłoby wielu ludzi. Byliśmy wtedy na siebie wyczuleni. Pomagaliśmy sobie. Teraz to coś, co nazywa się dobrobytem, karierą i postępem, sprawia, że gromadzimy swoje dobra i odgradzamy się od innych. Ludzie czasami mnie pytają: Jak się widzi taki ogrom nieszczęścia, jak w Sikasso, to czy ma sens pomaganie, skoro nie jesteś w stanie pomóc wszystkim? A mnie się wydaje, że to ma głęboki sens, bo skoro nie wszystkim, to choć jednemu.
Artur Żmijewski: Nie. Po co? (milczenie). Wie pani dlaczego? Bo któregoś dnia uświadomiłem sobie, że jeszcze kilka lat temu z całą pewnością powiedziałbym: „Za moich czasów, za mojego życia na pewno żadnego konfliktu zbrojnego w Europie nie będzie. Myślę, że moje dzieci również przeżyją swoje życie w spokoju”. Po tym, co wydarzyło się na Ukrainie, już w to nie wierzę.
Bierze
życie jak leci, tu, w tej chwili?Artur
Żmijewski: Wczoraj
miałem wolny dzień, to była niedziela, do piętnastej nie zdjąłem
szlafroka. Spokojnie, bez pośpiechu mogłem wypić kawę, pochodzić
po domu, ogarnąć rzeczy, którymi nie mam czasu zająć się na co
dzień, na przykład papierami, jakie gromadzą mi się na biurku.
Takie najprostsze, banalne czynności, które oczyszczają głowę.
Mam poczucie, że za rzadko to robimy. Za rzadko opróżniamy szafy i
szuflady z tego, co przez lata tam chowamy: drobiazgi, bibeloty,
kartki pocztowe… Dużo rzeczy, do których – jak mi się wydawało
– byłem sentymentalnie przywiązany, wylądowało w koszu na
śmieci. Im dłużej żyję, tym bardziej mi się wydaje, że to, co
w naszych głowach, jest ważne. Żyjąc
na co dzień, nie myślimy o tym, że z naszym odejściem nic się
nie kończy. Tylko nam się wydaje, że jesteśmy całym światem,
mamy superważne rzeczy do zrobienia.
Moja babcia pytana: „A co tam będziesz wiosną robiła?”
odpowiadała: „Co ja będę wiosną robiła? Może nie dożyję?”.
Obiecywać całemu światu: zrobię jeszcze to, to, to i tamto…?
Nie. Nikomu
nie obiecywać, tylko robić. I tyle.
Na zdjęciu: Grażyna Torbicka i Artur Żmijewski jako zwycięzcy plebiscytu Viva Najpiękniejsi, "Viva!" luty 2004.
Od
10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Zdecydował się pomagać,
docenia też ludzi, którzy jemu bezinteresownie pomogli.
Artur Żmijewski: Uważam, że w życiu piekielnie dużo ludzi mi pomogło. Wykazali się wobec mnie wyrozumiałością, jak Wojtek Wójcik, który nauczył mnie podstaw rzemiosła filmowego, pokazywał mi, co i jak robi się przed kamerą, zabrał mnie do montażowni, opowiadał o różnych rzeczach, o których nie miałem bladego pojęcia. Miałem ogromnie dużo szczęścia do opiekuna roku, profesora Andrzeja Łapickiego, dzięki niemu tak naprawdę znalazłem się na zdjęciach próbnych u Tadeusza Konwickiego. To on przekonał profesorów w szkole, żeby mnie zwolnili z zajęć i pozwolili zagrać w „Lawie”. Zdarzyło się mnóstwo takich sytuacji, w których miałem poczucie, że ludzie pochylili się nade mną i pomogli mi zrealizować rzeczy, które bez ich wsparcia byłyby dla mnie nieosiągalne.
Artur Żmijewski: Uważam, że w życiu piekielnie dużo ludzi mi pomogło. Wykazali się wobec mnie wyrozumiałością, jak Wojtek Wójcik, który nauczył mnie podstaw rzemiosła filmowego, pokazywał mi, co i jak robi się przed kamerą, zabrał mnie do montażowni, opowiadał o różnych rzeczach, o których nie miałem bladego pojęcia. Miałem ogromnie dużo szczęścia do opiekuna roku, profesora Andrzeja Łapickiego, dzięki niemu tak naprawdę znalazłem się na zdjęciach próbnych u Tadeusza Konwickiego. To on przekonał profesorów w szkole, żeby mnie zwolnili z zajęć i pozwolili zagrać w „Lawie”. Zdarzyło się mnóstwo takich sytuacji, w których miałem poczucie, że ludzie pochylili się nade mną i pomogli mi zrealizować rzeczy, które bez ich wsparcia byłyby dla mnie nieosiągalne.
party.pl





