wtorek, 19 stycznia 2016

"Jestem całkowicie normalny". Artur Żmijewski o hazardzie, seksie i tym, co go przyciąga w kobiecie

"Jestem całkowicie normalny". Artur Żmijewski o hazardzie, seksie i tym, co go przyciąga w kobiecie



W najnowszym numerze "Vivy!" Artur Żmijewski zdradza, dlaczego został Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF i co go wzrusza i oburza podczas wyjazdów do Afryki. W 2001 roku był bardziej otwarty, jeśli chodzi o swoje życie prywatne - udzielił wywiadu, w którym opowiedział o relacjach z żoną i innych sprawach, które coś znaczą w jego życiu, m.in. o… hazardzie. Wywiadowi towarzyszyła sesja zdjęciowaRoberta Wolańskiego – przypominamy Artura Żmijewskiego sprzed 15 lat. Takiego go nie pamiętacie!
 
O swoim gwiazdorstwie
Myślę, że moja podstawowa zaleta to zachowywanie – w tym całym kołowrocie, jakim jest mój świat zawodowy – normalności. Jestem całkowicie normalny. Nie ma we mnie cienia gwiazdorstwa, jakichś "artystowskich odpałów". Sukces lub jego brak w życiu zawodowym nie przekładają się u mnie na życie prywatne. W dodatku jestem lojalny: jeśli z kimś złapię sztamę, to już – trawestując pewien tytuł – na dobre i na złe.
 Najnowszy wywiad z Arturem Żmijewskim w "Vivie!" 1/2016, w kioskach.


O wierności żonie
Myślę, że działam zgodnie ze swoją naturą. Każdy udany związek, a za taki uważam nasz, nie wymaga szukania podniet na boku. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Oczywiście, jak każdemu mężczyźnie, podobają mi się różne kobiety, ale to nie jest powód, żeby się natychmiast na nie rzucać. Bo życie we dwoje polega w znacznej mierze na umiejętności dokonywania wyborów: czasem trzeba z czegoś zrezygnować, czasem o coś walczyć. Cały czas trzeba szukać złotego środka satysfakcjonującego obie strony. I żyć na tyle ciekawie, by nie rozglądać się za atrakcjami gdzie indziej.
Jak dotąd mnie i mojej żonie nieźle się to udaje. Chociaż nie jest to powód do nadmiernej chełpliwości. Znam wielu ludzi, których małżeństwa uznawano za fantastyczne i które nagle się rozpadały. Takie rzeczy się zdarzają. Wierzę, że nie przydarzą się nam.
O poradach, jakich udzieli dzieciom
Po pierwsze – trzeba żyć po swojemu, czyli jak najbardziej indywidualnie. Po drugie – kierując się dobrem swoim i swojej rodziny. Po trzecie – uczciwie, trzymając się zasad moralnych. Po czwarte – nie robiąc krzywdy nikomu po drodze. I jeszcze po piąte, i jeszcze po szóste… Myślę, że zbierze się trochę tych zasad.




O hazardzie
Odnajduję w sobie skłonność do hazardu. Był taki moment w życiu, że bardzo pasjonowały mnie gry. Kiedy poczułem, że ta namiętność może przybrać niekorzystny dla mnie obrót, skończyłem z tym radykalnie.
O emocjach
W życiu prywatnym albo coś nas zachwyca – i wtedy podążamy za tym, albo nie zachwyca. Znacznie łatwiej kierować się wówczas emocjami. I, myślę, lepiej: gdyby uwzględniać tylko racje rozumu, byłoby strasznie nudno. Natomiast w pracy usiłuję się kierować najpierw logiką, a dopiero potem emocjami. Bo uważam, że najpierw się powinno dobrze poznać partyturę, a dopiero potem szukać, co jeszcze jest między nutami.




O filmowych scenach intymnych
Jeśli w takich scenach jestem w stanie wykrzesać z siebie żar, jaki moja żona zna z naszego intymnego życia, to znaczy, że osiągnąłem spory stopień sprawności zawodowej. Bo to nie jest żadna intymna sytuacja! Bo intymnie może być wtedy, kiedy są tylko dwie osoby. A tu są jeszcze: reżyser, operator, charakteryzatorka, inni ludzie z ekipy… A dookoła lampy, plątanina kabli, przewodów… Kamera w odległości metra. Sytuacja całkowicie nieintymna.
O ciele z zawodzie aktora

Ciało to narzędzie, ale nie da się zapomnieć, że jednocześnie jest ciałem. A my jesteśmy kulturowo tak ukształtowani, że nagość nie jest dla nas rzeczą naturalną. Krępuje nas. Podobnie jak przebywanie w bieliźnie w towarzystwie obcej osoby. W pracy aktor nie przestaje być człowiekiem z jego skrępowaniami. Nagość wobec kilkudziesięciu członków ekipy filmowej, a potem wobec kilkuset tysięcy widzów nie jest niczym przyjemnym. Można się do tego przyzwyczaić. Ale czy polubić? Wątpię.

O kobiecości
Nie potrafię dokładnie opisać, na czym polega kobiecość. Ale to czuję. To, co przyciąga moją uwagę, to właśnie kobiecość. Jeśli kobiecie jej brakuje – a tak się przecież zdarza – nic we mnie nie budzi. Dla mnie kobieta nie powinna być do końca samodzielna i samowystarczalna. Lubię kobiety, które nie wstydzą się przyznać, że potrzebują męskiego wsparcia. Które potrafią być chwilami bezradne. Które szukają u mężczyzny akceptacji i potwierdzenia własnej kobiecości.

O męskości
Generalnie cenię zdecydowanie, umiejętności podejmowania decyzji i gotowość do ponoszenia konsekwencji tych decyzji. Mężczyzna musi też umieć stawić czoło przeciwnościom w każdej sytuacji. Jak w grze komputerowej: gdy niespodziewanie wyskakuje potwór i cię pożera. No i trudno, trzeba zacząć od początku. Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, w jaki sposób odnosi sukcesy, tylko w jaki wychodzi z porażek. Bo nie zawsze się nokautuje, czasem jest się nokautowanym. I trzeba się podnieść, znów iść do przodu. Dążyć do sukcesu. I właśnie to dążenie do sukcesu – wszystko jedno: zawodowego czy osobistego – jest dla mnie miarą męskości


party.pl

piątek, 15 stycznia 2016

Artur Żmijewski: "Jestem oczami moich rodaków, żeby nieść pomoc tym ludziom"

Artur Żmijewski: "Jestem oczami moich rodaków, żeby nieść pomoc tym ludziom"


Artur Żmijewski nie obnosi się z tym, że jest wrażliwy na ludzką niedolę. Kilka dni temu przekazał na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy rekwizyt z popularnego serialu "Ojciec Mateusz", w którym gra główną rolę – czarny rower tytułowego księdza. Mało kto wie, że od 10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. „To, co zobaczyłem, czego doświadczyłem, zostanie we mnie na zawsze”, mówi. O tym, jak zmieniła go Afryka opowiedział Beacie Nowickiej w najnowszej "Vivie!".
 
Pomoc drugiej osobie często oznacza duży wysiłek, poświęcony czas, oddaną energię. Nie każdy jest na takie poświęcenie gotowy. Od prawie 10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. I to nie malowanym, tylko naprawdę zaangażowanym.
Ktoś w UNICEF pomyślał, że ja mógłbym w tej sprawie pomóc, a ja się zastanowiłem i stwierdziłem: dlaczego nie? Robię coś pożytecznego. Rzeczywistość mnie przerosła. W Sudanie Południowym, Etiopii, Mali widziałem dzieci, które naprawdę umierają z głodu, z braku lekarstw i robi to wstrząsające wrażenie. Pojechałem, żeby zobaczyć i opowiedzieć ludziom, jak tam jest. Chciałem prosić ich o pomoc, więc musiałem być wiarygodny, żeby ludzie mogli mi uwierzyć, bo tego nie da się sobie wyobrazić. Gdy patrzysz na dwuletniego człowieczka, szkielecik obciągnięty skórą, który leży na łóżku, a obok siedzi ojciec, który trzyma to dziecko za rękę i nie wie, czy ono będzie jeszcze na tym świecie przez pięć godzin czy przez trzy dni – ale na pewno nie dłużej – to w innej skali człowiek uświadamia sobie stratę, jakiej doznaje ten ojciec.
Które z tych dzieci zapamiętał najbardziej?
W Mali, w Sikasso, poznałem Abimatę, dwutygodniową dziewczynkę, która urodziła się jako wcześniak. Jej mama przy porodzie zmarła i mała jest karmiona kubeczkiem z dzióbkiem, bo nie ma smoczków. Dostaje mleko w proszku rozpuszczone w zanieczyszczonej wodzie. Ale to, czy Abimata przeżyje, zależy przede wszystkim od tego, czy będzie miał się nią kto zaopiekować. W tej chwili opiekuje się nią pani, która stoi nad grobem, ponieważ ma 50 lat, a średnia wieku w Mali dla kobiet wynosi 53 lata. Dla mężczyzn dwa lata mniej. Tam ogromna część ludzi za dach nad głową ma mały kawałek domku ulepionego z kamieni i gliny, pokrytego wielkim osiągnięciem zachodniej cywilizacji, czyli blachą falistą. Dzięki niej w czasie ulew nie leje im się na głowę, za to słychać niemiłosierne dudnienie deszczu, ale kiedy jest gorąco, wnętrze nagrzewa się niemal do temperatury wrzenia. W naszych warunkach klimatycznych zwierzęta żyją lepiej niż tam ludzie. To pokazuje ogrom nieszczęścia.





Czy załamał się, kiedy zobaczył to po raz pierwszy?
Ludzie świata zachodniego jeżdżą za granicę po to, żeby zwiedzać najwspanialsze zabytki. A my jeździmy po to, żeby oglądać najprawdziwsze życie. Niewyretuszowane. Pomaga się tym, którzy sobie nie radzą, w związku z tym oglądam miejsca najgorsze, najbrzydsze, najsmutniejsze i to jest rzecz, której nie brałem pod uwagę, kiedy dawno temu zaangażowałem się w pomoc. To, co zobaczyłem, czego doświadczyłem, zostanie we mnie na zawsze. Mam już inną perspektywę. Wie pani, że w regionie Sikasso ponad 84 procent mieszkańców żyje poniżej granicy ubóstwa?
W tym kontekście nasz świat jawi się jako syty, bogaty i bezpieczny. Czy Artur Żmijewski wraca stamtąd z poczuciem bezsilności?
Nie. Na tym polega moje zadanie. Jestem oczami moich rodaków, żeby nieść pomoc tym ludziom. Muszę poczuć te zapachy, nie odwracam wzroku od ludzi umierających na ulicy. Muszę to zobaczyć. Na przykład szpital, gdzie się dowiedziałem, że największy problem, z jakim się borykają, to brak środków, którymi mogą leczyć dzieci. Malarię leczy się antybiotykami, ale ich nie ma. W jednej sali, w której są cztery łóżka, na każdym leży po dwoje dzieci. Obok kucają dwie matki. Połowa dzieci w każdej takiej sali jest w stanie terminalnym i umiera na malarię. Półtora metra dalej, na materacyku leży dziecko z wbitym wenflonem, które urodziło się jako wcześniak. Za inkubator służą mu trzy żarówki i w zależności od tego, czy ma być mu cieplej czy chłodniej, pielęgniarka te żarówki wkręca lub wykręca. Za drzwiami, na korytarzu stoją stoły, gdzie na kocach leżą kolejne dzieci, a obok czuwają ich matki. Wokół szpitala, w strugach deszczu, na matach siedzą ludzie, którzy są członkami rodzin tych dzieci i tych matek, ponieważ nie ma salowej, nie ma kuchni, a ktoś musi te matki z dziećmi żywić i zapewnić elementarne środki czystości.
Ludzie są bardziej skłonni do pomocy, kiedy to nieszczęście ma konkretną „twarz”. Do naszego serca – i kieszeni – bardziej przemówi historia dwutygodniowej Abimaty niż tragiczna, ale beznamiętna informacja, że 100 tysięcy ludzi w wyniku powodzi straciło dach nad głową.
Wie pani, że w Mali rocznie umiera 100 tysięcy dzieci? Tyle mają takie miasta jak Koszalin, Legnica czy Opole czy Tarnów. Proszę sobie wyobrazić, że nagle znikają wszyscy mieszkańcy jednego z nich. Marzenia tych ludzi są takie, żeby z dnia na dzień przeżyć. Za litr paliwa można wysłać SMS, żeby im pomóc. Tyle kosztuje jedna pełna porcja terapeutycznej żywności dla dziecka, które wychodzi z niedożywienia. Koszt litra paliwa w Polsce, czyli około 4–5 złotych. Za te same pieniądze można kupić antybiotyki, szczepionki, które oznaczają realną pomoc dla tych dzieciaków.



Czy te wyjazdy zmieniły aktora? To nie jest Afryka do podziwiania.
Trochę jest, bo jak się trafi na porę deszczową, to bujna afrykańska zieleń jest tak zachwycająca, że widok zapiera dech w piersiach. Ale w kontraście do tej zieleni widzi się góry śmieci zasypujące całe miasta, bo nie ma kto ich sprzątać, a poza tym w tych górach odpadków można znaleźć rzeczy, które pozwolą przeżyć.

Cały wywiad z Arturem Żmijewskim w najnowszej "Vivie!", w kioskach.


party.pl

Małe szczęście Assetou

Assetou z dumą patrzy na swoją maleńką córeczkę. Dziewczynka ma zaledwie dwa dni i przyszła na świat poprzez cesarskie cięcie. Już teraz widać podobieństwo córki do matki. Dziewczynka rozwija się dobrze i już niedługo obie panie zostaną wypisane do domu.
To pierwsze dziecko Assetou. Kiedy okazało się, że ciąża przebiega z komplikacjami kobieta od razu zgłosiła się do szpitala w Sikasso. Tu na oddział położniczy i pediatryczny trafiają najtrudniejsze przypadki.

Łącznie oddziały dysponują tylko kilkudziesięcioma łóżkami, ale pacjentów jest znacznie więcej.

Dlatego zdarza się często, zwłaszcza na pediatrii, że na skromnych siennikach leży więcej niż jeden chory. 

© UNICEF/Suder

Podczas pory deszczowej, kiedy drastycznie wrasta liczba przypadków zachorowań na malarię, pacjenci leżą także na materacach i stołach ustawionych w korytarzach placówki.

Lekarze i personel medyczny robią wszystko, aby pomóc jak największej liczbie dzieci i mam.

Niestety, najtrudniejsze przypadki, to z reguły przypadki beznadziejne. I nie dlatego, że medycyna nie zna ratunku, ale dlatego, że szpital nie dysponuje odpowiednim sprzętem i lekami, aby pomóc na czas.
Assetou miała wiele szczęścia. Wiele innych matek takiego szczęścia nie ma.
© UNICEF/Suder

UNICEF Polska zbiera środki na pomoc dla dzieci i matek w Mali. Wspólnie z Ambasadorem Dobrej Woli, Arturem Żmijewskim apelujemy o pomoc.

Zebrane środki zostaną przekazane na pomoc medyczną dla mam w ciąży i noworodków. Kupimy zestawy do resuscytacji, inkubatory, niezbędne leki i wyposażenie dla położnych, które odwiedzają matki w domach. Z góry dziękujemy za Wasze zaangażowanie.

www.unicef.pl/

środa, 13 stycznia 2016

"Wolę nakrzyczeć na kwiatki w ogródku niż na ludzi obok mnie". Artur Żmijewski o złości, imigrantach i śmierci

"Wolę nakrzyczeć na kwiatki w ogródku niż na ludzi obok mnie". Artur Żmijewski o złości, imigrantach i śmierci


Artur Żmijewski jest jednym z najlepszych polskich aktorów. Równie fascynujący jako amant i jako ksiądz. Zwykle trzyma się z dala od zgiełku mediów. Jak o siebie dba, dlaczego zdecydował się pomagać innym oraz dlaczego nie robi planów na przyszłość, w najnowszej "Vivie!" opowiada Beacie Nowickiej.
Pracuje intensywnie, a mimo to jest chodzącym okazem zdrowia. Jak to robi?
Staram się, jak mogę. Staram się oszczędzać. Żeby zdrowia nie stracić. Kiedy muszę wstać o piątej rano, kładę się wcześniej spać. Nie mogę wtedy siedzieć – co uwielbiam – do dwunastej wieczorem, tylko staram się, żeby o wpół do dziesiątej, za kwadrans dziesiąta być w łóżku. Chodzi o to, żeby siedem godzin spędzić w pościeli.

Czy zawsze jest tak zdyscyplinowany i łagodny?
To mnie pani nie widziała w akcji! Łagodność to ja, owszem, miewam, natomiast czasem wychodzę z siebie. I dzięki Bogu, że to się zdarza, bo inaczej już dawno siedziałbym w wariatkowie. To mój wentyl bezpieczeństwa, wyładować stres. Ale wolę nakrzyczeć na kwiatki w ogródku niż na ludzi obok mnie.

Co najbardziej wyprowadza go z równowagi u bliźnich?
Bezmyślność. Wydaje mi się, że głupim, samolubnym działaniem albo słowem można zrobić bardzo dużo złego. Czasami wystarczy tylko na chwilę przystanąć i zastanowić się nad tym, co się robi. Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonany, że w związkach międzyludzkich należy wykazywać się delikatnością. Tak zostałem wychowany. Uważam, że nie mogę spóźnić się do pracy – mimo korków, indywidualnych katastrof – bo wiem, że czeka tam na mnie 40 osób. Proste.



Od 10 lat jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Zdecydował się pomagać, docenia też ludzi, którzy jemu bezinteresownie pomogli.
Ja w ogóle uważam, że w życiu piekielnie dużo ludzi mi pomogło. Wykazali się wobec mnie wyrozumiałością, jak Wojtek Wójcik, który nauczył mnie podstaw rzemiosła filmowego, pokazywał mi, co i jak robi się przed kamerą, zabrał mnie do montażowni, opowiadał o różnych rzeczach, o których nie miałem bladego pojęcia. Miałem ogromnie dużo szczęścia do opiekuna roku, profesora Andrzeja Łapickiego, dzięki niemu tak naprawdę znalazłem się na zdjęciach próbnych u Tadeusza Konwickiego. To on przekonał profesorów w szkole, żeby mnie zwolnili z zajęć i pozwolili zagrać w „Lawie”. Zdarzyło się mnóstwo takich sytuacji, w których miałem poczucie, że ludzie pochylili się nade mną i pomogli mi zrealizować rzeczy, które bez ich wsparcia byłyby dla mnie nieosiągalne.

Niektórzy boją się pomagać. Co aktor sądzi o niechęci wobec uchodźców napływających do Polski?
Dla mnie strach przed tymi ludźmi jest kompletnie nieuzasadniony. Myślę, że równie radykalnych ludzi jak ci, którzy zabijają w Europie i na świecie, znalazłoby się sporo w naszym kraju, pośród tych, co uchodzą za prawdziwych Polaków.  Z perspektywy świata, który widziałem, uważam, że nie mamy prawa odmawiać schronienia tym, którzy uciekają od śmierci, głodu, wojny i szukają bezpiecznego miejsca dla swoich dzieci.Oni chcą żyć tak samo jak my. Do końca XX wieku to my potrzebowaliśmy tej pomocy. Przez lata mnóstwo ludzi wyjeżdżało z Polski nie zawsze dlatego, że system był dla nich opresyjny. Po prostu dusili się w komunistycznej Polsce. Marzyli o lepszym życiu, innych perspektywach. Dlatego wyjeżdżając w delegację lub na wycieczkę, zostawali. Czasem jedna osoba, czasem cały autokar. Pytanie jest proste: Co by było, gdyby wtedy ktoś nam powiedział: „Wypieprzać z powrotem do Polski! My was tu nie chcemy, bo jesteście biedakami, brudasami i nierobami”.
Aktor uważa, że przestaliśmy być wrażliwi na to, że ludzie są krzywdzeni w swoich ojczyznach. Albo że nie mogą się spełniać. Albo że nie mają co jeść.
Czy to, że zginęło ponad 130 osób w Paryżu, znaczy, że mamy nie przyjmować uchodźców? Nie pomagać tysiącom umierającym z głodu w Afryce? Ludzie czasami mnie pytają: Jak się widzi taki ogrom nieszczęścia w Afryce, to czy ma sens pomaganie, skoro nie jesteś w stanie pomóc wszystkim? A mnie się wydaje, że to ma głęboki sens, bo skoro nie wszystkim, to choć jednemu.


Czy robi plany na przyszłość?
Nie. Po co? (milczenie). Wie pani dlaczego? Bo któregoś dnia uświadomiłem sobie, że jeszcze kilka lat temu z całą pewnością powiedziałbym: „Za moich czasów, za mojego życia na pewno żadnego konfliktu zbrojnego w Europie nie będzie. Myślę, że moje dzieci również przeżyją swoje życie w spokoju”. Po tym, co wydarzyło się na Ukrainie, już w to nie wierzę.

Bierze życie jak leci, tu, w tej chwili?
Wczoraj miałem wolny dzień, to była niedziela, do piętnastej nie zdjąłem szlafroka. Spokojnie, bez pośpiechu mogłem wypić kawę, pochodzić po domu, ogarnąć rzeczy, którymi nie mam czasu zająć się na co dzień, na przykład papierami, jakie gromadzą mi się na biurku. Takie najprostsze, banalne czynności, które oczyszczają głowę. Mam poczucie, że za rzadko to robimy. Za rzadko opróżniamy szafy i szuflady z tego, co przez lata tam chowamy: drobiazgi, bibeloty, kartki pocztowe… Dużo rzeczy, do których – jak mi się wydawało – byłem sentymentalnie przywiązany, wylądowało w koszu na śmieci. Im dłużej żyję, tym bardziej mi się wydaje, że to, co w naszych głowach, jest ważne. Żyjąc na co dzień, nie myślimy o tym, że z naszym odejściem nic się nie kończy. Tylko nam się wydaje, że jesteśmy całym światem, mamy superważne rzeczy do zrobienia. Moja babcia pytana: „A co tam będziesz wiosną robiła?” odpowiadała: „Co ja będę wiosną robiła? Może nie dożyję?”. Obiecywać całemu światu: zrobię jeszcze to, to, to i tamto…? Nie.Nikomu nie obiecywać, tylko robić. I tyle.

Cały wywiad z Arturem Żmijewskim w najnowszej "Vivie!", od czwartku w kioskach.


party.pl/

środa, 6 stycznia 2016

Upragnione 20 gramów dziennie

Zgodnie z zaleceniami lekarza Fatumata tuli swojego malutkiego synka blisko własnego ciała. Ta metoda zwana kangurowaniem to w tym przypadku największa szansa chłopca na przeżycie.

W szpitalu w Sikasso brakuje inkubatorów i życie dzieci urodzonych przed terminem jest niemal zawsze zagrożone.

Maluch urodził się w 30 tygodniu ciąży i ważył mniej niż 2 kilogramy. Poprzednia, bliźniacza ciąża Fatumaty zakończyła się tragicznie. Dzieci, także urodzone przedwcześnie, nie przeżyły. Umieralność noworodków w Mali należy do jednej z najwyższych na świecie.


Szpital w Sikasso jest jedyną taką placówką w tym 200 tysięcznym mieście na południu Mali. Ma za zadanie służyć mieszkańcom stolicy regionu oraz ponad 2,65 mln populacji zamieszkującej okoliczne wioski. W szpitalu jest zaledwie 135 łóżek i brakuje wszystkiego – leków, specjalistycznego sprzętu, w tym inkubatorów. A jednak matki, które tu trafią i tak mogą jednak mówić o wielkim szczęściu. Większość kobiet w Mali rodzi w domach i kiedy z mamą lub dzieckiem coś się dzieje zazwyczaj pomoc przychodzi za późno. 
Fatumata z ulgą patrzy na poprawiający się stan synka. Chłopiec przybiera na wadze o upragnione 20 gramów dziennie. Jeśli nadal tak będzie, już wkrótce oboje zostaną wypisani do domu.

Pomóżmy mamom w Mali bezpiecznie rodzić dzieci. Wystarczy wejść na stronę unicef.pl/afryka i przekazać darowiznę.


Środki zebrane w ramach tej kampanii przeznaczymy na sprzęt dla położnych, które odwiedzają matki rodzące w domach, leki, szczepionki oraz wyposażenie ośrodków zdrowia w aparaturę medyczną, która posłuży do ratowania życia dzieci w Mali (m. in. inkubatory, resuscytatory).

https://www.unicef.pl/